Akcja 5 kg w dół: wielki finał! [ZDJĘCIA I FILM]

Wielki finał - przynajmniej dla mnie. Chociaż koniec jest tylko umowną granicą, ponieważ wszystko czego się nauczyłam i wdrożyłam w życie zostaje ze mną - mam nadzieję - na zawsze. Zobaczcie, jak chudłam i ile schudłam.
Złe dobrego początki

Gwoli przypomnienia. W kwietniu twardo zdecydowałam, że muszę schudnąć. Że nie chcę mieć fałdek na brzuchu, sprytnie ukrywanych pod luźniejszymi bluzkami, ud, które, gdy siedzę rozlewają się na boki oraz cellulitu na pupie. Moim celem było zmieszczenie się w suknię ślubną sprzed sześciu lat, roboczo akcję nazwałam "5 kg w dół".




Na początku nawet nie miałam co marzyć o zapięciu sukienki ślubnej... Fot. Departament Filmu

Doszłam do wniosku, że nie mam wpływu na zbyt wiele rzeczy w moim życiu, ale na wygląd własnego ciała zdecydowanie mam. Zamiast marudzić i nielojalnie obgadywać temat swojego tłuszczu na forum znajomych (co wszystkie robimy nałogowo), postanowiłam wziąć się za siebie. A ponieważ nie miałam żadnego doświadczenia w mądrym i rozsądnym odchudzaniu, zwróciłam się po pomoc do specjalistów - trenera osobistego Marcjana Piotrowskiego i dwóch firm specjalizujących się w cateringu dietetycznym.

Za takie podejście dostałam zresztą od czytelników po głowie - że idę na łatwiznę, że co to za problem zrzucić 5 kg.

Mądrze, na długo i nie tracąc masy mięśniowej? Dla mnie był to problem. Pomoc specjalisty to jednorazowa inwestycja - jeśli będziemy uważnie słuchać jego zaleceń i się do nich stosować, nauczymy się mądrze gubić tkankę tłuszczową.

Na początku było źle. Naprawdę źle: pierwszy trening skończył się... odruchem wymiotnym na środku ulicy i zakwasami, po których tydzień ledwo chodziłam.

A to właśnie dlatego, że każdy rodzaj wysiłku wymaga odpowiednich przygotowań. Trening siłowy musi mieć miejsce po posiłku (najlepiej dwie godziny wcześniej), aerobowy można robić rano na czczo. Po wysiłku niezbędne jest uzupełnienie energii kolejnym daniem. Ważne także, żeby dać mięśniom szansę na regenerację i odpoczynek.

Konsekwencja i wyniki

Początek był słaby, ale później także nie było kolorowo - pięć razy w tygodniu chodziłam na siłownię, jadłam 2000 kalorii - dostarczane mi pod nos przez Fit Diet i Easy Diet. Niby chudłam, ale przyznam, że oczekiwałam bardziej spektakularnych efektów.

Nauczyłam się, że waga to nie jest wyznacznik odchudzania. To obwody najlepiej pokazują, ile chudniemy. W obwodach traciłam systematycznie - na starcie miałam (przy wzroście 180 cm):

w biuście: 100 cm

w talii: 81 cm

w biodrach: 99 cm

a waga wskazywała: 70,1 kg

Po dwóch miesiącach udało mi się zjechać do:

obwód biustu: 92 cm

obwód talii: 73 cm

obwód bioder: 95 cm

waga: 66,5 kg

Żelazne zasady

Nigdy specjalnie nie wierzyłam w diety cud, a już po mojej akcji nigdy w nie nie uwierzę. Moi drodzy, nie da się bezwysiłkowo zamienić tłuszcz na mięśnie. Nie da się schudnąć 5 kg w dwa tygodnie. Wiem, że będziecie mnie przekonywać, że da się i jesteście tego najlepszym dowodem.



Film: Departament Filmu

Chociaż nie ukrywałam, że latam na siłownie i zmieniłam nawyki żywieniowe, w oczach osób, które komplementują moje wyniki, widzę nadzieję, że może jednak żywiłam się tylko truskawkami i czereśniami i stąd ten efekt.

Otóż nie. Tu nie ma cudów. Jest ciężka praca, konsekwencja, zdrowe odżywianie, aktywności ruchowe i cierpliwość. Ale efekty przyjdą! Uwierzcie mi, osobie, która przeszła przez cały proces.

Musicie podkręcić metabolizm - wasz organizm musi poczuć komfort, że nikt mu nie zabiera jedzenia. Żadnego głodowania! Pięć posiłków dziennie w równych odstępach czasu - w każdym warzywa. Dodajcie kasze, pełnoziarnisty ryż i makaron, zmieńcie białe pieczywo na ciemne - ale nie zabarwiane karmelem, tylko takie, nad strawieniem którego żołądek będzie się musiał napracować.

Zapomnijcie o niezdrowym jedzeniu i piciu, odstawcie alkohol i zacznijcie się ruszać.

Jak się już wdrożycie w system, to przekonacie się, że przy żelaznej konsekwencji łatwiej o małe ustępstwa i usprawiedliwione dyspensy.




Po dwóch miesiącach sukienka pasuje jak ulał! Fot. Departament Filmu

Się nie da...

Nie jestem kolorowym ptakiem z nadmiarem wolnego czasu. Mam małe dziecko, męża, który jest w fazie rozkwitu życia zawodowego i pracuje więcej niż przeciętni mężowie. Udało się jednak tak ustawić nasze rozkłady dnia, że bez szkody dla rodziny czas spędzony na siłowni stał się dla wszystkich świętym.

Dosłownie kilka razy zrezygnowałam z pójścia na siłownię - ale to były sytuacje naprawdę wyjątkowe. Owszem, musiałam się jeszcze lepiej zorganizować i zapanować nad chęcią odpuszczenia sobie. W pewnym momencie jednak codzienne stawianie się na siłowni stało się tak naturalne, że aż uroczo automatyczne i cudownie bezrefleksyjne. Nie przyjmuję więc argumentów, że się nie da, że daleko, pod górkę i pod wiatr. Da się.

W sukienkę się mieszczę, teraz mam nowy cel. Do wyjazdu na wakacje chcę mieć widoczny zarys mięśni na brzuchu. 10 minut i dziewięć ćwiczeń codziennie wieczorem - efekty już zaczyna być widać.




Na pierwszym planie dinozaur, na drugim brzuch, nad którym pracuję. Fot. Archiwum prywatne