Jestem najlepsza na bessę - mówi Irene Bergman, stulatka zarządzająca funduszami na Wall Street

Wali prawdę między oczy, nie lubi ryzyka, a w inwestowaniu jest superkonserwatywna. Jej klienci cenią taki styl zarządzania trwając u jej boku latami. Owszem, straciła raz klienta, ale winą za przerwaną współpracę można obarczyć wyłącznie jego śmierć. Poznajcie Irene Bergman - prawdopodobnie najstarszą kobietę na Wall Street.

Kobieca strona Gazeta.pl - Polub nas!

Jeszcze kilka miesięcy temu Irene Bergman codziennie wychodziła ze swojego, wypełnionymi antykami i obrazami XVII-wiecznych malarzy, mieszkania na nowojorskim Manhattanie i jechała do mieszczącego się przy Madison Avenue biura firmy doradczej Stralem & Company. Tam, piastująca stanowisko Senior Vice Presidenta doradczyni finansowa, zasiadała do codziennych obowiązków. Stralem & Co. zarządza inwestycjami, obracając prawie dwoma bilionami dolarów, z których część należy do 11 klientów osobiście prowadzonych przez Bergman.

Dlaczego dojeżdżała - w czasie przeszłym? Bo tak było jeszcze kilka miesięcy temu. Od kiedy urodzona 2 sierpnia 1915 roku specjalistka nieco podupadła na zdrowiu, swoimi sprawami zawodowymi zajmuje się z domu, z maltańczykiem Funny u boku, telefonem pod ręką i specjalnie dostosowanym rozmiarem czcionki w komputerze.

Niezbyt mądra, ale miła

- Cierpliwość i dyscyplina - w życiu w ogóle, a w inwestowaniu przede wszystkim - to zdaniem starszej pani klucz do sukcesu. Jak dowiadujemy się z poświęconego Bergman reportażu Erika Schatzkera z Bloomberg TV, jej klienci nie mogą oczekiwać zysków i wzbogacenia się w szybkim tempie. Bergman tłumaczy, że w czasie hossy jej klienci nie mogą liczyć na spektakularne zyski, za to w chwilach bessy - inaczej niż większość, będą na plusie. Skąd ta zachowawczość i ostrożność? Z doświadczeń życiowych.

Irene Bergman urodziła się w Berlinie, w zamożnej rodzinie świetnie prosperującego bankiera. Jej dzieciństwo i młodość były wspaniałe: wypełnione blichtrem i przyjemnościami. Bergman pławiła się w luksusie, jeździła konno i... fatalnie uczyła. Edukację zakończyła zresztą na liceum (im. Bismarcka w Berlinie), nie zdając na studia. Wśród nauczycieli cieszyła się ponoć opinią niezbyt inteligentnej i mądrej, za to grzecznej i dobrze ułożonej. Marne oceny i brak dyplomu nie przeszkadzały jej jednak w marzeniach o pójściu w ślady ojca i zrobieniu kariery w finansach. W szkolnym wypracowaniu napisała, że chciałaby być pierwszą kobietą bankierem w historii berlińskiej giełdy.

Irene Bergman z rodziną Irene Bergman (druga z lewej) z rodziną. Fot. Archiwum Irene Bergman/Screen Bloomberg Business

Sielankę przerwały powolne zmiany w Niemczech i Austrii. Po przejściu ojca Bergman na emeryturę rodzina przeniosła się w 1936 roku do Holandii. Kiedy cztery lata później naziści zaatakowali ten kraj, posiadający już holenderskie obywatelstwo Bergmanowie przez Niemcy, Szwajcarię, okupowaną Francję i Hiszpanię dotarli do Portugalii. Spędzili w niej pół roku, zastanawiając się nad tym, co dalej. Ostatecznie - korzystając z pomocy znajomego rodziny - dostali zaproszenie, na które mogli przyjechać w 1941 roku do Nowego Jorku.

Na statku, którym płynęli, w teorii mieściło się 200 osób, ale w praktyce do Stanów dotarło 700.

Z sekretarki na doradcę

Po przyjeździe do Nowego Jorku Irene Bergman zaczęła pracę jako sekretarka. Majątek Bergmanów został zamrożony przez holenderskie i amerykańskie władze, a senior rodu nie mógł ruszyć swoich inwestycji. Z tego powodu Irene oraz jej siostra musiały rozejrzeć się za posadami. - W życiu nie widziałam od środka żadnego biura, dlatego cała ta sytuacja była dla mnie zupełnie nowa i niezwykle  ekscytująca - wspomina Bergman. Szef cierpliwie przekazywał młodej kobiecie swoją wiedzę - a wszystko, czego nauczyła się o inwestowaniu pochodzi z czasów pierwszej pracy i 15 lat, które tam spędziła. Po śmierci ojca i siostry, pensja sekretarki nie starczała na rosnące koszty utrzymania, dlatego Bergman uznała, że czas na zmiany.

W nowym miejscu, w firmie inwestycyjnej Hallgarten & Company, Bergman została asystentką menadżera w departamencie zagranicznym. Kolejnym przystankiem w karierze był dom brokerski Loeb, Rhoades & Co., a od 1973 roku Bergman pozostaje wierna Stralem & Company, firmie, w której weteranka branży od razu poczuła się jak równoprawna partnerka.

Bo na początku wcale nie było łatwo. - Pod koniec lat pięćdziesiątych nie było zbyt wielu kobiet na doradczych stanowiskach. Właściwie to nie było żadnej - uśmiecha się Bergman  mówiąc te słowa z charakterystycznym twardym niemieckim "r" w wywiadzie dla telewizji Bloomberg TV.

Nie róbcie nic głupiego!

Dekadę zajęło Irene odzyskanie rodzinnego majątku. Była to lekcja pokory i cierpliwości.  Fakt, że Bergman jest zamożna, docenili jej klienci, którzy dzięki temu zyskali pewność, że głównym celem ich doradcy nie jest chęć dorobienia się na nich. Inwestycje wymagają zdaniem Bergman cierpliwości i czasu. Swoich klientów prowadzi żelazną ręką, zapewniając, że nie zależy jej na tym, żeby być lubianą, ale szanowaną. Dodaje, że w jej wieku nie ma miejsca na głupie i nieprzemyślane posunięcia. Z godne pozazdroszczenia staż w branży pozwala spokojnie podchodzić do kryzysów i załamań rynku. Czy zawodowo czegoś żałuje? - Tego, że nie zostałam traderem. To musi być niezła zabawa! - tłumaczy z błyskiem w oku.

Irene Bergman ma sto lat i jest w bardzo dobrej formie. Fizycznej - bo do osiemdziesiątki trenowała ujeżdżenie - swoją największą pasję. Umysłowej - ponieważ, jak tłumaczy: - Nigdy nie przeszłam na emeryturę.

Chcesz dowiedzieć się więcej o Wall Street? Wejdź na publio.pl >>

Więcej o: