Zapłacisz kochanie?

Jak mam być uśmiechnięta, kiedy mam wrażenie, że stoimy w miejscu? Znajomi mają mieszkania, dzieci, a my nic
O rok młodszego Maćka Katarzyna poznała w knajpie. Po tygodniu byli parą. W sierpniu 2006 roku wzięli ślub kościelny.- Powiesz, dlaczego nie mogliśmy się spotkać u ciebie w domu? - Doszło do kłótni i chwilowo mieszkam u mamy. - Dlaczego to ty musiałaś się wyprowadzić?- Dałam mu do zrozumienia, żeby to on się wyprowadził, ale usłyszałam, że on tak samo płaci i że równie dobrze to ja mogę się wynieść. Choć to on mnie zdradził.

Budżet Katarzyny i Maćka

2550 zł - tyle zarabia Katarzyna jako asystentka dyrektora w firmie uzdatniającej wodę

2400 zł - tyle zarabia Maciek jako tokarz

1570 zł - tyle Maciek wydaje miesięcznie na czynsz, uczelnię (studiuje marketing), telefon komórkowy i bilet sieciowy

830 zł - tyle Katarzyna wydaje miesięcznie na raty (lodówka, pralka, monitor, odkurzacz), telefon komórkowy, bilet sieciowy, opłaty (prąd, woda, internet, kablówka)

300 zł - tyle wspólnie wydają na robione co dwa tygodnie duże zakupy spożywczo-chemiczne

On płaci, ona uzupełnia

- Mieliśmy rozmawiać o pieniądzach - Katarzyna wraca do tematu. - Macie wspólną kasę?- W tym sensie, że nie tylko mąż robi zakupy. Konta mamy osobne, ale każde z nas ma do nich dostęp. Jak w połowie miesiąca Maciek dostaje pensję, to sprawdzam, czy wpłynęła. On pracuje na trzy zmiany, siedem dni w tygodniu, więc jakbym nie sprawdziła, to bym nie wiedziała. - Sam by nie powiedział?

- On pracuje w takim rytmie, że prawie się nie widujemy. - Zawsze tak było? - Też pracował, studiował, ale jakoś znajdował czas na kino, spacer i wyjazdy. Nie wiem, co się stało. Może to dlatego, że wtedy mieliśmy więcej pieniędzy. Nie płaciliśmy za mieszkanie, nie mieliśmy kredytów. - Dlaczego to Maciek płaci czynsz? - Bo gdy się umawialiśmy, to on zarabiał więcej. Potem kupiliśmy monitor, wzięłam na siebie raty i tak zostało.- Trochę to niesprawiedliwe.- Ale wygodne. Poza tym jak nie ma pieniędzy, to może mnie poprosić i ja mu przelewam. - Prosi?- Jasne. Na zakupy, na piwo.

- Lubisz mieć pieniądze na koncie? - Lubię, teraz zaczynam oszczędzać. Wcześniej nie było mnie stać. To mnie cieszy, bo teraz gdy chcę, to mogę mu zrobić prezent. Ostatnio kupiłam mu głośniki do komputera. - On tobie nie może zrobić prezentu, bo wszystko wydaje. - Może, bo ma kartę kredytową. Ja mu potem dam na spłatę. - Nie mieliście pomysłu, żeby założyć wspólne konto na wspólne wydatki?- Od dawna powtarzam, że powinniśmy mieć wspólne konto na przyjemności i niespodziewane wydatki. I takie oszczędnościowe, gdzie byśmy wpłacali po 200 zł miesięcznie. Ale on mówi, że nas nie stać, bo wszystko się nam rozchodzi. A ja uważam, że jakby było takie konto, to by się nie rozchodziło.

Terapeuta po połowie

- Zresztą co tu mówić. Z nim nic nie można zrobić. Chciałam wyjechać do Anglii, nie można, bo studiuje. Chciałabym kupić mieszkanie, a on boi się kredytu. Ja też się boję, ale trudno bez końca wynajmować. Obiecał, że gdy zmieni pracę, weźmiemy kredyt. Ale do tej pory nie zmienił. I to mnie w nim najbardziej denerwuje. Brak inicjatywy. On uważa, że jak dużo czasu poświęca pracy, to wszystko jest w porządku. A ja bym chciała, żeby razem ze mną przeglądał ogłoszenia o mieszkaniach. A on nie. To szukam sama. To ja mówię o zmianie pracy, o dziecku. I czasem mam wrażenie, że już go przyzwyczaiłam, że to ja wszystko robię. - A czy jest coś, czego Maciek chciałby od ciebie? - Mówi, że chciałby mnie widzieć częściej uśmiechniętą. Ale jak mam być uśmiechnięta, kiedy mam wrażenie, że stoimy w miejscu? Znajomi mają mieszkania, dzieci, a my nic.- Może warto trochę poluzować? - Jak było między nami kiepsko, a jesień była kiepska, to powiedziałam, że powinniśmy pójść do terapeuty. On, że owszem, że załatwi. Nie cisnęłam. No i do stycznia nic.

I wtedy go nakryłam, że przez Gadu-Gadu romansuje. Zrobiłam awanturę, a on - że może byśmy poszli do terapeuty. Zwymyślałam go, że już za późno. Ale załatwił i poszliśmy. - Zapłacił? - 120 zł. Przed drugą wizytą znowu go przyłapałam. Wtedy się wyprowadziłam. W poniedziałek dostałam SMS-a, czy idziemy na terapię. Ja - że nie. Błagał, no to się zgodziłam. A on wtedy - że płacił za pierwszą sesję i czy ja bym teraz nie mogła. A ja - że nie. I tu nie chodzi o pieniądze, tylko o to, że on powinien ponieść konsekwencje. Zapłaciliśmy pół na pół. I szlag mnie trafił, bo gadaliśmy głównie o nim. A na koniec psycholog powiedziała, że wspólnie powinniśmy dojść do tego, dlaczego on to zrobił. I teraz jestem podwójnie wściekła, bo za 60 zł była taka fajna bluzeczka, jaką widziałam w sklepie.

Pieniądze to przykrywka

Bożena Winch, psychoterapeutka: - Coraz więcej par szuka pomocy w gabinetach. Podstawowym powodem jest zdrada. Coraz częściej za pomocą internetu. Na drugim miejscu - praca. Coraz częściej określana mianem pracoholizmu. Na trzecim - rodzice. Że się wtrącają. Czwartym są sytuacje życiowe: trudność z zajściem w ciążę, przewlekła choroba, śmierć dziecka... - A pieniądze?

- Ludzie kłócą się o pieniądze, bo to łatwy temat. Trudniej pokłócić się o to, kto w związku jest osobą wiodącą, kto ma wpływ i dlaczego tak jest.

Dla Bożeny Winch kłótnie o pieniądze podobnie jak brak seksu w małżeństwie to tylko objawy, że w związku jest problem. Bo tak głębiej chodzi o wpływ, dominację, kontrolę, odpowiedzialność i zaufanie.

- Ostatnio była u mnie para, która chce się pobrać, ale nie jest pewna, bo coś się między nimi psuje. Kłócą się o różne rzeczy, także o to, że ona zażądała intercyzy. On odbiera to jako brak zaufania. Bo w naszej kulturze małżeństwo oznacza, że wszystko jest wspólne. Problem w tym, że on zamiast zapytać, dlaczego ona chce intercyzy, woli się kłócić. Tak jakby się bał usłyszeć, że ona rzeczywiście mu nie ufa, bo on kłamie w różnych drobnych sprawach. A ona zamiast powiedzieć, że mu nie ufa, i podać przyczyny, woli powiedzieć, że chce intercyzy. To łatwiejsze, niż mówić o tym, co naprawdę ważne. Partner może przecież tego nie zrozumieć, wyśmiać, odmówić seksu. Słowem, ujawnienie prawdy może być zbyt kosztowne. A przy okazji okaże się, że w związku jest nie najlepiej i trzeba coś z tym zrobić.

Budżet Ewy i Mikołaja

2200 zł - tyle zarabia Mikołaj jako sprzedawca w sklepie ze sprzętem komputerowym

200 zł - tyle Ewa miesięcznie dostaje od rodziców i babci

1350 zł - tyle średnio wydają na czynsz, opłaty, studia Mikołaja (informatyka), raty za laptop i telefony na kartę

25 zł - tyle mniej więcej wydają dziennie na jedzenie i dziecko

Kaszanka i piersi kurczaka

Poznali się trzy lata temu. Pracowali jako bileterzy w kinie. Ewa miała 22 lata i studiowała biologię. Mikołaj, o rok młodszy, nigdzie się nie uczył. Oboje zarabiali po 800 zł. Po trzech miesiącach zamieszkali razem, wynajmowali pokój. Potem kolejny, aż ciotka Ewy zaproponowała, żeby zamieszkali w jednym z jej mieszkań. Postawiła tylko dwa warunki: muszą je odmalować i płacić czynsz. Część pieniędzy na remont dali rodzice Mikołaja. Za mieszkanie mieli płacić na spółkę. Po 350 zł. - Ale Mikołaj stracił pracę, więc ja nas utrzymywałam. Zarabiałam lepiej, bo znalazłam pracę w księgarni. Mikołaj szukał pracy, więc nie miałam powodu do złości - opowiada Ewa.

Potem urodziła się Ala. - Chcieliście? - Tak, ale później. Bo nie miałam stałej umowy o pracę. Na szczęście pracodawca dał ją mimo ciąży. Problem w tym, że miesiąc temu skończył się jej urlop macierzyński, a wraz z nim zasiłek. 800 zł. I teraz jest na utrzymaniu Mikołaja.

- Tatuś maleństwa - tak Ewa o nim mówi - w zasadzie nie robi problemu z tego, że jestem na jego utrzymaniu, ale ja się czuję, jakbym na nim wisiała. Mam świadomość, że te pieniądze nie są moje, więc jak idę do sklepu, to kupuję bardziej pod niego. On lubi chałwę, makrelę wędzoną i piersi z kurczaka. Nie lubi kaszanki, za którą ja przepadam. Przestałam więc kupować.

Kaszanka to nie wszystko. - Już dawno nigdzie nie byłam, chyba że u koleżanki, bo wtedy nie muszę płacić. - Dawno nic sobie nie kupiłam - mówi Ewa i dodaje, że nie chodzi o coś, co jest niezbędnie. - Miesiąc temu kupiłam sobie spodnie, ale to dlatego, że w starych nie mogłabym już wyjść na ulicę. Zresztą te spodnie kupiła za to, co dostała od rodziców i babci. - Mogłabym poprosić Mikołaja, ale nigdy tego nie zrobiłam. - Dlaczego?

- To jest coś strasznego, gdy trzeba błagać o finansowanie życia.- Rozmawiałaś z nim o tym? - Nie potrafię, a jemu do głowy nie przyjdzie, że jest jakiś problem - odpowiada Ewa i przeprasza, ale musi przewinąć dziecko. Pieluszka jest tetrowa. Ewy nie stać na pampersy.

Nie potrafię prosić

Na rozłożonej macie leży pięciomiesięczna Ala. Obok Ewa, przy komputerze. - Boję się, jak będzie dalej, dlatego planuję otworzenie sklepu internetowego z zabawkami. Ma już biznesplan, złożyła prośbę o dofinansowanie z urzędu pracy i rozpoczęła starania o dotację unijną. - Kasa mi się kończy, więc trochę panikuję, ale mam nadzieję, że sklep ruszy w lipcu.- Jak nie wypali, to zawsze możesz pójść do pracy. - Nie wyobrażam sobie, że będę pracować za tysiąc złotych, a potem ten tysiąc oddawać opiekunce - mówi i dodaje, że ten pomysł ze sklepem internetowym jest po to, żeby połączyć pracę z opieką nad małą.

- Mam tylko nadzieję, że wtedy Mikołaj przejmie trochę obowiązków. Bo teraz to on tylko wynosi śmieci. Oczywiście gdy go poproszę. Ten sklep ważny jest także dlatego, że Ewa chciałaby, żeby kupili to mieszkanie, w którym dziś mieszkają. Ciotka złożyła superofertę. Mieszkanie warte około 300 tys. może być ich za 100 tys. I to już w lipcu. - Weźmiemy kredyt. Będziemy musieli spłacać około 600 zł przez 30 lat - Ewa ma cały plan. W skrócie wygląda on tak, że sklep zaczyna przynosić dochód, więc biorą ślub cywilny, bo wtedy jest łatwiej o kredyt i...

- A jeśli nie uda się ze sklepem?- To może Mikołaj dostanie podwyżkę i sam będzie mógł wziąć kredyt. Nie wyobrażam sobie, że nie kupimy tego mieszkania. - Nie boisz się, że gdy on będzie właścicielem, to gdy coś się między wami nie ułoży, zostaniesz bez dachu nad głową?- Jeśli chodzi o pieniądze, to mam do niego zaufanie. Jedyny kłopot to taki, że nie mogę go oderwać od internetu i gier RPG. - To, że czujesz się zależna finansowo, to jest twój problem?- Tak, bo to ja nie potrafię poprosić Mikołaja o pieniądze. To znaczy potrafi, jeśli chodzi o jedzenie czy coś dla Ali. Mówi wtedy i Mikołaj daje. Przeważnie 50 zł. I potem znowu musi mu powiedzieć, że nie ma już pieniędzy. Dlatego zdarza się, że Ewie nie chce się tego robić i kupuje z tego, co dostała od rodziców i babci.

- A Mikołaj nie pyta, skąd się jedzenie wzięło. Po prostu widzi, że jest.- A może powinniście założyć wspólne konto, na którym byłyby pieniądze na dom? - Można by porozmawiać o tych wydatkach dla mnie, ale nie wiem, jak mu to powiedzieć.

Budżet Basi i Mariusza

2000 zł - tyle zarabia Mariusz jako sprzedawca w jednej z sieci handlowych

1500 zł - tyle zarabia Basia jako nauczycielka w szkole podstawowej

1200 zł - tyle miesięcznie wydają na jedzenie

1000 zł - tyle miesięcznie płacą za mieszkanie, prąd, wodę, telefon, telewizję kablową i internet

330 zł - tyle wynoszą miesięczne raty za remont mieszkania oraz kupno laptopa i sprzętu AGD

Tak, jakbyśmy mieli dziecko

Dla Basi w małżeństwie wspólne może być wszystko poza ręcznikami, piżamą i kontem. Ale jak się tak przyjrzeć, to się okaże, że tych osobnych rzeczy jest znacznie więcej. Na przykład mieszkanie spółdzielczo-lokatorskie, którego ona jest głównym lokatorem, a w którym mąż nie jest zameldowany. Albo komputer czy sprzęt fotograficzny. - Jakbyśmy się rozwodzili, to nie będzie problemu z podziałem - śmieje się Basia i od razu zastrzega, że na razie nie zamierza tego robić. -

Jak się rządzicie kasą? - Na różnego rodzaju rachunki zrzucamy się po połowie. To znaczy ja płacę 500 zł za mieszkanie, a mąż resztę. Za to ja przeważnie robię zakupy. Bo mam więcej czasu. I przeważnie płacę ze swojego konta. To znaczy jak mam pieniądze, bo jak nie mam, to przelewam sobie z konta męża. Znam hasło i numer identyfikacyjny. O każdym przelewie Mariusz dowiaduje się za pomocą SMS-a. Podobnie jak Basia. Dzięki SMS-om mają kontrolę nad swoimi kontami.

Basia lubi mieć kontrolę. Tego nauczyła się w domu, w którym tata pił, a mama trzymała kasę. Z domu Basia wyniosła jeszcze dwie zasady: rachunki trzeba płacić w pierwszej kolejności i nie pożyczać. Obie stara się wprowadzać w życie. Co miesiąc, jak wpłyną pensje, Basia pyta męża, ile zarobił. - Żebyśmy mogli zaplanować wydatki. Trzeba na przykład kupić buty, zrobić półki, drukarka się zepsuła. Gdy wszystko policzymy, wiemy, ile możemy odłożyć na dziecko. - Macie dziecko? - Nie, ale żyjemy tak, jakbyśmy je mieli.

Czerwone ferrari

Basia ma 34 lata i magisterium z polonistyki. Mariusz ma 22 lata i maturę. Ślub wzięli trzy lata temu, ale znają się od zawsze, bo od urodzenia mieszkają w tym samym bloku. - Znałam go już, gdy jeździł w wózeczku. Potem podciągałam do matury. Chyba za bardzo. Jak tylko zaczęli być razem, powstała kwestia dziecka. - Mama zaczęła chorować, a bardzo chciała mieć wnuka. Nawet mnie namawiała, żebym sobie zrobiła nieślubne. Basia zapytała Mikołaja, czy chciałby mieć dziecko. Oświadczył, że musi się zastanowić. Po kilku dniach powiedział, że tak. - A jakby nie?- To bym mu dała czas. Żeby się nie czuł przyciśnięty. Potem powstała kwestia ślubu. - Mama chciała mnie widzieć szczęśliwą i ustabilizowaną. Mąż to byłby dla niej dowód, że jestem bezpieczna, że nie zostanę sama.

Po drobnej sugestii Mariusz się oświadczył. - Ucieszyłam się, ale powiedziałam, że będzie lepiej, jak poczekamy. Niestety, mama poczuła się gorzej, wiedziałam, że niedługo umrze, więc wszystko przyspieszyliśmy. Ale zanim doszło do ślubu, zaczęli starania o dziecko. - Na początku myślałam, że to normalne, bo wszędzie piszą, że dopiero po roku można zacząć niepokoić się niepłodnością. Minął rok i nic, więc pomyślałam, że to wynik stresu, bo choroba i śmierć mamy. Ale potem też nic. Miałam pójść do specjalisty, ale nagle, dwa lata po ślubie, zaszłam w ciążę. Po dwóch miesiącach poroniła.

- Lekarz powiedział, że mam zespół policystycznych jajników. Że ta ciąża to był przypadek i w zasadzie nie mam szans na dziecko. Wpadła w depresję. - Jak doszłam do siebie, zaczęłam myśleć o adopcji. Wcześniej bałam się, że nie pokocham dziecka, którego nie urodzę. Że będzie sprawiać problemy wychowawcze, a ja nie będę potrafiła sobie poradzić. Zaczęłam szperać w internecie, czytać książki, dyskutować na forum i się okazało, że geny nie mają znaczenia, że tu chodzi o miłość. - Sprawdziłaś, czy naprawdę nie możesz mieć biologicznego dziecka? - Nie, bo już nie chcę być w ciąży. Boję się, że przez dziewięć miesięcy myślałabym tylko o tym, kiedy poronię.

Gdy powiedziała Mariuszowi o adopcji, usłyszała, że dla niego to bez znaczenia, skąd będą mieli dziecko. Poczuła ulgę, bo bała się, że będzie ją obwiniał. I zaczęła starania. - Okazało się, że jednym z wymogów adopcyjnych jest to, żeby po odjęciu rachunków dochód na osobę w rodzinie był nie mniejszy niż 800 zł. Ucieszyłam się, bo tyle mamy. A potem wpadłam na pomysł, że skoro chcemy mieć dziecko, to już dziś moglibyśmy tak żyć, jakbyśmy je mieli. Bo przecież jak się pojawi, to ja wezmę macierzyński i z czegoś musimy żyć. Założyliśmy więc oddzielny rachunek i odkładamy. Może nie 800, ale jak coś zostaje, to idzie na dziecko.

- A co z przyjemnościami? - Zostawiamy niewielkie sumy. Ona raz w tygodniu idzie z koleżanką do pubu. Zamawia dwa piwa, paczkę papierosów i porcję pieczonych ziemniaków. Płaci 30 zł. Mariusz ostatnio kupił sobie zdalnie sterowane czerwone ferrari. Kosztowało 60 zł. - I teraz sobie wyrzuca, że tyle wydał, bo nie ma czasu nim jeździć - mówi Basia. - Chcecie mieć prawdziwy samochód?- Kurs przygotowawczy do adopcji kosztuje tysiąc złotych i to jest ważniejsze niż chęć posiadania 23-letniego mercedesa, którego wypatrzył mąż. Owszem, czasem zdarza się, że myślimy, że sobie kupimy to i owo, nawet się trochę oszukujemy, a potem stwierdzamy, że dziecko jest najważniejsze. - Ale jeszcze nie macie dziecka.- Rozpoczęliśmy procedurę i mam nadzieję, że w lipcu już je będziemy mieli. No, może we wrześniu. A może jeszcze później. Tak czy siak musimy być na to przygotowani.

- A co będzie, jak nie dostaniecie dziecka? - To będzie dla mnie klęska. Ale się nie poddam. Pójdę do następnego ośrodka. Będę walczyć. Napiszę do prezydenta. Założę sprawę w Strasburgu. Nie odpuszczę.- I cały ten czas będziecie odkładać na dziecko?- Mnie raduje odkładanie na to, czego tak bardzo chcę. A co do męża, to wydaje mi się, że i jemu się podoba. Choć bardzo by chciał kupić sobie nową lampę błyskową.

Kurde no!

Na stoliku ciastka, sok, szklanka i laptop. Basia uwielbia surfować w internecie. Jest też namiętną forumowiczką. Od 2004 roku wyprodukowała ponad 7 tys. postów. Przed moim przyjściem produkowała kolejne, wiadomo - ferie, nauczyciele nie pracują. - Mąż nie ma pretensji, że tak sobie siedzisz. - Czasem powie, że mogłabym zmienić pracę albo dawać korepetycje.- I co ty na to?

- Pieniądze to miła rzecz, ale nie zamierzam się zarzynać.- Wygląda na to, że on nie ma zbyt wiele do powiedzenia. - Mój mąż sprawia wrażenie uległego, ale w sprawach dla siebie ważnych potrafi się zastanowić lub powiedzieć 'nie' - odpowiada Basia i na dowód, że tak jest, opowiada, jak to wymyśliła, żeby Mariusz na rok pojechał do Irlandii i zarobił na wykup mieszkania. Żeby nie brać kredytu. Poza tym, tak argumentowała Basia, mógłby nauczyć się języka, zdobyć doświadczenia. Ona miała zostać, bo jest starsza i po powrocie byłoby jej ciężko znaleźć pracę.

- Zgodził się, a wtedy ja zaczęłam się zastanawiać, czy wytrzymam rok. Czy małżeństwo nie jest ważniejsze niż forsa. A on, że i tak pojedzie, bo będzie nam łatwiej. Zaczęłam się łamać i coraz bardziej mi się ten pomysł nie podobał. A on, że powinien. Kupił bilet, spakował się, następnego dnia miał lecieć. Leżałam w łóżku i prosiłam Boga, żeby nie jechał. Bo to się może różnie skończyć. Może spodoba mu się samodzielność. Może nie wróci. Może ja zmienię zamki. Wieczorem coś bąknął, że nie pojedzie. Rano zdecydował. Cieszyłam się jak cholera. Przepadł bilet, musieliśmy oddać za niego kasę, bo pożyczyliśmy, ale się cieszyłam. I do dziś nie żałuję.- Dlaczego nie pojechałeś? - zapytałem Mariusza. - Kurde no!

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Zapłacisz kochanie?
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl