Górnicza narzeczona, czyli świetność i upadek Czarnej Izy

Jak będziesz niegrzeczna, wsadzą cię jak Czarną Izę do czarnej wołgi i wywiozą - tak jeszcze niedawno dziadkowie górnicy straszyli swoje wnuczki w Wałbrzychu. Dziś dramat na kanwie losów pięknej prostytutki można oglądać na deskach wałbrzyskiego Teatru Dramatycznego. Dotarliśmy do źródeł miejskiej legendy


Prawdopodobnie nazywała się Iza Sobolewska, choć nie ma na to żadnych dowodów. Miała 24 lata, choć może ciut więcej. Ale równie dobrze - mniej. Przyjechała do Wałbrzycha z Piły lub z Poznania, a może z Gdańska. Jej śmierć to był wypadek albo morderstwo. Zginęła w 1964, 1965 lub 1969 roku. Sprzedawała swoje ciało za 200 złotych albo za worek kartofli. W tej historii zawsze jest jakieś "albo" - bo jedynym dowodem na istnienie Czarnej Izy jest ludzka pamięć, nadwątlona przez 45 lat, jakie minęły od jej śmierci. Choć równie dobrze mogły to być 44 lata. Albo 40.

Wygląd też budzi wątpliwości, choć mniejsze: włosy miała kruczoczarne lub brązowe, w każdym razie ciemne, do ramion, gęste. Wysoka, chociaż może średniego wzrostu. Zgrabna, ze sporym biustem, albo takim średnim, w sam raz. Prawdopodobnie miała też bardzo ostre zęby, ale o tym później.

Jedno jest pewne - w Wałbrzychu w pierwszej połowie lat 60. nie było mężczyzny, który by się za nią nie obejrzał.

Rozdział I, w którym Sebastian Majewski brutalnie wykorzystuje Czarną Izę na ołtarzu sztuki

"Iza/ naprawdę/ wyglądasz źle/ widać to/ dobrze w świetle/ szpetnie/ jak Wałbrzych/ brzydki/ze śladami/ piękna" - mówi w "Peregrynacjach Czarnej Izy Wałbrzyskiej" major SB, pseudonim "Świerczewski". To on jest w spektaklu jednym z morderców królowej wałbrzyskich prostytutek, która na szafot jedzie legendarną czarną wołgą.

Ale tak naprawdę winne jest całe miasto, bo Iza jest w sztuce kozłem ofiarnym. Jej śmierć ma przynieść Wałbrzychowi oczyszczenie: "Jesteś dziwką" - mówi do niej major. - "Obsługujesz/ najważniejszych ludzi/ tego miasta/ dyrektorów/ sekretarzy/ wojewodów/ księży/ milicjantów/nauczycieli/ górników/ radnych (...)/ wymiar sprawiedliwości/ nas wszystkich/ i wchłonęłaś w siebie/ całe miasto/ jego radości/ i smutki/ tajemnice/ ciemne interesy/ malwersacje/ przekręty/ wszystkie brudy/ nasiąknęłaś nimi/ jak gąbka/ i teraz musimy/ tę gąbkę/ wycisnąć".

A radna, pseudonim "Hanka Sawicka", dodaje: "Nie będzie pani/ to i Wałbrzych/ będzie piękniejszy". Magia działa, jednak na opak - Iza, pogrzebana przez swoich oprawców, sprawia, że miasto ulega rozkładowi.

Sebastian Majewski, dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, jest łasy na miejskie legendy. Kiedy usłyszał historię Izy, wspólnie z Andreasem Pilgrimem napisał na jej podstawie dramat.

- Potraktowałem Czarną Izę jako wyobrażenie miasta, osobę, która zawiera w sobie całą historię Wałbrzycha - tłumaczy Majewski. - Jestem tu od niedawna, ale na każdym kroku słyszę, że wałbrzyszanie jak mantrę powtarzają, że kiedyś to tu było fajnie. Były sklepy, knajpy, kina. A teraz nie ma nic. Postanowiłem przy pomocy Czarnej Izy zbudować historię o upadku Wałbrzycha. I pokazać, że za stan dzisiejszy odpowiedzialni nie są kosmici, ale sami mieszkańcy.

Rozdział II, w którym jest mowa o Paryżu polskiego południa i o tatarze w Angoli

- Tu był ruch jak w Paryżu - wspomina lata 60. Wanda Kuźniar, która do Wałbrzycha przyjechała w 1949 roku. - O Jezu, to były czasy! Ile lokali! Ile sklepów! Ile ludzi! Tak jak w Wałbrzychu nigdzie nie było. Życie tu było PRZE-CUD-NE! Moje dzieci tego nie użyły. Bo teraz to jest dziura.

Wałbrzych lat 60. to okres powojennej prosperity. Być górnikiem - znaczy mieć królewskie życie. Bywa, że i co miesiąc do portfela wpada premia. Ludzie nie wiedzą, co robić z pieniędzmi. Balanga za balangą, dancing pięć razy w tygodniu. Bo lokali jest w bród.

Więc przede wszystkim Angola na Moniuszki, w kamienicy na pięterku, z wielką palmą w środku i oknem wychodzącym na wąską uliczkę. Można tu wskoczyć na dwie pięćdziesiątki i tatara albo posiedzieć w półmroku przy oranżadzie i ciastkach z bitą śmietaną. Potem Staropolska w Rynku, Adria na Podgórzu, Syrena na Gdańskiej, ekskluzywny Grunwald, Centralna na Tuwima. Swoje kino ma każda z wałbrzyskich dzielnic - działają m.in. Oaza na Nowym Mieście, Mieszko na Podgórzu, Wiktoria na Sobięcinie.

Po mieście jeżdżą jeszcze wozy pocztowe ciągnięte przez perszerony i tramwaje - zdarza się, że któryś wypada na wirażu z szyn i wjeżdża prosto do hotelu Turystycznego, gdzie też działa knajpa. Pasażerowie wysiadają wtedy i proszą o setkę.

Nic dziwnego, że do Wałbrzycha zjeżdżają panienki lekkich obyczajów z całej Polski. Bo dla nich to eldorado.

Rozdział III, w którym Czarna Iza wkracza na scenę życia i wysiada na dworcu Wałbrzych Miasto

Pod koniec lat 50., albo na początku 60., z jednego z pociągów wysiada Iza. Ma 19 lat albo nieco więcej. Przyjechała do koleżanki albo po łatwy zarobek. W każdym razie już na dworcu werbuje ją jeden z wałbrzyskich alfonsów. Nie wiadomo, czy długo musi ją namawiać. Ale jest skuteczny.

- Z Gdańska przyjechała - opowiada mi emerytowany górnik z kopalni Thorez, z którym rozmawiam na wałbrzyskim zielonym rynku, gdzie dorabia sobie do emerytury, sprzedając kable i śrubki. Nie chce podać nawet imienia: - Rzadkie jest, jeszcze mnie ktoś rozpozna.

A wolałby nie, bo Izę znał bardzo dobrze. - Czarna, średniego wzrostu, bardzo zgrabna i ładna. Biust dosyć, dosyć, włosy do ramion. Wysiadywała w lokalach - w Centralnej, w Syrenie. To była królowa wałbrzyskich panienek.

Więcej pamięta pan Józef (lat 78), inny emerytowany górnik z Thoreza. - 200 złotych za numerek brała, podczas gdy jej koleżankom starczało 50. Ale była najlepsza w tej branży. Jak szła rynkiem, nie było chłopa, który by się za nią nie obejrzał. Piękne kształty, kobiece, zaokrąglone, spory biust, włosy ciemne, gęste, do ramion. Ładna była dziewucha. Pięknie ubrana, pamiętam jak dziś - futerko miała brązowe, z takiego misia.

Mieczysław Kuźniar od siedmiu lat nie wstaje z łóżka. Ale pytany o Izę, od razu się ożywia: - Piękna babka była, poznanianka. Elegancka, klasa, z byle kim się nie zadawała. Znała kupę ludzi. Ze sztygarami, dyrektorami się prowadzała. Ale nosa nie zadzierała, z każdym się dogadała, umiała się zachować.

Pan Mieczysław może i powiedziałby więcej, ale nie ma jak, bo po pokoju kręci się żona.

W każdym razie o temperamencie Izy krążyły w Wałbrzychu legendy. Roman Janiszek, wałbrzyski filmowiec amator, ma za sobą górniczy staż pracy - w biedaszybach, a przedtem w kopalni Thorez. Trafił tam dopiero w latach 80., ale pamięta opowieści starszych kolegów o Izie.

- Dziewka górnicza, czarna królewna - tak ją nazywali - wspomina. - Słyszałem, że na początku oddawała się za kromkę chleba, za piwo, worek cebuli czy kartofli. Z czasem dopiero zrobiła się bardziej ekskluzywna. I górników uwielbiała. Wiecznie nienasycona była. Dziesięciu chłopa dziennie jej nie wystarczało.

Rozdział IV, w którym Krzysztof Kobielec podsłuchuje historię Czarnej Izy ukradkiem

W swoim dramacie Majewski przeniósł historię Czarnej Izy w lata 80. Dzięki temu zabiegowi bohaterka wspina się mozolnie na najwyższe, dziesiąte piętro hotelu Sudety przy ul. Parkowej, który został postawiony na początku lat 70. Był wtedy symbolem luksusu, a w hotelowej restauracji przesiadywały najdroższe, dewizowe prostytutki. Jednak Iza nie mogła siedzieć wśród nich.

- Jej historia musiała się zakończyć w latach 60. - mówi Krzysztof Kobielec z działu współpracy z publicznością wałbrzyskiego teatru. To on opowiedział Majewskiemu o Izie. - Moja wersja tej opowieści jest uboga, ponieważ miałem mniej więcej dziesięć lat, kiedy ją usłyszałem. Opowiadali ją znajomi rodziców podczas przyjęcia u nas w domu. Byłem za mały, żeby mnie do stołu dopuścili. Ale pilnie nadstawiałem uszu. Nagle jeden z gości powiedział: "Czarna Iza nie żyje". Panie się natychmiast zainteresowały, kto to. Panowie zaczęli wyjaśniać. Zrozumiałem z tego wszystkiego, że była kobietą wyjątkowej urody. A dla mnie w tamtym czasie piękno i dobro łączyły się w nierozerwalną całość. Nie mogłem zrozumieć, jak to się stało, że tak piękna kobieta ginie w sposób gwałtowny.

W opowieściach dorosłych było o tym, że górnicy po śmierci Izy robili sobie żarty, przypinając do marynarek krepę. Były spekulacje, że ktoś mógł ją zabić, ale po co, dlaczego - tego już Krzysztof Kobielec nie pamięta.

- Dziś pomyślałbym, że może zazdrosna żona zepchnęła ją ze schodów - dodaje. - Ale wtedy jej śmierć była dla mnie jawną niesprawiedliwością. Zauważyłem też, że ta wiadomość nie zburzyła nastroju przy stole. To mnie zaniepokoiło. I pewnie pamięć o niej przetrwała właśnie przez tę niespójność moich wyobrażeń z tym, co się stało. To był dla mnie pierwszy moment dojrzewania. To, czym zajmowała się Iza, dotarło do mnie dużo później.

Rozdział V, w którym trzej starsi panowie mówią, jak to z Czarną Izą było naprawdę

Jak zginęła Czarna Iza? Ci, co ją pamiętają, słowem nie wspominają o czarnej wołdze i gronie wysoko postawionych oprawców z sekretarzem partii i oficerem bezpieki na czele. Zakończenie miejskiej legendy o wałbrzyskiej kurtyzanie odziera ją z romantyzmu i wszelkiego politycznego kontekstu. Nie ma w nim ani kamelii, ani spisku bezpieki z miejskimi radnymi. Finał jest brutalny, ale w boleśnie - zważywszy na okoliczności - banalny sposób.

Co do adresu, wszyscy są zgodni - Czarna Iza zginęła na wałbrzyskim Podgórzu, starej górniczej dzielnicy, pod kamienicą przy ul. Niepodległości, nieopodal komisariatu.

- Klient ją przez okno wyrzucił - opowiada Mieczysław Kuźniar. - Sadysta straszny. Podobnież oddać mu się nie chciała i ze złości ją wypchnął z pierwszego piętra.

Pan Józef częściowo potwierdza tę wersję, jednak dodaje do niej kilka krwawych szczegółów. Według niego klient sadysta, zanim wyrzucił Czarną Izę przez okno, piersi jej nożem uciął. Za co? - Przymusił ją do takiej miłości, jak Francuzi robią, nóż jej przy twarzy trzymał, a ona go ugryzła w przyrodzenie - opowiada. - Musiało go fest zaboleć, bo wpadł w szał i zabił dziewczynę. Szkoda, bo piękna była.

Wersję o ostrych zębach, które zgubiły Czarną Izę, potwierdza też górnik z Thoreza spotkany na zielonym rynku.

Sprawca miał być skazany za to na 15 lat więzienia. Ponoć wyszedł po sześciu miesiącach i zaraz potem zmarł. Ale może posiedział 25 lat i wyszedł całkiem niedawno? Tu wersje są rozbieżne. Pan Józef pamięta jeszcze stypę w restauracji Pod Rybką i to, jak zebrane tam prostytutki z całego Wałbrzycha co i rusz wzdychały: "niech jej ziemia lekką będzie" pod kolejną pięćdziesiątkę.

Rozdział VI, w którym pewien emerytowany milicjant nic nie wspomina o mocnym Czarnej Izy zgryzie

Możliwe jednak, że historia Izy miała zupełnie inny finał. Jeszcze bardziej banalny, bo pozbawiony pikantnych szczegółów. Chociaż na osłodę pojawia się odrobina romantyzmu. Z elementami gotyku, bo pośmiertnie.

- To nie było zabójstwo, ale nieszczęśliwy wypadek - opowiada emerytowany milicjant ze Szczawna, który prowadził sprawę Czarnej Izy. - Była pijana, przewróciła się, uderzyła głową w chodnik. I tyle.

Pamięta, że był to rok 1964 albo 1965. Że miała 24 lata i nazywała się Iza Sobolewska. Że pochodziła z Piły, zajmował się nią alfons, który miał brata w kopalni Thorez. Po śmierci Izy wyjechał z jej siostrą do Piły. Tam się ustatkował.

- Była bardzo popularną dziewczyną - wspomina. - I sympatyczną. Milicjanci ją lubili i dlatego prowadzili drobiazgowe śledztwo. Inaczej nikt by się nie przejmował.

Milicjant pamięta jeszcze, że koleżanki urządziły jej piękny pogrzeb. Pochowały ją w białej trumnie, z welonem, na cmentarzu przy ul. Przemysłowej. Nawet ksiądz mszę odprawił, bo mu panny dobrze zapłaciły.

Na cmentarzu przy Przemysłowej nie ma jednak grobu Izy Sobolewskiej, a w miejskich archiwach - aktu zgonu wystawionego na to nazwisko w połowie lat 60. W prokuraturze nie zachował się żaden dokument, w którym występowałaby jako pokrzywdzona.

Więc może wcale nie nazywała się Sobolewska? A może Izą była tylko dla klientów? Tym, co ją znali, trudno wydobyć z pamięci dane osobowe. A poza tym - mówią - kto pyta dziwkę o nazwisko. Zwłaszcza kiedy ma tak świetnie brzmiący pseudonim.

- Pierwszą rzeczą, która mnie zainteresowała, był właśnie ten jej pseudonim - mówi Sebastian Majewski. - Bo prostytutki najczęściej nazywają się okropnie tandetnie: Czarna Inez, Mirafiori. A Czarna Iza brzmi szlachetnie.

Chociaż akurat do Izy jak ulał pasuje piosenka Adam Nowaka i grupy Raz, dwa, trzy o Czarnej Inez, motyl-kobiecie, królowej seksu i łez, która tańczyła "na wielu śliskich parkietach/przy wielu nadzianych facetach". Tym bardziej że w finale pojawiają się i krew, i nóż. Wprawdzie nie ma mowy o ostrych zębach ani o nieszczęśliwym upadku, ale kto wie, jak naprawdę skończyła Inez. Jeżeli w ogóle istniała. Zresztą jakie to ma dziś znaczenie? Ważne, że piosenka uwzniośliła jej tragedię.

Epilog, w którym następuje powrót niestworzony Czarnej Izy do dzisiejszego Wałbrzycha

Gdyby 19-letnia Iza w latach 60. wpadła w pętlę czasu i wysiadła dziś na dworcu Wałbrzych Miasto (z Poznania i Gdańska jechałoby się jej najwygodniej, bo bez przesiadek), nikt by na nią nie czekał. W rynku nie miałaby gdzie przesiadywać nad pięćdziesiątką i tatarem. Tam, gdzie błyszczał dawny Grunwald, odbiłaby się od drzwi ZUS-u. Nie ma już śladu po palmie z Angoli, nie działa Adria na Podgórzu. Może wylądowałaby w jednej z wałbrzyskich agencji towarzyskich - w Ewie, Róży albo Pokusie. Na klientów czekałaby w wynajętym pokoju. Nie ściągałaby męskich spojrzeń na ulicy.

Dawną Izę zaskoczyłby pewnie widok Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Mieści się w budynku zajazdu, w którym kiedyś działał jeden z miejskich lupanarów. Niemiecki teatr został rozebrany w latach 50. I kiedy dekadę później okazało się, że scena by się jednak w mieście przydała, padło na zajazd.

Czy znalazłaby w "Peregrynacjach..." odbicie własnej historii? Może uśmiałaby się z jazdy czarną wołgą i westchnęła na koniec, że to się musiało tak skończyć, bo kto to widział opowieść o dziwce z happy endem.

Co zrobiłaby Iza, widząc, że po dawnym Wałbrzychu, tym Paryżu Dolnego Śląska, nie został nawet ślad? Odwróciłaby się na pięcie i wsiadła w powrotny pociąg do Poznania, Gdańska, a może Piły? Sebastian Majewski woli wierzyć, że zostałaby. - Nauczyłaby się japońskiego i stałaby się nadworną kurtyzaną menedżerów z Toyoty - mówi. - Przecież w swoich czasach jej klientelą była wałbrzyska finansowa elita, a dziś pod tym względem nikt Japończyków nie przebije - dodaje.

Ale może zostałaby w Wałbrzychu z przekory? - jak w przypadku Majewskiego.

- Chcę pokazać, że to miasto jest piękne, że mogą się tu dziać cudowne rzeczy Nawet jeśli są to rzeczy niestworzone. Chciałbym, żeby za kilka lat ludzie chodzili po Wałbrzychu śladami miejskich legend. Tak jak chodzi się śladami Leopolda Blooma po Dublinie - mówi Majewski. - Żeby pojawiły się tablice: tutaj mieszkał Antek Kochanek, komunistyczny bohater, który wciąż ma swoją ulicę w Wałbrzychu, a tu zginęła Czarna Iza. Jeśli uda się to zrobić, będzie to także jej sukces.





Więcej o: