Proces o badania prenatalne

Czy lekarze, którzy odmówili zrobienia badań prenatalnych, będą musieli zapłacić odszkodowanie rodzicom ciężko upośledzonej Ani i pomagać w jej utrzymaniu? Jutro przed sądem w Łomży zaczyna się precedensowy proces.
Ania ma wadę genetyczną - hypochondroplazję. Jej najważniejszym objawem jest deformacja wszystkich stawów: łokci, nadgarstków, kolan, bioder, kostek. Tułów i głowa rozwijają się normalnie, kończyny są króciutkie i zdeformowane. Dorosły osiąga wzrost pięcioletniego dziecka. Ania nie będzie mogła chodzić ani normalnie posługiwać się rękami. Do tego dochodzi stały ból stawów i wszystkich kości, ogólne osłabienie organizmu powodujące częste zapalenia płuc z powikłaniami i zapalenia uszu. Mogą wystąpić skrzywienia kręgosłupa prowadzące do uszkodzenia rdzenia kręgowego, a także wady budowy klatki piersiowej powodujące niedotlenienie, choroby płuc, i niewydolność serca. Wreszcie mogą wystąpić deformacje czaszki i uszkodzenia układu nerwowego.

Hypochondroplazją dotknięty jest starszy brat Ani, pięcioletni Adaś. Dramat rodziców chorych dzieci - Agnieszki i jej męża, Pawła W. - opisaliśmy w listopadzie zeszłego roku w artykule "Tutaj lekarz jest bogiem" w naszym dodatku "Wysokie Obcasy".

Adaś i Ania wymagają stałej opieki, leczenia (ciągle infekcje) i rehabilitacji. Dlatego ich mama nie może pracować. Paweł pracuje w gimnazjum, zarabia niewiele. Nie mają nic własnego, oprócz rozpadającego się "malucha" i nie są w stanie sprostać wydatkom na dwoje chorych dzieci.

Nie pani sprawa!

Kiedy w styczniu 1999 r. okazało się, że mimo stosowania środków antykoncepcyjnych, Agnieszka znowu jest w ciąży, małżeństwo poprosiło o wykonanie badań prenatalnych. Gdyby wykazały, że płód jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzony, to - według tzw. ustawy antyaborcyjnej - Agnieszka miałaby prawo do aborcji.

Ale w mieście, w którym mieszkają, lekarze odmówili badań.

Ordynator Szpitala Wojewódzkiego w Łomży, kierownik poradni "K", odmówił skierowania kobiety na badania. Po naleganiach, w 12 tygodniu ciąży zrobił jej badanie ginekologiczne, po czym w książeczce RUM wpisał, że konieczny jest stały nadzór poradni. - Dlaczego? - spytała Agnieszka. - Bo to ciąża wysokiego ryzyka - odparł. Gdy jednak poprosiła o skierowanie na badania prenatalne, odparł: - Nie ma podstaw.

Gdy Agnieszka nadal miała wątpliwości, rzucił krótko: - To nie pani sprawa.

Dyrektorka ds. medycznych szpitala wytłumaczyła jej, że nie może niczego nakazać ordynatorowi. - Zresztą nawet, gdyby badania wykazało wadę płodu, to w tym szpitalu i tak nikt aborcji nie wykona - dodała. Już wcześniej był tam podobny przypadek.

Badania prenatalne udało się zrobić dopiero w Białymstoku, kiedy Agnieszka była już w siódmym miesiącu i na aborcję było za późno. USG wykazało, że płód jest uszkodzony. Ania urodziła się chora.

Agnieszka i Paweł złożyli doniesienie do prokuratury o niedopełnieniu obowiązków przez lekarzy z K. Sprawę umorzono, po czym znowu podjęto w wyniku odwołania. Ślimaczy się do dziś.

Prawo do życia

Po opublikowaniu przez "Wysokie Obcasy" historii walki Agnieszki o aborcję do redakcji napisał prof. Bogdan Chazan, były krajowy konsultant ds. położnictwa i ginekologii, oskarżany przez organizacje kobiece o to, że blokował dostęp do aborcji w przypadkach dozwolonych prawem. Chazan oskarżył autorkę tekstu i rodziców, że propagują filozofię, wedle której "można tolerować życie dziecka, które jest >udane< (...). Natomiast dzieci chore, niepełnosprawne, nie mają prawa do życia i rodzice mają >prawo< je zabić, a służba zdrowia ma obowiązek spełniać te zamówienia. To filozofia eugeniczna oparta na swoistym rasizmie".

Odszkodowanie dla rodziców

Państwo W. wytoczyli szpitalowi i dwojgu lekarzom cywilną sprawę o odszkodowanie. Jednak nie w imieniu dziecka, lecz swoim.

- Można by mieć tego typu moralne wątpliwości, gdyby to chore dziecko, reprezentowane przez swoich rodziców, żądało odszkodowania za to, że w ogóle się urodziło, za to, że w wyniku zaniedbań lekarzy musi znosić cierpienia związane z życiem w upośledzeniu. W prawie żądanie takie nazywane jest roszczeniem z tytułu "złego życia". Wywołuje ono jednak ogromne kontrowersje etyczne - mówi Joanna Różyńska, która zna sprawę państwa W. i na wydziale prawa UW pisze pracę naukową o zagadnieniu "złego życia" - Ale państwo W. chcą odszkodowania nie dla dziecka, ale dla siebie. I nie za to, ze życie ich córki jest "złe", ale za to, że, wbrew prawu zostali pozbawieniu możliwości podjęcia decyzji o urodzeniu lub nie dziecka, które wymaga opieki związanej z olbrzymimi, dodatkowymi kosztami. W wyniku działań lekarzy państwo W. ponieśli straty majątkowe oraz doświadczyli wielu cierpień i za nie chcą odszkodowania. Takie sprawy nazywane są roszczeniem z tytuły "złego urodzenia", a ich dochodzenie nie wymaga wartościowania życia ludzkiego. To rozróżnienie znane jest na Zachodzie, gdzie podobne sprawy od lat pojawiają się przed sądami.

Oprócz odszkodowania związanego z kosztami choroby syna państwo W. żądają zadośćuczynienia za straty moralne od lekarzy, którzy odmówili im wykonania badań. Podstawę do tego daje im ustawa o ZOZ-ach, która mówi o zadośćuczynieniu za naruszenie praw pacjenta.

(imiona bohaterów zostały zmienione)