Modelki ubrane w mleko i wodę. Niezwykłe zdjęcia Polaka

Sam stawia przed sobą kolejne wyzwania, uczy się od najlepszych, a jego fotograficzne projekty wygrywają prestiżowe konkursy. Jarosław Wieczorkiewicz, architekt i fotograf, opowiada nam o pracy przy niezwykłym kalendarzu.
Ola Długołęcka, Kobieta.gazeta.pl: Czy to prawda, że do zrobienia zdjęć do projektu Milky Pin Ups nie użyłeś PhotoShopa?

Jarosław Wieczorkiewicz, AurumLight: Informacje z mojego bloga były przetwarzane na zasadzie głuchego telefonu, aż w którymś z kolei artykule ktoś nierozważnie napisał, że nie używaliśmy PhotoShopa, co oczywiście nie jest prawdą.

Zacznę od tego, że wszystkie elementy widoczne na finalnej ilustracji były fotografowane w tym samym miejscu i w tym samym czasie. Wylewaliśmy prawdziwe mleko lub wodę na prawdziwe modelki rejestrując w czasie jednej sesji setki zdjęć. Każdy element jest częścią oryginalnej fotografii. Kształt płynącego mleka, krople i krawędzie zostały osiągnięte dzięki wylewaniu płynu pod odpowiednim kątem, czy za pomocą odpowiedniego naczynia i nie były dorysowywane w PhotoShopie.

Dopiero w końcowym etapie tworzenia ilustracji PhotoShop został użyty do nałożenia na siebie tych najlepszych ujęć. I stworzenia efektu płynnej garderoby.




Kulisy powstawania zdjęć. Fot. Archiwum Jarosława Wieczorkiewicza/AurumLight

Jak wyglądał proces powstawania zdjęć? Ile osób brało w nim udział?

- Pomysł kalendarza z ilustracjami mlecznych Pin Ups przyszedł stosunkowo naturalnie podczas pracy w Los Angeles - kolebki Pin Up Girls. Tam też fotografowaliśmy trzy kolejne koncepcje i już po wstępnych efektach wiedzieliśmy, że temat jest ciekawy i na tyle "świeży", że warto go kontynuować.

Kalendarz to efekt dwunastomiesięcznej pracy, a pozostałe ilustracje z użyciem płynów powstawały w czasie warsztatów fotograficznych, które prowadziliśmy w Londynie, Frankfurcie, Wenecji i Lucernie. W każdym z tych miast poza kilkoma osobami z mojego zespołu mieliśmy grupę ludzi zaangażowanych w produkcję. Gdyby policzyć wszystkich, bez których skończenie projektu nie byłoby możliwe, to dałoby to blisko czterdziestoosobową grupę.

Zobacz więcej zdjęć!




Fot. Jarosław Wieczorkiewicz/AurumLight

Skąd pomysł na pracę z mlekiem i wodą?

- Interesują mnie zaawansowane technicznie lub logistycznie projekty. Takie, które znajdują się poza moją i pewnie większości fotografów strefą komfortu. Im bardziej pracochłonne i męczące, tym bardziej jestem nimi zainteresowany.

Próbuję nowych rzeczy i często się potykam. Zawsze jednak sobie powtarzam, że ciekawa porażka jest bardziej interesująca niż nudny sukces. Dlatego podejmuję wyczerpujące wyzwania, dające wiele satysfakcji z dobrze wykonanego zadania.

Zrealizowaliśmy kilka tematów, za które zebraliśmy pozytywne recenzje i kilka nagród. Zawsze też chciałem pracować z płynami - na przykład przy fotografii produktów. Zająłem się jednak fotografią dlatego, że uwielbiam pracę z kreatywnymi ludźmi i nie podoba mi się samotne siedzenie w zamkniętym studiu.




"Mleczna Zakonnica". Fot. Jarosław Wieczorkiewicz/AurumLight

Do zdjęć zainspirowały mnie także prace innych fotografów utrzymanych w tej estetyce. Miałem już wtedy kilka szkiców z pomysłami, a po pierwszej ilustracji - Mlecznej Zakonnicy - zauważyłem znaczne zainteresowanie i skok w statystykach mojego bloga. Szybko zdecydowałem, że to będzie mój wehikuł, który pozwoli mi łatwiej dotrzeć do wcześniej zaplanowanego celu.

Ta seria stała się popularniejsza niż wszystkie poprzednie i dzisiaj używam jej jako wytrychu, który otwiera nam wiele drzwi. Zabiera nas w fantastyczne miejsca, w których spotykamy ciekawych ludzi, do których normalnie nie mielibyśmy dostępu. Rozmawiamy wtedy o przyszłych projektach już bez "płynów". Dotychczasowe prace dają nam wiarygodność i pokazują, że nie boimy się trudnych wyzwań.

Skąd wiedzieliście jak polewać płynami, żeby uzyskać taki efekt?

- Nie wiedzieliśmy. Podobnie jak w każdej innej dziedzinie potrzeba zdobyć wiedzę i doświadczenia. Wspomniałem wcześniej, że mam określony cel, do którego dążę i czerpię przyjemność przede wszystkim z tej drogi i ludzi, których na niej spotykam. Mógłbym docierać do swojego punktu docelowego powiedzmy "na piechotę". Żyjemy dziś w tak wyjątkowych czasach, że od osoby, która mogłaby pomóc swoją wiedzą dzieli nas czasem tylko jeden email.

Zwróciłem uwagę w stronę fotografów, którzy mają ogromne doświadczenie z dynamicznymi płynami. Chciałem się od nich uczyć techniki, tak by realizować moje pomysły bez powtarzania tych samych błędów.

Jeśli chodzi o technikę, to w fotografii komercyjnej była ona wykorzystywana już od wielu lat. Moim wzorem do naśladowania jest Jean-Paul Goude - dla jednych fotograf, a dla innych grafik, choreograf czy reżyser. Dla mnie artysta, który nie bał się ciężkiej pracy. Podobną lecz dużo bardziej wymagającą technikę stosował już we wczesnych latach 90-tych - i to w ciemni, pracując z negatywami klisz fotograficznych.

Czasy fotografii cyfrowej zdecydowanie ten proces uprościły, fotografowie tacy jak Paulo Vainer, Kurt Stallaert, Andrej Razumowski, Christophe Gilbert czy Bill Cahill zajmowali się tym wiele lat przede mną, a ja starałem się od nich dowiedzieć jak najwięcej. Wysyłałem maile, dzwoniłem, pytałem, jeździłem na warsztaty czy sesje i kiedy uzupełniłem braki w swoim warsztacie, byłem gotowy realizować własne pomysły.




"Srebrny Anioł". Fot. Jarosław Wieczorkiewicz/AurumLight

Pracujesz w Londynie, a czym się zajmowałeś w Polsce?

- W Londynie, podobnie jak w Polsce pracuję jako architekt. W 2006 roku, kiedy tworzyłem w biurze projektowym w Gdańsku zaproponowano mi dołączenie do zespołu zaczynającego prace nad jedną z olimpijskich aren sportowych na Igrzyska w 2012 roku w Londynie. Bardzo trudno było odmówić takiej propozycji i razem z żoną postanowiliśmy przeprowadzić się do Anglii.

Fotografią na poważnie zająłem się już w Wielkiej Brytanii. Zawsze robiłem zdjęcia, ale wtedy znalazłem się w środowisku ludzi, którzy realizowali się w wielu różnych dziedzinach. Pojawiły się nowe możliwości. Poznałem osoby, które chciały się zaangażować i do tej pory razem tworzymy.

Pracowanie nad jednym projektem architektonicznym przez kilka lat bywa bardzo męczące. Satysfakcja jest ogromna, ale brak różnorodności i tej energii pojawiającej się przy spotkaniach z przypadkowo poznanymi ludźmi, którzy myślą tak jak ty. Fotografia daje ci możliwość pracy nad tematem, który możesz zrealizować w dużo krótszym przedziale czasowym. Podejmować kolejne wyzwanie i przede wszystkim podróżowania, właściwie po całym świecie.

Dla kogo pracujesz, jakie kampanie realizowałeś?

- Po pierwszej pracy z płynami, wspomnianej wcześniej Mlecznej Zakonnicy, pojawiło się kilka artykułów na mój temat. Niedługo potem zrobiliśmy kolejne zdjęcie - Srebrnego Anioła. Kilka dni po opublikowaniu, ilustracja została wykupiona i stała się komercyjną reklamą drukowaną przez dwanaście miesięcy w fotograficznych magazynach na terenie Stanów Zjednoczonych. To był kluczowy moment, po którym zaczęliśmy pracować - w większości przypadków - z producentami sprzętu fotograficznego. Pojawiły się zaproszenia na seminaria, a po kolejnych pracach propozycje warsztatów, które prowadzimy do dziś i, dzięki którym zrealizowaliśmy kalendarz Milky Pin Ups.

Staramy się teraz dokończyć kilka nowych, bardziej zaawansowanych lecz tradycyjnych pomysłów na sesje, które mam nadzieję popchną nas w stronę punktu docelowego, jaki sobie kiedyś wyznaczyłem.

Z tego, co widziałam na Twojej stronie, organizujesz warsztaty. O czym na nich opowiadasz?

- Prowadzę warsztaty i seminaria z kilku różnych tematów - w tym także z "płynów". Zabieramy wtedy uczestników spotkań w zwariowaną fotograficzną podróż w czasie, podczas której przekazujemy wiedzę i doświadczenia zebrane przez te kilka lat prób i błędów. Bardzo lubię te spotkania i chętnie je prowadzę.




"Pojedynek w lesie". Fot. Jarosław Wieczorkiewicz/AurumLight

Fotografia, którą uprawiasz wygląda na bardzo zaawansowaną technicznie, gdzie zdobyłeś taką wiedzę?

- Nigdy nie miałem przyjemności podjęcia fotografii na poziomie akademickim. Skończyłem architekturę na Politechnice Gdańskiej i luki w warsztacie wypełniałem spotkaniami i zdobywaniem wiedzy od innych aktywnych fotografów.

Przy wyborze tematów własnych projektów staram się być proaktywny, czyli realizować się w dziedzinach, w jakich później chciałbym być zatrudniany przy komercyjnych projektach. Wierzę, że zlecenie marzeń nie stanie się rzeczywistością, jeżeli samemu się go na własną rękę nie zrealizuje.

Ci wszyscy ludzie, dla których chcielibyśmy pracować muszą mieć pewność, że damy radę zrealizować zaawansowane technicznie sesje. Jeżeli im się tego wcześniej nie pokaże, nie będą nawet wiedzieć o naszym istnieniu.

Staram się robić rzeczy, które sprawiają, że ludzie podniosą słuchawkę i wybiorą mój numer. Miło, że ostatnio dzieje się tak coraz częściej i nasze wysiłki przynoszą efekty. Ludzie zawsze doceniają ciężką pracę, trzeba tylko być wystarczająco wytrwałym i cierpliwym.

Czy jesteś związany z jakąś agencją, studiem, czy pracujesz na własną rękę?

- Na tym etapie nie, nie jestem związany z żadną agencją - choć mam już za sobą rozmowy z kilkoma londyńskimi agencjami. Jestem zadowolony z bezpośredniego kontaktu z klientem i przy moich aktualnych zobowiązaniach ten układ jest dla mnie bardzo wygodny.

Kalendarz Milky Pin Up i poprzedni - Trial, zostały nagrodzone Prix de la Photographie Paris 2013 i 2012. Co dla ciebie oznaczają te wyróżnienia?

- Przede wszystkim satysfakcję. Kieruję to także w naszą stronę znaczne zainteresowanie.

Bardzo budujące jest to, że odnosimy sukcesy w tych samych konkursach, które wygrywali podziwiani i szanowani przeze mnie fotografowie.

Wyróżnienia nie powodują jednak, że nasze prace stają się lepsze lub gorsze, podobnie jak komentarze pod nimi. Ważne jest dla mnie, że idziemy cały czas do przodu i we właściwym kierunku. Czego sobie i wszystkim realizującym swoje marzenia życzę!

Zobacz więcej zdjęć!




Fot. Jarosław Wieczorkiewicz/AurumLight