Co Polacy jedzą w pracy?

Wychodzisz z pracy żeby zjeść obiad na mieście? Jesteś szczęściarzem. Większość polskich pracowników nie ma takiej możliwości. Ratują ich kanapki i pizza na telefon, bo o przerwie na lunch mogą pomarzyć.


Czy wstajemy o 6, czy o 9, dietetycy są zgodni: śniadanie trzeba zjeść. - To podstawa dnia - mówi Anna Janasz, dietetyk Centrum Dietetycznego Naturhouse w Bydgoszczy. - Moim pacjentom każę je jeść i koniec. Tymczasem, według różnych badań, tylko nieliczni sięgają rano po coś do jedzenia. Bo zaspany człowiek o jedzeniu nie myśli. Gorzej, że z reguły jesteśmy rano tak nieprzytomni, że z trudem przychodzi nam myślenie o czymś do jedzenia na później. Wychodzimy do pracy i... tu dopiero zaczyna się żywieniowy dramat.

Lunch dla wybranych

Grzegorz, łódzki adwokat, zasadę ma prostą. - Do południa tylko kawa, później mogę zacząć już coś jeść - mówi. Dzień spędza po trochu w sądzie, po trochu w kancelarii, którą prowadzi razem z kolegami. Przeważnie biega w stresie od rana do wieczora, około godz. 15 czy 16 wspólnie wychodzą coś zjeść. - Nasze biuro jest w centrum. Wokół jest kilka restauracji, a jeśli chcemy zjeść gdzieś dalej, pakujemy się do samochodu i jedziemy - mówi. W pracy mają telewizor, ekspres do kawy i elektryczny czajnik. - Lodówki nie kupowaliśmy, bo po co. I tak nie przynosimy do pracy nic do jedzenia. Chociaż w czasie mistrzostw piłkarskich trochę nam lodówki brakowało. Chodziło o to, że często po pracy oglądaliśmy mecze i chcieliśmy, by niektóre napoje utrzymywały przyjemnie niską temperaturę - śmieje się. Właściciele firm, prezesi i przedstawiciele wolnych zawodów tacy jak Grzegorz, to szczęściarze. W wygodnej pozycji są też pracownicy biurowi, którzy nie mają bezpośredniego kontaktu z klientem, przez co również sami dysponują swoim czasem. Elastyczny sposób pracy daje możliwość w miarę spokojnego wyjścia na obiad, co toleruje już większość dużych i średnich firm. A to, gdzie ten obiad zjemy, zależy już tylko od nas. - Jeśli jesteś w centrum, masz do dyspozycji drogie restauracje, fast foody albo bary mleczne. Korzystamy ze wszystkiego po trochu. Stać mnie na sushi, ale nie pogardzę też domowymi pierogami za 4 złote z malutkiego baru na rogu - mówi Grzegorz. Najczęściej jada w pizzerii, średniej klasy restauracjach i barach z domowym jedzeniem. - Kryterium jest jedno, jeśli choć raz dadzą mi coś, co nie wygląda na świeże, to jest ostatnia moja wizyta w tym lokalu - mówi.

Tylko kanapki

Najtrudniej zjeść obiad pracownikom obsługujących klienta. Nie mogą wyjść, przez cały dzień muszą siedzieć w biurze. Choćby uwijali się w kosmicznym tempie, i tak po jednym interesancie będzie kolejny, a za nim jeszcze następny. Jolanta Pazik, kierowniczka działu we wrocławskim oddziale SKOK: - Nie ma u nas bufetu, ale nawet gdyby był, nie byłoby czasu do niego pójść. Przecież nie zamkniemy okienka i nie pójdziemy na obiad. Dlatego pracownicy biur i banków zawsze pod ręką mają numer telefonu do sprawdzonej pizzerii albo baru z chińszczyzną lub firmy dowożącej domowe obiady do pracy. W dużym mieście taki obiad kosztuje średnio 12 złotych. Ale nie jest idealnym rozwiązaniem. Jolanta Pazik: - Po pierwsze dlatego, że i tak, żeby coś zjeść trzeba czekać na okazję i jeść w przerwie między jednym klientem a drugim. Trzeba więc liczyć się z tym, że zanim się za nie zabiorę, jedzenie będzie już zimne. Po drugie, dania na zamówienie nie zawsze są smaczne i trudno polecić je dbającym o linię. Dlatego pracownikom pozostają kanapki. - One ratują od głodu. A jeśli nie zdążę rano ich zrobić, po drodze do pracy zahaczam o najbliższy sklep i kupuję bułkę i jogurt, tak jak to robiłam w wieku 15 lat - mówi pani Jolanta.

Dbaj o to, co jesz

Dietetyk Anna Janasz, udziela porad żywieniowych ludziom pracującym w różnych branżach. - Ogólne zasady dla wszystkich są podobne i nie powinno się ich łamać - mówi. - Podstawą dnia jest śniadanie. Trzeba je zjeść, niezależnie od tego jak bardzo nam się spieszy, zmuszam do tego wszystkich pacjentów. Może to być choćby jogurt, tost, kromka chleba, a do tego - już w pracy - owoce, sok jednodniowy albo jakiś inny i będzie dobrze.

Kolejna żelazna zasada to woda. - W ciągu dnia powinniśmy wypijać około 1,5 do 2 litrów niegazowanej wody. Gazowana rozpycha dodatkowo ściany żołądka - tłumaczy specjalistka. Przypomina też, że jedzenie powinniśmy dzielić na pięć do sześciu posiłków. - Powinny to być małe porcje, uzupełniane o warzywa lub owoce - mówi. Przeważnie, przyciśnięci głodem, oszukujemy żołądek batonikiem, pączkiem lub fast foodem. Anna Janasz: - Trzeba pamiętać, że taka przekąska liczy się jak normalny posiłek, a dostarcza tylko pustych kalorii. I podaje przykładowe zdrowe menu: - Na śniadanie chleb z dżemem lub miodem, na drugie owoce lub jogurt, na obiad trochę ryżu lub ziemniaków, mięso drobiowe i lekka kolacja, twarożek i warzywa, ale już bez pieczywa. Jak się chce i o tym pamięta, to nic trudnego.

Ustawowa przerwa śniadaniowa

O ile w dużym mieście głód można zaspokoić choćby niezdrowo - w najbliższym fast foodzie - w mniejszych miastach i na peryferiach bywa z tym już problem. Tak jak w świdnickim Sonelu, fabryce produkującej zaawansowane technologicznie elektryczne urządzenia pomiarowe. Zakład zatrudnia około 200 osób. Większość pracuje przy produkcji, reszta w biurach. Zaczynają o 7 i pracują do godz. 15. Jolanta Drozdowska z działu PR: - Ustawowa przerwa śniadaniowa jest. Trwa 15 minut i wystarczy, żeby ludzie z konkretnej grupy usiedli w stołówce, zrobili sobie kawę czy herbatę i zjedli to, co przynieśli z domów. Najczęściej to kanapki albo jakieś sałatki w plastikowych pojemniczkach. Są szafki, lodówka, można przechować jeśli trzeba. Gorzej, jeśli ktoś nie przyniesie jedzenia. - Fabryka stoi na uboczu, a do najbliższego sklepu w 15 minut się nie zdąży dojechać i wrócić. Tak samo z pobliską prywatną stołówką. Jest za daleko - mówi pani Drozdowska. Pracownicy muszą więc wcześniej planować, co zjedzą w pracy. Ma to swoje dobre strony. - Jeżeli już dzisiaj pomyślimy o tym, co zjemy jutro w pracy, możemy zrobić odpowiednie zakupy i przygotować posiłek zamiast kupować byle co, na ostatnią chwilę - tłumaczy Anna Janasz. Dodaje też, że jeśli mamy możliwość zamówienia czegoś, zdecydujmy się na jak najbardziej wartościowy posiłek. - W pracy spędzamy tak dużą część naszego życia, że musimy pamiętać o zdrowym odżywianiu. Brak czasu nie jest żadną wymówką - przekonuje.

Regeneracja na budowie

Wbrew pozorom, nienajgorzej pod względem żywienia mają polscy budowlańcy. O to, żeby nie chodzili głodni, zadbała ustawa. Od początku listopada do końca marca inwestorzy zatrudniający robotników muszą zapewnić im tzw. posiłki regeneracyjne. Takie posiłki ma w ofercie Józef Borejszo, właściciel firmy cateringowej z Gdańska: - To zwykle zestawy dwudaniowe, zupa i drugie danie: mięso, ziemniaki i surówka. Do wyboru mamy ponad 70 zestawów: mogą być gołąbki, kotlet mielony, filet z piersi kurczaka albo szaszłyki czy żeberka. W firmowej kuchni pracuje osiem osób. Minimalne zamówienie, jakie przyjmują to 30 zestawów. - Poniżej tego się nie opłaca - tłumaczy właściciel. Średnio na trójmiejskie budowy dostarcza po 100-200 porcji. Wszystko w styropianowych, utrzymujących temperaturę opakowaniach.

- Nie na wszystkich budowach pamiętają o obowiązkowych obiadach dla pracowników - ubolewa. - A głodny pracownik to zły pracownik.