Pomoc domowa

'Powiedziała, że ludzie traktują ją jak gadający mop. A ona nie chce być gadającym mopem' - rozmowa z socjolożką Anną Kordasiewicz
Bada pani, jak Polacy traktują pracowników domowych - panie do sprzątania, gosposie czy nianie. To jak traktują? Dobrze czy źle?

Nie ma prostej odpowiedzi.

Wszystko zaczęło się od badania Polek pracujących w Neapolu. Byłam tam na stypendium i pomyślałam, że jako Polka mogę badać innych Polaków. Okazało się, że wiele kobiet z Polski pracuje tam w domach.

Na początku temat wydał mi się banalny i nudny. Ale jak zaczęłam rozmawiać z tymi kobietami, odkryłam bardzo złożony świat. W Neapolu obie strony rozumiały różnie sytuację. Polki jechały z nastawieniem, że będą pracować, i dlatego stosowały całe słownictwo świata pracy: prawa pracownicze, składki emerytalne i tak dalej. Używały formalnego języka, a czuły, że przez rodzinę włoską są zasysane i stają się kimś w rodzaju rodzinnej służącej. W niektórych domach spotykały się z pozostałościami tradycyjnego świata - musiały np. nosić fartuszki.

To była degradacja? Jechałam do pracy, a zostałam służącą?

Bardzo z tego powodu cierpiały.

Uważały, że Włosi nie traktują ich na równi ze sobą. Wiadomo, że są podwładnymi, ale Włosi często traktowali je nie w pełni jako osoby. Kiedy np. rodzina włoska oglądała teleturniej, a Polka znała odpowiedź, to patrzyli na nią, jakby spadła z księżyca. To się nie mieściło w ich wizji roli pomocy domowej.

Polki np. chciały się uczyć języka. Prosiły pracodawców, żeby pomagali. Opowiedziano mi taką sytuację: Polka prosiła, żeby ktoś jej wytłumaczył, jak się odmienia jakiś czasownik, a w odpowiedzi pani domu celowo rozlewała kawę i mówiła: 'Sprzątaj to, bo nie jesteś tu po to, żeby się uczyć, tylko żeby sprzątać'. To oczywiście sytuacja ekstremalna, ale i takie się zdarzały.

Wyobrażam sobie, że w Polsce np. pani pracująca jako sprzątaczka w szkole może porozmawiać z dyrektorem. Tam obowiązywał podział - do rozmów są Włosi, do sprzątania pomoc domowa.

Można to interpretować na dwa sposoby. Amerykański socjolog Erving Goffman pisał, że traktowanie kogoś jako 'nieosoby' z jednej strony może być wykluczające. Tak się traktuje czasami dzieci, osoby starsze albo psychicznie chore - nikt się nie przejmuje, co one sobie pomyślą. Z drugiej strony to bardzo funkcjonalna praktyka. Np. tłumacza na konferencji międzynarodowej wygodniej jest nie zauważać i nie traktować jako jej pełnoprawnego uczestnika - interakcja toczy się wtedy z pominięciem tego pośrednika. Polki odbierały to degradująco, ale intencją Włochów nie musiało być wykluczenie. Być może wypracowali sobie taki system obchodzenia się z obcą osobą w domu.

Polacy też mają skłonność do traktowania pomocy domowej jako 'nieosoby'?

Od trzech lat rozmawiam z pracodawcami i pracownicami i takie historie słyszę rzadko. Pracownice jednak czasem się skarżą, że przy gościach pracodawczynie są mniej wylewne i nie traktują ich tak blisko i równo jak wtedy, kiedy są same. Pewna Ukrainka powiedziała mi, że ludzie traktują ją jak gadający mop, a ona nie chce być gadającym mopem.

Dzielę pomoce domowe na cztery grupy zawodowe: osoby do sprzątania, nianie do dziecka, które zajmują się nim na stałe, gosposie prowadzące dom oraz opiekunki osób starszych, które są światem zupełnie odrębnym, bo to bardzo specyficzna praca.

Pracodawców dzielę na tych, którzy mają problemy z zatrudnianiem pomocy domowej i takich, którzy ich nie mają. Ludzie mają kłopoty przede wszystkim ze zbliżaniem i z zażyłością oraz z hierarchią. Mają np. w życiu nastawienie równościowe, a muszą się postawić w sytuacji szefa, który coś każe.

Wyróżniam dwie kategorie pracodawców, którzy nie mają problemów w relacji z pomocą domową. Jedni wchodzą w język korporacji. Mówią: "Pomoc domowa to mój podwładny, którego rekrutuję, motywuję, oceniam". Używają właśnie takich słów. Kobiety pracujące w korporacji mówią, że nie widzą różnicy pomiędzy nianią, którą zatrudniają, a swoimi podwładnymi w firmie. Taka osoba traktuje pomoc jak funkcjonalnego intruza. Zgadzamy się wpuścić go do domu, niech zostawi czysty produkt i niech znika.

Inna grupa pracodawców odwołuje się do świata tradycji. Mówią, że gosposia jest dobrym duchem domu i sprawia, że dom staje się pełen. Zakrzątnie się, ugotuje, stanowi serce domu. To najczęściej osoby wychowane w rodzinie z pomocami domowymi i mające pochodzenie ziemiańskie albo szlacheckie. Zaobserwowałam to nawet w rodzinach, które zatrudniały służbę przed wojną, w PRL zbiedniały, a teraz wróciły do dawnego statusu.

Nawiasem mówiąc, większość prac domowych w Polsce wykonują Polki, nie migrantki. W Warszawie sytuacja jest wyjątkowa, więcej niż gdzie indziej w Polsce Ukrainek pracuje w sektorze usług domowych. Przez to utarł się stereotyp, że to głównie Ukrainki pracują w domach.

Konfiguracje intymne

Jak się Polacy dogadują ze służbą?

Obie strony na siebie narzekają. Konflikty pojawiają się na przykład wokół tego, co jest intymne, a co nie jest. Niektóre pomoce domowe mogą się obrazić, kiedy się je poprosi, żeby coś przyszyły. Sprzątanie psich kup też jest czasami problemem.

Rozmawiałam ostatnio z panią, która powiedziała, że ma taki podział obowiązków z nianią, która zajmuje się czwórką dzieci i częściowo prowadzi dom: pomoc domowa nie wstawia prania i nie myje klozetów, bo pracodawczyni uznała, że to na tyle brudne i intymne czynności, że musi to zrobić sama. W innych przypadkach właśnie najbrudniejsze domowe czynności są zlecane płatnej pomocy domowej. Konfiguracje tego, co jest intymne, a co nie jest, są bardzo różne.

Jest wyzysk?

Zetknęłam się z sytuacjami nadużyć, na przykład jedna z Ukrainek sprzątających w trybie na dochodzącą opowiadała, że pewni pracodawcy zamykają ją w domu na czas pracy (ok. pięciu godzin) i wychodzą na ten czas z domu. Mam też przypadki, które ocierają się o wyzysk. Myślę, że wynikały w dużym stopniu z niewiedzy, nieobycia z sytuacją i z braku wyobraźni.

Włochy, szczególnie włoskie południe, które badałam, stanowi tradycyjny, często opresyjny kontekst. Z drugiej strony we Włoszech utarło się wiele nieformalnych reguł zatrudniania pomocy domowej, które są przestrzegane niezależnie od tego, czy zatrudnia się ją legalnie, czy na czarno. Np. niedziela i czwartek to w Neapolu dni wychodnego.

W Polsce takich reguł nie ma. Zaszokowało mnie, że niektórzy pracodawcy tego nie rozumieją - osobie, która opiekuje się osobą starszą, np. chorą na alzheimera, raz na tydzień należy się wolne! Myślę, że potrzebujemy w Polsce takiego katalogu dobrych praktyk - żeby było wiadomo, co wolno, a czego nie.

Prawo to jakoś reguluje?

W Polsce jest wolnoamerykanka. To sektor w ogromnym stopniu nieformalny. Spotykałam wprawdzie wiele Ukrainek, które pracowały tu legalnie, ale było to skomplikowane i wymagało dużej determinacji. We Włoszech obowiązuje zbiorowy układ pracy. Pomoce domowe mają związki zawodowe. Państwo niesłychanie szczegółowo reguluje ten sektor. Wyróżnia się np. cztery kategorie pracowników w zależności od stażu pracy i doświadczenia. Te reguły pomagają nawet zatrudnionym na czarno. Kobiety wiedzą, że regulacje istnieją, i się do nich odwołują. Odbijają je sobie na ksero. A potem liczą nadgodziny.

Trzeba myśleć o innych. Kiedy np. pani, która sprząta, dwóch pracodawców odwoła pracę, rozsypie się jej budżet domowy. Należy się rekompensata za odwołanie jak za odwołane korepetycje dla dziecka. Niektórzy pracodawcy - w Polsce! - sami np. płacą gosposi rekompensatę za czas wyjazdu, pół stawki. Pomocy domowej też należy się urlop.

Dlaczego sam pan nie posprząta?

Przychodzą do mnie do sprzątania dwie Polki. Załatwiają mój dom w trzy-cztery godziny. Sam bym nigdy tego nie sprzątnął. Powinienem czuć z tego powodu dyskomfort? Płacę im przyzwoicie. Widzę, że jeżdżą lepszym samochodem niż ja.

W wywiadach polscy pracodawcy bardzo często mówią, że źle się czują, zatrudniając pomoc domową. Nie wiedzą, jak się zachować. Nie wiedzą, kim jest ta osoba w domu - może to jest gość, którego trzeba obowiązkowo poczęstować kawą?

W socjologii są dwa podejścia do zatrudniania pomocy domowej. Jedno mówi, że taka praca wynika z potrzeb rodzin w sytuacji aktywizacji zawodowej kobiet. Większość prac dotyczących tak zwanych migranckich pomocy domowych powstaje jednak w nurcie krytycznym. Tam pan przeczyta, że zatrudnianie np. pani do sprzątania to oznaka statusu. Bo są one np. w domach, w których kobieta nie pracuje zawodowo.

Jaka oznaka statusu? Kiedyś nie miałem nikogo do sprzątania i pamiętam, jaki był bałagan w domu!

Ale można zapytać: jeżeli chce pan mieć czysto, to dlaczego pan sam nie posprząta? To ważne pytanie.

Niektóre badane osoby mają wyniesione z dzieciństwa przekonanie, że człowiek powinien sam po sobie sprzątać, i jak ktoś przychodzi i sprząta 'mój bałagan', to coś jest nie w porządku. Nie wiem do końca, skąd się to przekonanie bierze.

Mnie tak uczono. Mój syn ma 4,5 roku i też go uczę, żeby sam sprzątał zabawki Może tu chodzi o odpowiedzialność. W szerszym sensie - jeśli coś nabałaganiłem w życiu, to powinienem posprzątać.

Skoro tak panu zależy, to nie dałby pan rady wykroić sześciu godzin, żeby posprzątać samemu? Wydaje mi się, że to nie jest nie do zrobienia.

Pewnie jest do zrobienia. Z moją partnerką dużo pracujemy. Kiedy nie pracuję, nie chcę się zajmować sprzątaniem.

Taką odpowiedź socjologowie nazywają "koncepcją jakości czasu". Wielu pracodawców - szczególnie z klasy średniej - mówi, że czas zaoszczędzony na sprzątaniu mogą wartościowo spędzić z dziećmi czy partnerem i budować z nimi relacje.

Ale krytyczny głos mówi: dlaczego niektóre osoby - na przykład pan - zasługują na to, żeby mieć ten czas na budowanie relacji z rodziną, a inne, biedniejsze i gorzej wykształcone, spędzają go, głównie sprzątając?

Przepraszam, ale to ich praca. Ja też spędzam swój czas, głównie pracując. Ludzie mają różne zawody. Moja mama sprzątała w Norwegii domy i nie widzę w tym nic uwłaczającego. Nie rozumiem moralnego potępienia samej pracy domowej. Dlaczego zatrudnianie kogoś do sprzątania w biurze jest w porządku, a do sprzątania w domu już nie?

Za koncepcją 'jakości czasu' tak naprawdę stoi przekonanie, że ktoś się uważa za osobę lepszej kategorii: 'Zasługuję na ten czas i mogę go sobie kupić za stawkę, za którą sam bym nawet nie wstał z łóżka'.

Może więc lepiej zatrudnić firmę do sprzątania?

Firmy są z kolei oskarżane o to, że sprzyjają procesowi komodyfikacji przestrzeni domowej. Że się ją depersonalizuje.

Mój dom staje się mniej moim domem dlatego, że firma w nim sprząta? Bez przesady.

Na pewno zgodziłyby się z tym stwierdzeniem osoby, które uważają gosposię za dobrego ducha domu.

Pani zatrudnia opiekunkę do dziecka? Panią do sprzątania?

Tak, czasami zatrudniam panią - Polkę - która sprząta moje mieszkanie. Potem łapię się na myśli: 'Kafelków w łazience sama bym nigdy nie umyła tak często'. Mówię sobie, że cenię swój czas, pracuję naukowo, więc nie muszę tego robić. Wydaje mi się, że dylematów etycznych nie należy zbyt łatwo od siebie odsuwać. Ta sytuacja jest pełna ambiwalencji. Niektóre osoby wychodzą z niej poprzez ramę korporacji, niektóre - tradycji, jeszcze inne wpisują zatrudnianie pomocy domowej w ramy pomagania osobie biedniejszej, gorzej postawionej, migrantce, tym samym wpisując ją w rolę ofiary - z którą to rolą owe kobiety się nie godzą. Same uważają się często za przedsiębiorczych, pełnych inicjatywy usługodawców, od których klienci, czyli właściciele domów, są zależni.

Starałam się do swoich badań włączyć drobne elementy obserwacji uczestniczącej. Kiedy poszłam z zaprzyjaźnioną Ukrainką sprzątać do nieznanych ludzi, odczarowało mi to pracę domową. Na podstawie niektórych książek socjologicznych można było odnieść wrażenie, że to jakieś misterium. Są autorzy, którzy opisują ją jako przeżycie metafizyczne.

To czym naprawdę jest?

Zwykłą, męczącą robotą. Ludzie, którzy ją wykonują, zasługują na ludzkie warunki.