Po co badania prenatalne

Dyskutują Małgorzata Krajewska-Walasek, Leszek Kubicki, Bogdan Chazan i Elżbieta Cichocka
Elżbieta Cichocka, "Gazeta Wyborcza": Kilkanaście dni temu zaczął się w Łomży precedensowy proces. Pacjentka, która urodziła dziecko obarczone poważną wadą, a potem drugie z tym samym schorzeniem, oskarżyła lekarzy, że uniemożliwiając jej dostęp do badań genetycznych, pozbawili ją możliwości wyboru, czy urodzić to drugie. Dramat jej rodziny jako pierwsza opisała w "Gazecie" Jolanta Koral (w dodatku "Wysokie Obcasy" z 24 listopada 2001). Pani Profesor, już ćwierć wieku wykonuje Pani w Centrum Zdrowia Dziecka badania genetyczne, trafiają do Pani pacjentki z całej Polski. Czy były wśród nich takie, które miały kłopoty z uzyskaniem skierowania?

Małgorzata Krajewska-Walasek, genetyk z Centrum Zdrowia Dziecka: Na badania bez skierowania zgłasza się ok. 25 proc. rodzin. Staramy się im nie odmawiać, ale od trzech lat istnieje problem finansowy. Wykonanie badania, za które nikt nie płaci, obarcza szpital.

Kilka dni temu przyszło do nas małżeństwo. Kobieta kilkakrotnie zachodziła w ciąże, które kończyły się poronieniami. Kiedy telefonicznie umawiali się na termin badania, zostali poinformowani o potrzebie skierowania. I ginekolog, i lekarz pierwszego kontaktu odmówili. Wobec tego kobieta poszła do ginekologa prywatnie i przyniosła skierowanie od niego. Za wizytę z takim skierowaniem kasa chorych nie płaci, pacjenci zatem musieliby sami pokryć koszty badań. Uważam, że jeśli pacjent jest ubezpieczony, nie można brać od niego pieniędzy. Termin był już zarezerwowany, więc żeby ich nie odsyłać z kwitkiem, zdecydowałam o wykonaniu badania - dałam im trzy dni na dostarczenie właściwego skierowania i mąż pacjentki już nam je dostarczył. Było to już po nagłośnieniu sprawy łomżyńskiej w "Gazecie" i być może pomogło to przekonać ginekologa z przychodni.

Najczęściej jest właśnie tak, że pacjentka przychodzi do nas ze skierowaniem z prywatnego gabinetu, bo lekarz z ubezpieczenia twierdzi, że musi za takie badania płacić.

Przecież lekarz kierujący pacjenta do specjalisty genetyka nie ponosi kosztów porady specjalistycznej...

Leszek Kubicki, były minister sprawiedliwości: Czy te bariery natury organizacyjnej albo finansowej nie mają przypadkiem głębszego podłoża? Trudności stwarzane pacjentkom wiążą się z postawami lekarzy. Twierdzę, że tzw. klauzula sumienia jest przez część lekarzy w Polsce całkowicie opacznie rozumiana i często nadużywana.

Art. 4 ustawy o zawodzie lekarza mówi, że lekarz wykonuje swój zawód zgodnie z wymaganiami współczesnej wiedzy medycznej i przy użyciu dostępnych mu środków. A zatem ilekroć widzi konieczność przeprowadzenia jakiegoś badania, a nie kieruje na nie, to dopuszcza się podstawowego błędu diagnostycznego - błędu zaniechania. Natomiast art. 39 tej ustawy [zawierający klauzulę sumienia], jest kategorią ściśle prawną. Mówi, że lekarz przekonany o potrzebie wykonania pewnej czynności może odmówić jej wykonania ze względu na swoje przekonania - lecz tylko wykonania. Np. jeśli wie, że jakieś badanie jest związane z dużym ryzykiem, może powiedzieć: "Nie, ja tego nie zrobię". Nie może natomiast odmówić skierowania na potrzebne badanie.

Ten artykuł wyraźnie określa ramy, w których można skorzystać z przywileju własnych przekonań. Pacjent nie może znaleźć się w sytuacji, kiedy zaniechanie pewnej czynności medycznej stwarza niebezpieczeństwo utraty życia czy zdrowia. Dlatego np. wywieszanie przez niektóre kliniki informacji, że tu nie dokonuje się zabiegu aborcji, jest w świetle prawa niedopuszczalne. Nie można abstrakcyjnie powiedzieć, że żadna z pacjentek nigdy nie znajdzie się w sytuacji zagrożenia życia.

Jeżeli przyjdzie do lekarza osoba, u której należy przeprowadzić badanie prenatalne uzasadnione względami medycznymi, to lekarz odmawiający tego dopuszcza się podstawowego błędu w sztuce. Nie wolno mu w tym wypadku powoływać się na klauzulę sumienia na podstawie przypuszczeń, że jeśli wynik badania będzie niepomyślny, to pacjentka podejmie decyzję o aborcji. Nie wolno antycypować wyniku badania, bo przecież może on być pomyślny, nie wolno też antycypować decyzji pacjentki.

M.K.-W.: W ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (tzw. ustawie antyaborcyjnej) jest artykuł mówiący, że organy administracji rządowej i samorządowej muszą zapewnić swobodny dostęp do informacji i badań prenatalnych. Każdy lekarz ma obowiązek informowania, jakie są możliwości współczesnej genetyki klinicznej, ale to jest zbyt skomplikowana wiedza dla lekarza pierwszego kontaktu. Tylko wyspecjalizowany ośrodek może udzielić wiarygodnej porady, określić ryzyko powtórzenia się określonej choroby i powiedzieć kobiecie czy małżeństwu, jakie są możliwości profilaktyki.

A na co dzień mamy do czynienia z biurokracją. Lepiej byłoby, by pacjent mógł się zgłosić do poradni genetycznej bez skierowania, tak jak do onkologa czy psychiatry.

Bogdan Chazan, były krajowy konsultant ds. położnictwa i ginekologii: Pan profesor Kubicki swobodnie przechodzi od skierowania na badanie prenatalne do problemu wykonania przerwania ciąży. Jeżeli kobieta w ciąży znajdzie się w sytuacji zagrożenia życia, zabieg to zagrożenie może zwiększyć. W codziennej praktyce medycznej indywidualne przypadki są czasem tak skomplikowane, że trudno je wtłoczyć w sztywne reguły prawa.

W Warszawie są trzy ośrodki wykonujące te badania, a w pozostałych częściach kraju trzy albo cztery. Kobieta może jechać do najbliższego ośrodka nawet 300 km. Jeśli jeszcze dowie się na miejscu, że nie ma właściwego skierowania, to sytuacja staje się wręcz dramatyczna. Klinika, którą kierowałem do tej pory - bo od kilku dni jestem zawieszony - wykonuje 500 badań genetycznych rocznie [9 kwietnia br. dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie zawiesił prof. Chazana w pełnieniu obowiązków szefa Kliniki Ginekologii i Położnictwa Instytutu - red.]. Nie wymagamy skierowań. Nie spotkałem się też z sytuacją, by pacjentka powiedziała, że przyszła do nas sama, bo lekarz pierwszego kontaktu skierowania odmówił.

Media z lubością powielają tezę, że ginekolodzy odmawiają skierowania na badanie. Lekarze czasem nie mają odpowiedniej wiedzy. Powinni orientować się, gdzie są wykonywane tego typu badania, jakie są godziny przyjęć... Istnieje poważny problem jakości badań ultrasonograficznych, brakuje sprzętu, np. ultrasonografów odpowiedniej klasy. Zbyt mało jest też ośrodków wykonujących badania genetyczne i brakuje na nie pieniędzy - szpitale wykonujące te badania dokładają do nich.

L.K.: A nie ma żadnego problemu w sferze postaw lekarskich?

B.Ch.: Nie sądzę, by jakiś lekarz miał opory przed skierowaniem pacjentki na badanie prenatalne. Przecież USG to też jest tego typu badanie. Czy pan profesor wyobraża sobie, że pacjentka prosi o USG, a lekarz odmawia, mówiąc, że obawia się, iż przerwie ona ciążę?

L.K.: Panie profesorze, zetknąłem się osobiście z przypadkiem kobiety, dla której ciąża oznaczała poważne zagrożenie ślepotą. Nie dostała od okulisty odpowiedniego zaświadczenia, nie mogła skorzystać z prawnie dozwolonej możliwości aborcji.

B.Ch.: Krótkowzroczność nie jest uzasadnieniem do zabiegu przerwania ciąży. Ja znam odwrotną stronę medalu. Na Mazowszu wiele kobiet z krótkowzrocznością poddawano cesarskiemu cięciu. Tymczasem zdaniem konsultanta krajowego ds. okulistyki krótkowzroczność nie jest żadnym wskazaniem do takiego zabiegu. A skąd pan profesor wie, czy po przerwaniu ciąży ta sama pacjentka też nie straciłaby wzroku?

L.K.: Wtedy nie mogłaby mieć pretensji do okulisty. Nie chodziło wówczas o krótkowzroczność, tylko o inne schorzenie.

B.Ch.: Jednego dnia "Gazeta Wyborcza" przypisała mi pogląd, że klauzula sumienia uprawnia lekarza do odmowy skierowania na badanie prenatalne. Następnego przeprosiła.

Zatem powiedzmy wyraźnie, bo wszyscy zgodzili się co do tej zasady: ginekolog nie ma podstaw - ani prawnych, ani moralnych - by odmówić kobiecie w ciąży wykonania badania genetycznego. I czy w ogóle są takie sytuacje, kiedy lekarz może odmówić skierowania na takie badanie, jeśli kobieta należy do grupy ryzyka?

B.Ch.: Nie może. Ale skierowanie nie jest najważniejsze. Lekarz powinien pacjentce udzielić porady, i to jeszcze przed ciążą, uprzedzić ją, że ciąża stwarza dla niej zagrożenie. Dostęp do badań prenatalnych i nawet ich wykonanie nie prowadzi do magicznego rozwiązania problemów kobiety w ciąży, ale stawia ją wobec nowych problemów. Nowych stresów, nowego dyskomfortu psychicznego.

L.K.: Jak każde badanie onkologiczne.

M.K.-W.: Jak każda procedura medyczna.

B.Ch.: Jest jednak pewna specyfika badań prenatalnych.

Czy z tego należy wysnuć wniosek, że w celu ochrony przed stresem należy pacjentki strzec przed tym badaniem?

B.Ch.: Ależ skąd! Tu chodzi o to, że kobieta stara się przenieść na kogoś innego odpowiedzialność za wykonanie badania. Lekarz skierował - więc trzeba pójść. Tymczasem to do niej należy decyzja, to ona poniesie skutki ewentualnych powikłań. Ona i jej dziecko. A nie koleżanka, która jej mówi: jesteś nienowoczesna.

L.K.: Powiedzmy, że pacjentka przychodzi i mówi, że ma już jedno chore dziecko, boi się, że drugie może się urodzić takie samo, i prosi o skierowanie na prenatalne badania genetyczne. Zapowiada, że jeśli jej obawy się potwierdzą, jest zdecydowana usunąć ciążę. Ona ma rację, domagając się tego badania, i ma do tego prawo. Czy w takim przypadku lekarzowi wolno odmówić skierowania na to badanie?

B.Ch.: Z kobietą ciężarną, która ma problem, trzeba rozmawiać, wspierać ją psychicznie. Decyzje kobiet w tej sytuacji nie są ostateczne. Pan naszą dyskusję sprowadza do absurdu. Pyta pan lekarza, co by zrobił, gdyby pacjent prosił o potwierdzenie, czy ma raka, bo jeśli ma, to obiecuje, że popełni samobójstwo.

L.K.: Dlaczego do absurdu? Chodzi mi tylko o to, czy lekarzowi wolno odmówić skierowania, bo boi się, że ta kobieta może ewentualnie zdecydować się na przerwanie ciąży.

B.Ch.: Ale lekarz powinien jednocześnie zapewnić jej opiekę i wsparcie psychiczne. Zaproponowałbym jej, by się jeszcze zastanowiła.

Pani Profesor, dlaczego badania genetyczne traktuje się jako wstęp do aborcji? Przecież mogą również przynieść wiele dobrego?

M.K.-W.: Badania tego rodzaju to szeroko pojęta diagnostyka. Dyskutujemy w tej chwili o badaniach inwazyjnych, o pobieraniu wód płodowych albo trofoblastu, czyli kosmówki (tkanka, z której rozwija się łożysko, a której komórki pod względem genetycznym są identyczne z rozwijającym się płodem). Te badania, np. w przypadku wrodzonego przerostu kory nadnerczy, służą do określenia płci płodu i stwierdzenia choroby. Jeśli oboje rodzice są zdrowi, ale są jej nosicielami, to prawdopodobieństwo, że urodzi się chore dziecko, jest rzędu 25 proc. Jeśli w rodzinie przychodzi na świat jedno takie dziecko i matka trafia do nas po poradę, to jest to sytuacja idealna. My jej mówimy, jak duże jest ryzyko urodzenia drugiego z taką samą chorobą. Jeszcze przed następną ciążą badamy chorobę na poziomie molekularnym, identyfikujemy, jaka mutacja w genie jest za nią odpowiedzialna.

Podczas następnej ciąży matka jest cały czas w kontakcie z poradnią endokrynologiczną. Lekarz zleca jej przyjmowanie deksametazonu, który zapobiega u dziewczynek z tą chorobą przerostowi narządów płciowych w kierunku męskim. W dziewiątym tygodniu ciąży pobieramy przez powłoki brzuszne trofoblast. Dzięki temu możemy określić płeć dziecka. Jeśli jest to chłopiec, dalszej terapii nie ma. Jeśli jest to dziewczynka - badamy, czy jest zdrowa, czy obciążona chorobą. Jeśli jest chora, matka kontynuuje leczenie deksametazonem do końca ciąży i rodzi się dziewczynka chora, ale z prawidłowymi narządami płciowymi. Dziewczynki z tą chorobą rodzą się bowiem z zewnętrznymi męskimi narządami płciowymi. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, czym są wielokrotne operacje kosmetyczne dla dziewczynki i dla jej rodziców.

Czyli nie leczycie samej choroby, tylko usuwacie niektóre jej objawy.

L.K.: Ale można leczyć pewne choroby genetyczne?

M.K.-W.: To sprawa odległej przyszłości. Ale sama idea poradnictwa genetycznego jest dobrodziejstwem i trzeba ją pojmować w kategoriach ochrony zdrowia i wolnego wyboru kobiety.

Bardzo często dzieje się tak, że młodemu, dorodnemu małżeństwu, bez żadnych obciążeń, rodzi się pierwsze dziecko z ciężką chorobą genetyczną. Takie małżeństwo powinno być skierowane do poradni genetycznej. Kiedy mamy pewność rozpoznania, mówimy: "Proszę państwa, ryzyko urodzenia drugiego chorego dziecka jest małe. To jest choroba genetycznie uwarunkowana, ale pani nie ma mutacji, mąż nie ma mutacji, u dziecka w chwili poczęcia doszło do mutacji genu. I nie ma u pani ryzyka powtórzenia się tej choroby. Pani może, niestety, urodzić dziecko chore, bo u co 40. małżeństwa rodzą się chore dzieci. Jednak nic pani nie będziemy proponować, jeśli chodzi o tę ciążę".

Ale oto zgłasza się małżeństwo, w którym chorobę dziedziczy się w sposób autosomalny recesywny. Wtedy im mówię: "Zarówno pani, jak i mąż jesteście zdrowymi nosicielami choroby. Ryzyko urodzenia chorego dziecka jest duże - rzędu 25 proc. To jest jak cztery kule w kieszeni - trzy białe, jedna czarna. Czarna oznacza dziecko chore, białe - dzieci zdrowe. Jest pani w ciąży. Wkłada pani rękę do kieszeni i wyciąga czarną kulę. Przy każdej następnej ciąży ma pani te same cztery kule". Mam pod opieką małżeństwo, które mimo tych trzech białych kul, czyli 75-procentowego prawdopodobieństwa zdrowego dziecka, ma pięcioro ciężko chorych dzieci. Nikt ich wcześniej nie skierował do poradni genetycznej. Są ze wsi. To świadczy o braku informacji na temat możliwości współczesnej genetyki.

Przed laty, na samym początku pracy, zainteresowałam się taką ciężką chorobą, zespołem Smitha, Lemlego i Opitza. Znałam ją z literatury. Wiedziałam, że te dzieci mogą rodzić się z ciężkimi wadami wrodzonymi. To nie ja mówiłam rodzicom, jak ciężkie są objawy - to oni mnie edukowali. Minęło ponad 20 lat, została wyjaśniona przyczyna choroby - zaburzenia w syntezie cholesterolu. Teraz ja mogę małżeństwom mającym takie dziecko zaoferować diagnostykę prenatalną. Spotkałam się z małżeństwami, którym 20 lat temu urodziło się dziecko z zespołem Smitha, Lemlego i Opitza. Zanim umarło, przysporzyło im tyle udręki, że nie zdecydowali się na następne. Teraz młode kobiety, które mają jedno dziecko chore, decydują się na ciążę. Do tej pory w każdym takim przypadku wykluczyliśmy uszkodzenie płodu. Rodzice są szczęśliwi.

Badania prenatalne są nie po to, by przerywać ciążę, ale po to, by umożliwić posiadanie zdrowego potomstwa. Z moich pacjentek 95 proc. dowiaduje się, że ich dziecko jest zdrowe. Kobiety powyżej 45. roku życia, które zaszły w ciążę, mają tylko 5 proc. ryzyka urodzenia dziecka z zespołem Downa. Bez badania prenatalnego pewnie nie zdecydowałyby się urodzić, bo nie każde dziecko z zespołem Downa jest takie jak w serialu "Klan". Są dzieci głuche, są upośledzone w znacznym stopniu. Jeśli kobieta widzi, że jej sąsiadka ma takie dziecko, a ona przypadkowo zaszła w ciążę powyżej 45. roku życia, przeżywa wielki stres.

L.K.: Istnieje duża nieświadomość co do momentu aborcji a stopnia zaawansowania ciąży. Funkcjonuje mit 12 tygodni. Tymczasem ustawa mówi, że w przypadku ciężkiego uszkodzenia płodu czy zagrożenia zdrowia matki dopuszczalny termin aborcji jest znacznie dłuższy - do czasu, kiedy płód uzyskuje zdolność do życia.

B.Ch.: Ale w tym przypadku przerwanie ciąży jest po prostu indukcją porodu. Dochodzi do przedwczesnego urodzenia niesprawnego dziecka, które jest przez lekarzy utrzymywane przy życiu. Jest pod respiratorem i żyje.

M.K.-W.: Takie sytuacje, niestety, się zdarzają. Kobiety często zbyt późno zgłaszają się na badanie prenatalne. Te badania, które wykonujemy, można przeprowadzać od dziewiątego tygodnia ciąży. Z kolei ciężkie wady strukturalne często wykrywane są za pomocą badania USG dopiero około 18.-20. tygodnia ciąży. Stąd tak późne prowokowanie porodu.

Czyli przy pierwszej wizycie u ginekologa kobieta, która czuje się zagrożona, powinna poprosić o skierowanie na badania genetyczne?

B.Ch.: Przede wszystkim powinna wcześniej się zastanowić, są przecież dostępne metody planowania rodziny.

L.K.: Ale w ciążę, panie profesorze, można zajść mimo postanowienia tego rodzaju.

B.Ch.: Diagnostyka prenatalna jest następstwem rozwoju wiedzy medycznej i technologii. W samym badaniu płodu nie ma nic złego. Idea, że płód jest pacjentem tak jak my wszyscy, zdobywa słusznie prawo obywatelstwa. Coraz częściej dziecko może być leczone jeszcze przed urodzeniem. Są próby leczenia wodogłowia czy wad rozwojowych nerek, choć wszystko to są początki.

Jeśli się wie, można przynajmniej podjąć próbę.

B.Ch.: Staram się walczyć z pewnym poglądem. Kobiety uważają, lekarze często też, że diagnostyka prenatalna jest po to, by upewnić się, czy dziecko jest zdrowe. Kobieta poddająca się badaniu powinna zdawać sobie sprawę z tego, że dziecko może być chore.

Ale skoro 95 proc. starszych matek rodzi zdrowe dzieci, kobiety w tym wieku mają prawo myśleć optymistycznie, że może nie wylosują czarnej kuli.

L.K.: Wróćmy do granic klauzuli sumienia. Otóż część lekarzy musi zrewidować sposób jej pojmowania. Lekarz, korzystając ze swojego prawa do niej, nie może ograniczać prawa innej osoby - kobiety chcącej dokonać aborcji. Uznając ten zabieg za sprzeczny ze swoim sumieniem, może odmówić jego wykonania, ale musi wskazać miejsce, w którym prawo tej kobiety może być zrealizowane. Nie może sądzić, że skoro to potępia czy aksjologicznie odrzuca, to go problem już w ogóle nie obchodzi. Z ustawy wynika, że lekarz ma obowiązek wskazać realne możliwości aborcji. Prawo do czystości sumienia lekarza nie może być realizowane kosztem prawa kobiety.

B.Ch.: Ale są też prawa jej dziecka. Może państwo tego nie czujecie, bo nigdy nie staliście wobec problemu wykonania zabiegu przerwania ciąży... Pomyślcie o dziecku, które na obrazie USG widać jak na dłoni i którego życie ma być za chwilę skończone. Powody, dla których się to robi, mogą być bardziej lub mniej ważne, ale na tej wadze z jednej strony jest interes matki, a z drugiej - życie dziecka.

L.K.: Zawsze jest pewna hierarchia wartości. Tzw. ustawa antyaborcyjna w trzech przypadkach rozstrzyga ten problem. W przypadku konfliktu pomiędzy zdrowiem matki i zdrowiem dziecka - na korzyść matki. W przypadku ciężkiego uszkodzenia płodu ustawa mówi, że matka ma prawo do tego, żeby mieć zdrowe dziecko. Po trzecie - matka ma prawo zdecydować, czy chce mieć dziecko, gdy ciąża jest wynikiem przestępstwa. I lekarz nie może tego prawa korygować w swoim sumieniu. Skoro są spełnione przesłanki medyczne czy prawne, ma obowiązek wskazać kobiecie miejsce, gdzie mogłaby przerwać ciążę.

B.Ch.: Jeżeli prawo na świecie pójdzie w stronę dalszej relatywizacji wartości życia, może powstać ustawa o prawie do posiadania zdrowego dziadka. Ciężko chory dziadek odpowiednio ustawiony podpisze zgodę na eutanazję, a chwilę przedtem testament w odpowiedniej postaci.

Skoro mówi pan o realnych możliwościach, które lekarz ma wskazać kobiecie, to wszystkie te instytucje pozarządowe, które walczą o prawo kobiet do aborcji, powinny stworzyć takie miejsca, w których to prawo można by realizować. Kiedy byłem w Moskwie, widziałem takie poradnie dla kobiet, gdzie całe podziemie zajmowały łóżka pacjentek odpoczywających po przerwaniu ciąży. Ale mieliśmy mówić o badaniach prenatalnych, a nie o prawie do aborcji.

Okazuje się, że nie udało nam się uniknąć tego tematu.

B.Ch.: Skierowanie na badania prenatalne jest sztucznym hamowaniem dostępu do nich. Jeżeli wszyscy chcemy, by te badania były bardziej dostępne, to nie skupiajmy się na magicznym skierowaniu, tylko na realnej dostępności.

Mam wątpliwości, czy każdy, prosto z ulicy, powinien pójść do Pani Profesor na drogie przecież badania. Wtedy nadmiernie wzrośnie liczba pacjentów i koszty.

M.K.-W.: Lekarz pierwszego kontaktu nie jest jeszcze przygotowany, by mógł informować o chorobach genetycznie uwarunkowanych. Ale może zidentyfikować rodzinę zwiększonego ryzyka i skierować ją do ośrodka wyspecjalizowanego. Nie tylko brak skierowania, ale i brak informacji jest zaniechaniem postępowania lekarskiego. W każdej akademii medycznej powinny być wykonywane takie badania. A nie są.

Skoro więc wszyscy zgodziliśmy się, że bariery stawiane matkom przy badaniach prenatalnych są łamaniem prawa, chciałabym poprosić prawnika o wyjaśnienie, jakie konsekwencje prawne ponosi lekarz, który te bariery stwarza.

L.K.: Nieprzeprowadzenie z własnej inicjatywy lekarza badania prenatalnego mimo zwiększonego ryzyka dla pacjentki jest błędem diagnostycznym. Znacznie gorsza jest sytuacja, gdy lekarz nie kieruje na to badanie mimo żądania pacjentki. To już jest naruszenie standardu wynikającego z art. 4 ustawy o zawodzie lekarza. Jest to zachowanie bezprawne, które może podlegać odpowiedzialności karnej lub cywilnej, a z całą pewnością - zawodowej. Niestety, tego rodzaju zachowania w ogóle nie stają na wokandzie sądów lekarskich.

B.Ch.: W ogóle, panie profesorze, nie mówiliśmy tu o odpowiedzialności dziennikarza za słowo. Zamieszczony w "Gazecie" artykuł o sprawie łomżyńskiej rozstrzygnął już o winie lekarza, choć została zapytana tylko jedna strona, a proces jest w toku.

L.K.: Panie profesorze, artykuł prasowy nie jest żadnym rozstrzygnięciem sprawy. Rozstrzygać będzie sąd.