Smaki z dzieciństwa i wczesnej młodości

Kolekcjonowaliście historyjki z gum Donald? A na koloniach żywiliście się głownie zapiekankami z budki? Choć minęło wiele lat, niektóre smaki pozostają wciąż żywe.
Zupełne dziwactwa

- Co wybierasz, VisolVit, czy Vibovit? - to tak jakby zapytać, co jest lepsze cola czy pepsi albo jakie zwierzę wolisz - psa czy kota. - Właściwie nie przypominam sobie, co to w ogóle było - mówi Marta, 35 latka. - Pamiętam za to, że mama kupowała saszetki w kartoniku, skąd je wyciągałam, rozrywałam i zjadałam za pomocą poślinionego palca. A byłam w drużynie słodkiego i pudrowego Vibovitu. Rówieśnik Marty, Paweł, wolał pieniący się na języku VisolVit - nie jadł go palcem, tylko wysypywał na dłoń i stamtąd zlizywał smakujące pomarańczą garnulki. - To była bomba!




Podobnie jak napój Ptyś w szklanych, półtoralitrowych butelkach. Mój kolega z podstawówki - Franek - przychodził na lekcje z taką flaszką i do przerwy śniadaniowej ją opróżniał. - O tak, Ptyś to była moc, podobnie jak woda gazowana Mazowszanka z parą tańczącą w ludowych strojach na etykiecie - dodaje Robert, lat 34. - Ptyś był gazowany, o trudnym do jednoznacznego określenia smaku - coś pomiędzy mandarynką a pomarańczą. Nie gasił pragnienia, ale był wspaniały. Dzisiaj pewnie bym go nie tknął, ale gdy miałem 8 lat rodzice kupowali ten napój skrzynkami.

Guma z bonusem

- Przygoda z gumą do żucia trwała w moim przypadku od zerówki do połowy podstawówki. Teraz w ogóle nie żuję, bo od razu robię się głodna, bolą mnie szczęki i denerwuje towarzyszący tej czynności odgłos. Kiedyś jednak. Guma z "Donaldem" była tym, czym zapewne dla mojego syna jest teraz jajko z niespodzianką. Pachniała w niezapomniany sposób, a jak już się ją "wyżuło" to zawsze zostawała pachnąca historyjka obrazkowa, którą opakowany był produkt z dość charakterystycznymi wyżłobieniami. Donaldy kupowali mi rodzice podczas wakacyjnych wypadów do augustowskiego Pewexu.




Oprócz Donadów, lubiłam także sprzedawane na wąskich paskach gumy kulki. Miały różne kolory, traciły smak w ekspresowym tempie i były pokryte rodzajem słodkiego lukru.

Potem były jeszcze Hubby Bubby - szczyt luksusu, dający duże pole do popisu w robieniu balonów oraz przysyłane w paczkach z Ameryki białe Wrigley Spear Mint - w paskach z "jodełkową" fakturą. Pycha! - Doskonale pamiętam koszmar gum do żucia - wspomina moja mama - przyklejałaś je wszędzie - na talerzykach, szklankach. Kiedy było zimno to nie było z ich odklejeniem problemu, w lecie musiałam mocno się namęczyć, żeby pozbyć się ciągnącej, białej masy z różnych sprzętów. - Nie mówiąc już, że wyciągałaś ją z buzi, owijałaś na palec, a po godzinie takiej zabawy była szara, nie biała...

Gofry, rurki z kremem, oranżada w torebce

W cieplejsze miesiące pojawiały się słodkości, które nie odeszły w niepamięć, jak woda z saturatora z sokiem. Gofry, rurki z bitą śmietaną i lody są dzisiaj w sprzedaży także w środku zimy. - Była taka jedna odrapana seledynowa budka z goframi na terenie dawnego warszawskiego bazaru przy polnej, w której były najlepsze gofry na świecie - wspomina z rozmarzeniem w głosie Olga, 36-latka. Miały ciasto chrupiące na zewnątrz i przyjemnie miękkie w środku. Gofry, które testuję w różnych miejscach w poszukiwaniu tych z dzieciństwa pozostawiają w ustach dziwny posmak i osad na zębach. W kratkowanym cieście rozkochał się mój znajomy z Bostonu, który za każdym razem, kiedy przylatuje do Polski każe się zabierać do Łazienek Królewskich na "gofrey" z dżemem.

- Rurki to dzisiaj zupełnie nie moja bajka - tłumaczy Ania, lat 40. Jako dziecko miałam jednak do nich ogromną słabość - ta faza trwała około roku i ze wspomnień mojego ojca wynika, że obietnica rurki z kremem była najlepszą formą załatwiania ze mną wszelkich spraw.

Andrzej był z kolei ogromnym wielbicielem oranżady sprzedawanej w foliowych workach. - Kompletnie o tym zapomniałem i dopiero podczas pobytu w te wakacje w Budapeszcie, gdzie w największe upały rozdawano wodę zapakowaną w podobny sposób, przypomniałem sobie smak i kolor tego napoju.

Pizza, zapiekanka, bułka z pieczarkami

- Gdy w szkole podstawowej chodziliśmy na wagary, to zawsze celem naszych eskapad były jakieś punkty gastronomiczne na mapie Warszawy - opowiada Agnieszka, 34-latka. Na bułkę z pieczarkami jeździliśmy z kolegami na Stare Miasto, po zapiekanki pod kino Luna, a na pizzę (która z prawdziwą pizzą nie miała wiele wspólnego) na ulicę Chmielną. Ja brałam zawsze opcję z szynką, a moja przyjaciółka wegetariańską.




Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

- Pizzy na Chmielnej już nie ma, budki z zapiekankami pod Luną także, nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że ostatni smak mojego dzieciństwa - wydrążona buła z nadzieniem grzybowym jest do kupienia w dawnym miejscu tuż koło Barbakanu - dodaje.

Ciepłe mleko ze stołówki i pasta do fluoryzacji

Smaki z dzieciństwa nie zawsze kojarzone są z przyjemnymi doznaniami. - Po serwowanym w szkole ciepłym mleku w kubkach długo dochodziłam do siebie i ponownie zaprzyjaźniałam się z białym płynem - mówi Matylda, 33-latka. Ciepłe mleko to dla mnie synonim obrzydliwych kożuchów spływających przez moje gardło i zapach stołówki. Na samą myśl się wzdrygam. W końcu jednak mleko polubiłam na nowo - w lecie piję je z lodem, a na co dzień w bardzo mlecznej kawie latte.

Dla Rafała, 34-latka, obrzydlistwem z dzieciństwa był tran. Mama wzywała mnie do kuchni i na łyżce podawała wstrętnie pachnący i smakujący tran. Przez tę traumę dopiero rok temu przełamałem się i spróbowałem śledzia w oleju - mówi Rafał. - Tran i pasta do fluoryzacji zębów - te dwa smaki i zapachy sprawiają, że ponownie czuję się jak ośmiolatek.

Lubisz nasze artykuły? Zostań fanem i kliknij tutaj.