Kolia z warkoczy i pierścionek ze złotych papierków - Jak powstaje unikatowa biżuteria Kariny Królak? [WYWIAD]

KARINA KRÓLAK - charakteryzatorka filmowa i projektantka biżuterii. Swoją zjawiskową, multikolorową biżuterię gniecie, szyje, topi i zaplata w klimatycznej pracowni na warszawskiej Pradze. Jej dzieła trafiły do Madonny i Lany Del Rey, na scenie biżuterię i dodatki projektu Kariny noszą też m.in. Monika Brodka, Natalia Przybysz, Halinka Mlynkova, czy Edyta Górniak.

W 2010 roku Karina znalazła się w gronie 5 polskich projektantów zaproszonych przez firmę Swarovski do zaprojektowania biżuterii wyznaczającej światowe trendy. Jest zdobywczynią wielu wyróżnień za swoje projekty biżuteryjne, w tym nagrody głównej w konkursie "Etnokolekcje I" (2011) -  nagrodzony naszyjnik z pleksiglasowych wycinanek znajduje się w stałej kolekcji Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Jej projekty można oglądać tutaj.

Anna Sańczuk, Kobieta.gazeta.pl: Nie terminowałaś u jubilera, ani nie studiowałaś na wzornictwie - skąd się właściwie wzięła u Ciebie ta potrzeba robienia czegoś własnymi rękoma - zaplatania, kombinowania, konstruowania?

Karina Królak: Nie wiem, gdzie był początek. Już jako mała dziewczynka robiłam różne rzeczy rękoma: od malowania po konstruowanie łuku. Po prostu wolałam rzeczy robione samemu. Biżuterią zajmuję się zawodowo od ponad 10 lat i dziś jest to już część mojego życia. Nawet, jak wyjeżdżam na długie wakacje i nie pracuję, to za tym tęsknię! Nie jest to może jakaś obsesja, ale naturalna potrzeba nieustannego tworzenia.


Mieszkałaś i pracowałaś w Danii - to kraj, który z designu uczynił nieomal narodową religię. Czy ten czas wpłynął na to, co robisz?

Uwielbiam Danię! Jej architekturę, estetykę, język i styl życia. Dania działa na mnie wyciszająco, jeżdżę tam po inspirację i żeby spotkać się z przyjaciółmi.  Ja w ogóle czuję, że jestem taką "dziewczyną z północy". Od małego pisałam moje nazwisko Królak używając przekreślonego 0, zamiast polskiego ó i dopiero potem okazało się, że tak wygląda jedna z liter duńskiego  alfabetu. Ta litera jest też zresztą samodzielnym słowem - oznacza wyspę i właśnie ją wybrałam na swoje logo, bo określa mnie jako artystkę. Jestem taką wyspą - samodzielna,  bez asystentki czy szefa PR-u, wszystko robię sama.

królak

Multikolorowe, efektowne naszyjniki Kariny. Fot. mat. prasowe Taki naszyjnik "robi" kreację! Fot. mat. prasowe


Zawsze mnie zachwycała Twoja nieskończona pomysłowość w podejściu do różnych materiałów i to, jak je wykorzystujesz i zestawiasz. Nie boisz się wybujałej formy, kolorów. Topiłaś już kolorowe kawałki plastiku, plotłaś naszyjniki ze sznurów, robiłaś kolczyki z kapsli, a nawet pierścionki z papierków od czekolady!

Bardzo lubię materiały recyklingowe i stąd te złote papierki od czekolady. One są niby nietrwałe, ale w środku mają bardzo mocny papier kredowy. Skręcałam je i potem plotłam z tego np. pierścionki i  naszyjniki, które były nagradzane na wystawach. Najbardziej lubię, kiedy osoba, która ogląda moje biżuteryjne wytwory, nie wie, co to za materiał.  Bo ja jestem zwolenniczką recyklingu dla wytrwałych - nie chodzi o wieszanie gwoździa na łańcuszku, ale o tak przetworzony materiał, żeby zaciekawił, przyciągnął, zaskoczył.  To już nie jest czas diamentowych kolii. Chociaż... mam też bardzo pracochłonne naszyjniki zrobione z kamieni półszlachetnych i z kryształów. Robiłam je tygodniami na wystawę i one rzeczywiście są drogie, muszą kosztować po 20, 30 tysięcy złotych. Generalnie stawiam na eksperyment, nieustannie szukam materiałów, które są inne, nieopatrzone. Wykorzystywałam już kawałki drewna, blaszki, kauczukowe kable, ale też pleksi i kryształy Swarovskiego.  W moich kolekcjach wiele jest rzeczy plecionych i szytych, bo uważam, że są trwalsze niż klejone. To mój powrót do umiejętności manualnych, których wiele osób już dziś niestety nie ma.

Czarna korona, taka sama, jaką ma Madonna oraz kolczyki z koloryzowanej blaszki. Fot. mat. prasowe Czarna korona - taka sama, jaką ma Madonna oraz kolczyki z koloryzowanej blaszki. Fot. mat. prasowe

 

Projektujesz także rzeczy, które wykraczają poza biżuterię: stają się bardziej kostiumem, czy elementem scenografii. Np. torebki, szale, korony, kołnierze. To trochę takie Twoje "haute couture"...

Bardzo lubię szal "Hawana" - jeden z nich towarzyszył Natalii "Natu" Przybysz na scenie podczas ostatniej trasy koncertowej Kozmic Blues, dedykowanej Janis Joplin. Szale z tej serii uplotłam z kolorowych włóczek z recyklingu i sznurków przypominających sznurowadła, wyprodukowanych w polskiej firmie w Józefowie. Grube, dwustronne, bardzo etniczne w klimacie, całe z warkoczy i supłów. Chodziło mi o przeniesienie kolorów mojej ukochanej Hawany w polską zimę. Wyglądają na szalone, ale świetnie się noszą i ubarwiają polską pluchę. Bardzo się podobały zarówno na sesjach mody, jak i klientkom, więc chyba jest w nas - Polkach, taka potrzeba koloru. Od dwóch lat szyję sobie tą metodą płaszcz, może do kolejnej zimy skończę? Czasem wchodzę też  na pole klasycznego designu i projektuję przedmioty użytkowe. Razem z Patką Smirnow robimy papierowe, recyklingowe abażury. Powstają na specjalnie zamówionych stelażach, wykonane z resztek kolorowych papierów wysokiej jakości i z papieru ekologicznego, na którym miały być drukowane książki. Te kolorowe przypominają gniazda albo ludowe pająki, a białe wyglądają niczym beza lub barokowa peruka. Czuję, że to będzie sukces (śmiech).

Szal Hawana Fot. Jola Skóra / Studio MAKATA Szal Hawana - karaibskie kolory na polską zimę. Fot. Jola Skóra / Studio MAKATA

 

Nie myślałaś, żeby zacząć projektować ciuchy?

Może, w przyszłości. Teraz najbardziej lubię tworzyć szale, naszyjniki i pierścionki. Coraz mniej kolczyków, bo uważam, że najlepszy dystans jest właśnie między naszyjnikiem, a pierścionkiem. Są dostatecznie daleko, żeby równowaga w zdobieniu sylwetki była zachowana.

 

Można się utrzymać z robienia biżuterii?

Tak. Ale tylko, jeśli traktujesz to poważnie. To praca, która wymaga wielkiej precyzji i stuprocentowej uwagi. Ciągle jestem pokaleczona, poparzona, pokłuta, zalewam się klejem. Czasem wstaję do pracy o 5.30, jak ostatnio i jestem zmęczona, ale jeszcze mnie to nie znudziło! Moje dni nigdy się nie powtarzają, ciągle robię coś nowego i to też jest fajne. Jak ktoś jest projektantem i chce z tego żyć, to musi być pracowity, nie ma innej opcji. Za to potem powinien pojechać na długie wakacje, bo podstawowa zasada higieny pracy w zawodzie projektanta brzmi - nie pozwól, żeby dopadło cię wypalenie (śmiech).

Najnowsza kolekcja Kariny Królak Najnowsza kolekcja Kariny Królak "Square rings". Fot. mat. prasowe.

 

Opowiedz o ostatniej kolekcji "Square Rings", którą zaprojektowałaś na 10-lecie swojej pracy. Jest inna od dotychczasowych, bardziej minimalistyczna, oparta na zaawansowanej technologii.

Inspiracją dla tej kolekcji były moje dwa ukochane miasta, które leżą na wyspach: Kopenhaga i Hawana. Składają się na nią naszyjniki z masy plastycznej - krążki przecięte w jednym miejscu, które zakłada się bez zapięcia. Pomysłem było zamknięcie wyspy w kole z cieśniną. Do tego są półprzeźroczyste pierścionki "Hide & Seek", które w zależności od kąta padania światła są kolorowe lub całkiem niewidoczne. Kopenhaga dlatego, że pojedynczy krążek wygląda bardzo prosto i minimalistycznie, ale w dużej ilości  robią się bardzo egzotyczne, mienią się barwami - po prostu, Hawana!  Powstają ze specjalnej masy plastycznej, są wycinane maszynowo w zakładzie, a potem ręcznie przeze mnie szlifowane. Proces dopracowania technologii trwał prawie 2 miesiące i wymagał sporych inwestycji, ale jestem zadowolona z efektu. Nie ma dwóch takich samych naszyjników - różnią się kolorem, stopniem przejrzystości lub rozmiarem. Krążki można samodzielnie komponować kolorystycznie, jak obraz. Mam nadzieję latem zobaczyć w nich mnóstwo pań na ulicy i gwarantuję, że każda będzie miała inny naszyjnik. To jest przeniesienie w dużą skalę tego, nad czym zawsze pracowałam: że każda moja klientka jest traktowana indywidualnie... Mam jeszcze taki apel do pań, mogę?

Jasne!

Drogie panie! Zapraszam - odwiedzajcie nas w pracowniach. Po to je właśnie mamy! Możemy się  tam spotkać, poznać, porozmawiać. Nie trzeba kupować od razu naszyjników z wystaw za 30 tysięcy, jak się niektórzy obawiają (śmiech) Wizyta w pracowni projektanta, poznanie otoczenia, w którym tworzy, to może być naprawdę przyjemność, a przy okazji można zrobić sobie lub komuś super prezent - ładnie zapakowany i z dedykacją. Nie ma się czego bać!

"Landrynkowy" naszyjnik. Fot. Jola Skóra / Studio MAKATA

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Kolia z warkoczy i pierścionek ze złotych papierków - Jak powstaje unikatowa biżuteria Kariny Królak? [WYWIAD]
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl