Lekarze oszukiwali ciężarną kobietę, aby nie dopuścić do aborcji

Kilka tygodni temu w Łomży rozpoczął się precedensowy proces. Państwo W. - rodzice ciężko upośledzonej Moniki - domagają się od lekarzy i szpitala odszkodowania za to, że w 1999 r. odmówili im skierowania na badania prenatalne. Tydzień temu zamieściliśmy rozmowę z Pawłem i Agnieszką, którzy po wykonaniu badań genetycznych zdecydowali się urodzić chorego Aleksandra. Dziś - relacja Elżbiety, czekającej na dziecko z zespołem Turnera, której badań genetycznych odmówiono, by nie mogła podjąć decyzji o aborcji.
Aleksandra Stelmach: To Pani pierwsza ciąża?

Elżbieta: Mam ośmioletniego syna i trzyletnią córkę. Gdy byłam z nimi w ciąży, nie miałam żadnych problemów, dobrze się czułam, a dzieci urodziły się zdrowe. W rodzinie też nigdy nie było chorych dzieci.

A teraz?

- Wszystko było dobrze - do 18. tygodnia. Wtedy w czasie badania USG mój ginekolog wykrył na szyi płodu torbiele. Zdiagnozował to jako zespół Turnera. Chciał się jeszcze upewnić i od razu telefonicznie umówił mnie na konsultację w prywatnym gabinecie u profesora w Łodzi. Ja mieszkam w Małopolsce.

Profesor zrobił mi na miejscu badanie USG, które również pokazało torbiele. Też powiedział, że płód może mieć zespół Turnera. Na wynikach USG napisał, że jest wskazanie do wykonania badań prenatalnych. To był 19. tydzień ciąży.

Z tymi wynikami poszłam do mojego ginekologa i zadeklarowałam chęć zakończenia ciąży.

Co na to lekarz?

- Odpowiedział, że w badaniach nie jest napisane, że płód ma wady letalne [śmiertelne - red.], a tylko w takim przypadku można zakończyć ciążę. Przekonywał, że dzieci z zespołem Turnera żyją i że "to nie jest nic takiego".

Chcieliśmy jednak z mężem zrobić badania prenatalne. Jednak lekarz powiedział, że skierowania nam nie da, bo "to wszystko idzie potem do Warszawy", że są problemy z uzyskaniem na te badania promesy z kasy chorych, że to strasznie długo trwa. Nic nie zrozumiałam - nie znałam terminów medycznych i przepisów. Więcej do niego nie poszłam.

Poszłam za to do najbliższego szpitala w X zapytać o możliwość przerwania ciąży. Usłyszałam, że doktor F. - ordynator oddziału ginekologii i położnictwa - będzie w pracy dopiero w następnym tygodniu, a bez jego zgody lekarze nic nie mogą zrobić. Czekałam.

W 21. tygodniu ciąży poszłam z mężem do ordynatora F. Pokazaliśmy wyniki USG z adnotacją o wskazaniu do badań prenatalnych i poprosiliśmy o zakończenie ciąży. Doktor uznał, że musi mnie wysłać do szpitala w Krakowie na konsultację do doktora H.

Pojechała Pani?

- Pojechałam. Dr H. zrobił mi kolejne USG i uznał, że nie widzi wskazań do zakończenia ciąży. Stwierdził, że zmiany u płodu mają podłoże zapalne, że torbiele same się wchłoną albo będzie je można operacyjnie wyciąć. Nie dopuszczał, że to może być efekt wady genetycznej, mimo że pokazywaliśmy papiery z Łodzi.

Odbyliśmy z H. ciężką rozmowę. Chciał nas odesłać do domu z opinią, że z ciążą wszystko jest w porządku, ale uparliśmy się. Powiedział więc, że choć mi się to nie należy, to położy mnie na oddziale patologii ciąży, zrobi badania i udowodni, że torbiele mają podłoże zapalne.

Prosiliście o wykonanie badań genetycznych?

- Tak, ale H. stwierdził, że badania genetyczne mi się nie należą, że są drogie i że nie będzie obciążał kliniki takimi wysokimi kosztami. Nie zrozumiałam, dlaczego to mi się nie należy, przecież jestem ubezpieczona. Prosiłam go o skierowanie na badania genetyczne do Łodzi. Odpowiedział: "Nie dam, bo wy w tej Łodzi zrobicie aborcję".

W czasie mojego dwudniowego pobytu w oddziale, gdzie pobrano mi materiały do badań, doszło do jeszcze jednej rozmowy z H. Powiedział mi wówczas, że jeśli dziecko urodzi się chore, a my go nie będziemy chcieli, to możemy je oddać do specjalnego domu dla takich dzieci.

Wyniki badań odebraliśmy po tygodniu. Wykazały, że wady płodu nie mają podłoża zapalnego. Rozmawialiśmy o tym z H., ale na nas nakrzyczał: "Choćby Łódź napisała, że ta ciąża ma wskazania do zakończenia, to ja i tak tego nie zrobię. Jak pani chce, to niech to pani zrobią w tym szpitalu, gdzie pani mieszka".

Co Pani robiła przez ten tydzień między pobytem w szpitalu w Krakowie a odebraniem wyników badań?

- Nie chciałam czekać - na własną rękę pojechałam zrobić badania genetyczne w Łodzi. Wyniki miały być za dwa tygodnie.

Czy ktoś Panią namawiał do aborcji?

- Broń Boże. To ja tego chciałam. Pod koniec marca w szpitalu w X złożyłam prośbę o zakończenie ciąży wraz z pełną dokumentację z leczenia i badań. Zastępca dyrektora szpitala najpierw zapewnił mnie, że moją sprawę załatwią szybko. Ale ordynator F. poinformował, że mimo tych wyników badań powinnam jeszcze jechać do Krakowa na wizytę u konsultanta regionalnego ds. ginekologii i położnictwa. I muszę czekać na termin konsultacji.

Byłam już w 24. tygodniu ciąży. Tłumaczyłam, że przecież już się konsultowałam w Łodzi - ale nic to nie dało.

Ordynator F. przy mnie umawiał mnie telefonicznie na konsultację u konsultanta regionalnego w Krakowie. Powiedział, że ma pacjentkę, która złożyła do dyrekcji prośbę o aborcję i go teraz naciska. Dodał, że dr H. z Krakowa wydał już opinię, że ciąża nie kwalifikuje się do zakończenia. Konsultant regionalny odpowiedział na to, że nie może mnie przyjąć w tym tygodniu, bo idzie na zwolnienie chorobowe.

Co zrobił ordynator?

- Kazał mi przyjść za tydzień. Miał mnie znów telefonicznie umawiać na wizytę u konsultanta. Ale w tym samym czasie przyszły wyniki badań genetycznych z Łodzi. Potwierdziły, że jest to zespół Turnera. Było tam też napisane, że można rozważać przedwczesne zakończenie ciąży i że decyzję uzależnia się od stanowiska rodziców.

Myślałam, że usatysfakcjonuje to ordynatora F. Ale on nakrzyczał na mnie, że to dla niego nie jest żaden ważny dokument. Stwierdził, że aby przerwać ciążę, muszę mieć opinię dwóch niezależnych specjalistów. Odpowiedzieliśmy, że mamy opinie z Łodzi. Jednak dla niego nie było to wystarczające. My protestowaliśmy, F. odpowiadał, że takie są przepisy.

Wreszcie ordynator wyszedł na rozmowę do pani dyrektor szpitala. My czekaliśmy pod drzwiami. Kiedy skończyli, F. powiedział nam, że skoro konsultant regionalny w Krakowie nadal jest na zwolnieniu, to wyśle mnie na konsultację do konsultanta krajowego do Warszawy.

Próbowaliśmy pokazać pani dyrektor szpitala wyniki badań z Łodzi, ale odpowiadała nam, że nie jest lekarzem. W końcu zgodziłam się na konsultację w Warszawie, byle szybko. Kiedy czekałam na termin wizyty, dowiedziałam się, że moje papiery w tej sprawie zostały przesłane z Warszawy do Łodzi.

Co Pani teraz zrobi?

- Otrzymałam od ordynatora pismo z informacją, że płód osiągnął już zdolność do życia poza organizmem matki. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że nic już nie mogę zrobić. Jestem już w 26. tygodniu ciąży. Muszę czekać na poród.

Siedzę więc w domu, przeglądam te papiery i mam nadzieję, że wyniki badań genetycznych to pomyłka. Nie dociera do mnie, że urodzę chore dziecko.

Okropnie boję się tego, co nas czeka: że dziecko będzie wymagać leczenia, hospitalizacji. Że całe życie będzie na lekach. My nie jesteśmy zamożni, nie wiem, jak sobie poradzimy.

Nie wiem, jak to się odbije na mojej rodzinie. Przez ten miesiąc, kiedy z mężem jeździliśmy od szpitala do szpitala, mój syn w ogóle nie chodził do szkoły, bo zajmował się młodszą siostrą. Córka przeżyła ciężki stres, że mamy nie ma w domu, ciągle płakała.

Mam pretensję do lekarzy, że celowo przeciągali tę sprawę. Że mnie oszukali. A zaufałam im.

Imię bohaterki rozmowy oraz inicjały nazwisk lekarzy zostały zmienione