Wiosna idzie: kobiety na diety!

"Kobiety na diety" to hasło każdego przedwiośnia. Zwykle o takie sprawy nie dbałam, ale jednak może czas najwyższy. Trzydziestka na karku, trzeba pamiętać, że nie tylko wiek mi rośnie.
Kobiece pisma zachwalają setki diet, wszystko wygląda prosto i pysznie. Lekarz alergolog mówi, żebym na razie spróbowała diety możliwie prostej, czyli jednoskładnikowej. Rzucam się zatem na kontrowersyjnego Dukana. Koleżanki chwalą, chudną podobno w takim tempie, że mają już tylko profil, więc czemu by nie spróbować. Dużo do zrzucenia nie mam, ale w końcu każda z nas marzy o pięciu kilogramach mniej. Naczytałam się już sporo o okropieństwach tej diety, zatem postanawiam wdrożyć jej zmodyfikowaną wersję: po prostu sporo białka i dużo warzyw. Plus odtłuszczone produkty mleczne, bo bez tego nie przeżyję.

Zawsze byłam fanką zdrowego stylu życia

Jak się okazuje, bycie na diecie nie jest sprawą prostą. Pomijam już nawet, że gdy zaglądam w przepisy, wychodzi mi, że powinnam mieć kuchnię wyposażoną jak laboratorium CSI. Parowary, patelnie ceramiczne, blendery z napędem atomowym, miarki, czarki i insze utensylia, których nazwy nic mi nie mówią. Liczę sobie w myślach - taniej wychodzi mi kucharka.

Ale nic to, przecież ja się nie poddam! Na diecie tej, każą jeść - ile chcesz, ile ci się podoba, byle według listy dozwolonych produktów... Jestem od lat fanką zdrowego i regularnego żywienia: na śniadanie wypijam regularnie 5 kubków kawy z mlekiem, a cały ten obrządek trwa od 11.00 do 15.00. Kawa jest dobra, a mleko chude (podobno zdrowe). Przeskoczenie na mleko 0% tłuszczu, spowodowało, że nadal mam kawę, która nie smakuje jednak ani jak kawa, ani jak kawa z mlekiem. Pies to trącał, zawzięłam się i powtarzam sobie: będzie dobrze.

Po śniadaniu przychodzi czas na obiadokolację. Zjadam ją zwykle w późnych godzinach wieczornych, co dla osoby mieszkającej w sieci równa się jakiejś drugiej w nocy. Klika razy w tygodniu pod pozorem zdrowego odżywiania wchłaniam sushi. Raz na tydzień przeżywam atak głodu, który owocuje idealnym wysprzątaniem kuchni. Zdrowo i regularnie - jak już wspominałam.



Białka, warzywa i... ektoplazma z patelni

Ale, ale... teraz mogę jeść o każdej porze, byle głównie białko. No, czyli pyszna rybka. Rybka przyprawiona zostaje wszystkim co najlepsze dla wyrafinowanego smaku, a co jednocześnie mieści się w regułach: wybornym sosem jogurtowym zero procent (coś na kształt pulpy z delikatnego papieru toaletowego) i jedziemy. Wyczesana ta dieta, faktycznie, głodu się nie czuje. Po prostu po dwóch widelcach traci się apetyt.

Nic to! Doktor Dukan napisał, że można raz dziennie zjeść placki z jogurtu i otrąb. No to zjemy placki i będzie namiastka sensownego posiłku. Pierwsza partia placków na patelni zmienia się w ektoplazmę. Ale przecież ja się nie poddam - na pewno patelnia była za zimna. Przy szóstej partii placków dochodzę do wniosku, że nie jestem już głodna - zaiste swąd ektoplazmy pozbawił mnie apetytu.

W zasadzie nie dziwi mnie to, głupia jestem: doktor Dukan jest Francuzem, pochodzi z dobrej rodziny i ma żonę, która nawet wychodząc do ogrodu opasana jest wytworną apaszką od Hermesa. Człowiek zapewne w życiu nie dotknął patelni. Wybaczę mu więc te cholerne placki.

Ale przecież pozostaje niezawodny przepis - omlet z białek. No to patelnię umyć ruszam i po zaledwie 15 minutach eksterminowania ektoplazmy - mogę działać. Tu czas wspomnieć, że zrobienie pieczeni jagnięcej w soli, lub trzypiętrowego tortu nie sprawia mi najmniejszych trudności. Co tam głupi omlet.

Omlet faktycznie okazuje się głupi - postanawia bowiem popełnić akt autodestrukcji przez eksplozję. Ale co tam, pewnie patelnia była za gorąca. Próbuję drugi raz. Efekt jako żywo przypomina ektoplazmę plackową, ale w wersji historycznej: skamielina.

Dość. Szklanka coli zero (bo mogę). Alergia jakby mniejsza. Ale miał skubany rację, trzeciego dnia przestaje się odczuwać głód. Ciekawe czemu?

Przechodzimy zatem do aktu kapitulacji - potrawy zimne. Biały serek ze szczypiorkiem na śniadanko, to przecież jedna z moich ulubionych potraw. Ser oczywiście jest chudy, do serka jogurt zero procent. Zaiste wygląda jak to, co jadałam kiedyś, a smakuje jak karton.

W ogóle przestaję jeść. Po zalecanej dawce uderzeniowej waga pokazuje to samo, co 6 dni temu.

Chrzanię to

Piję martini (zabronione), zjadam sałatkę z mozzarellą (zabronione), zamawiam sushi z zupą miso (zabronione). W poniedziałek o poranku kupuję pachnące bułeczki z ziarnami, normalny ser - wygłodzona zjadam śniadanie o 7 (nieznane mi rytuały), idę poćwiczyć. Wracam, piję kawę, zjadam tłustą rybkę z pysznymi warzywami. Dziś powtórka. Ważenie 15 minut temu - 2 kg mniej.

Nie wiem o co tu chodzi, idę strzelić kielicha.