Znikające punkty na mojej miejskiej mapie. Robię się stara i sentymentalna! [LIST]

- Wczoraj o mało nie wjechałam w latarnię, kiedy zobaczyłam, że znajdująca się od dłuższego czasu przy warszawskim Placu Konstytucji kawiarnia Batida znika i zastąpi ją Burger King. Czyżby był to kolejny punkt na mapie mojego miasta, który wyparowuje? - pyta nasza czytelniczka.

Oczywiście zanim nastał czas Batidy, było U Jachacego, a wcześniej sławny Hortex. Do Horteksu poszłam na pierwszą randkę z moim pierwszym poważnym chłopakiem - postawił mi koktajl truskawkowy w plastikowym kubeczku. Szał.

Końca Horteksu aż tak nie przeżyłam - za młoda byłam. Nie smuciłam się także, gdy znikało Mazowsze z Marszałkowskiej (kiedyś żywiłam się tylko ich babką śląską).

Może powinnam, jak bohater filmu Wayne'a Wanga "Dym", fotografować moją i okoliczne ulice? Inaczej pozapominam, co, gdzie było. Już mam spore dziury w pamięci.

Stare miejsca znikają cicho, nowe głośno się ogłaszają. Nie ma już ramiarza i złotnika, u którego moja matka chrzestna oprawiała moje dziecięce bohomazy (właśnie zastąpiło je bistro Prosię Bardzo), z Mokotowskiej zniknął fryzjer Witold (została po nim tylko reklama, w której zagrało wnętrze), nie zastaniecie już poczty przy Śniadeckich - mieszkańcy snują domysły na temat tego, co też powstanie w tej przestrzeni.

Rzemieślnicy w odwodzie

Może jestem naiwna, ale głęboko wierzę, że rzemieślnicy o wąskiej specjalizacji powrócą do centrów, że ten odpływ i kolejne puste lokaliki to jedynie stan przejściowy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w hipermarkecie - taka wyprawa kojarzy się mi z korkami, tłumami na parkingach i warczącymi na siebie rodzinami.

Ponieważ zakład szewski przy Emilii Plater już dawno zmieniono w bar sushi czy inny punkt sprzedaży bajgli, czekała mnie ostatnio perspektywa pojechania do centrum handlowego, gdzie w punkcie dorabiania kluczy można także załatwić kwestię fleków i zelówek. Zgroza! Na szczęście okazało się, że na tyłach mojej ulicy, przy altance śmietnikowej jest zakład szewski - cały w drewnie, ze starszym panem w skórzanym fartuchu. Odetchnęłam.

Potrzeba, nie fanaberia

Jeszcze mam pod ręką specjalistów, którzy pomogą. Zegarmistrz (vis a vis złotnika i fryzjera) - co prawda nie wymienia zbitych szkiełek, ale odesłał do zakładu na Saskiej Kępie. Schudłam i musiałam dodać kilka dziurek w pasku. Ufff, mam dwóch kaletników w okolicy. Bez problemu naprawię także walizkę, wymienię zamek w torbie. Nie mam także problemów z poprawkami krawieckimi (minus - krawcowa pali), niestety zakład, w którym można było uratować pończochy i rajstopy zastąpiła knajpka. Utrzymuje się pracownia rękawiczek pani Marii Giedroyć - zakładzik jest malutki i ma wyrobioną renomę. Jest nawet kilku kuśnierzy!

Kto szuka w mojej okolicy fryzjera bez problemu znajdzie zakład dostosowany do swoich oczekiwań - mamy fryzjera męskiego (bezpretensjonalne wnętrze w pistacjowym kolorze, linoleum na podłodze, dwóch starszych panów, audycje Polskiego Radia w tle, strzyżenie za 30 zł), mamy modną stylistkę - białe marmurowe wnętrze, kryształowe żyrandole, strzyżenie damskie za 180 zł oraz utytułowanego fryzjera pracującego przy sesjach - działającego w designerskim, surowym wnętrzu (strzyżenie u mistrza 290 zł).

Padłeś powstań

Są miejsca, które walczą, zmieniają się, nie poddają. Księgarnia MDM do nich należy. Przez chwilę jej nie było, ale wróciła. Niebawem powróci hala "Koszyki". Sądzę, że nie będzie przypominała hali z mojego dzieciństwa (gołębie latały, jak chciały i defekowały, gdzie popadnie), w dziale mięsnym kotleciki lądowały na podłodze, ale ekspedientki pozostawały niewzruszone, otrzepywały je i pakowały w papier.

Są miejsca zakamuflowane, które wrosły w tkankę mojej okolicy - bar Przysmak na podwórku przy Lwowskiej, cukiernia Dybalski przy Noakowskiego. Inne, choć stosunkowo nowe ładnie wtopiły się w okolicę - restauracja Sofra przy Wilczej czy hotel Rialto.

Widziałam już wiele pomysłów na biznes i szczycę się tym, że potrafię z dokładnością do pół roku przewidzieć biznesowe upadki. Niektóre pomysły niestety skazane są na porażkę. Witam je uniesieniem brwi i żegnam ponownym uniesieniem.

Dlatego dziwię się, że miałaby zniknąć z krajobrazu Śródmieścia cukiernia słynąca z solidnych ciast, a miejsce jej bezy z granatami, musu czekoladowego i ciasta miłości miały zastąpić wytwory modnych cukierni i ciastek, które wyglądają może i spektakularnie, ale smakują jak okopcona dymem ryba? Smucąc się, wierzę w renesans!

PS Od redakcji: Dobra wiadomość. Batida nie znika całkowicie - będzie po prostu mniejsza - zostanie część kawiarni i cukiernia.

Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka Stevena Pinkera "Piękny Styl". Życzymy miłej lektury.