"W chwilach załamania zadaję sobie pytanie, czy było warto". Historie ludzi, którzy diametralnie zmienili swoją ścieżkę kariery

Mieli stabilną sytuację, co miesiąc wpływającą pensję i permanentne poczucie bezpieczeństwa. Zdecydowali się z tego wszystkiego zrezygnować, by realizować swoje marzenia. Poznaj 3 historie ludzi, którzy postawili swoje życie do góry nogami.
Zmiana ścieżki kariery wymaga dużej determinacji, odporności i wysiłku Zmiana ścieżki kariery wymaga dużej determinacji, odporności i wysiłku Zdj: Anna Frelak - arch. pryw; Anna Trzcińska - arch. pryw. Kolaż: Gazeta.pl

"W chwilach załamania zadaję sobie pytanie, czy było warto". Historie ludzi, którzy diametralnie zmienili swoją ścieżkę kariery

Mieli stabilną sytuację, co miesiąc wpływającą pensję i permanentne poczucie bezpieczeństwa. Aż nadszedł dzień, że zrezygnowali z tego wszystkiego, by realizować swoje marzenia. Poznaj 3 historie ludzi, którzy postawili swoje życie do góry nogami.

Zmiany są trudne - zawsze. Bez względu na to, jak jesteśmy do nich przygotowani oraz od jak dawna o nich myślimy. Podjęcie decyzji o rzuceniu pracy, tej, która jest nam znana, a przy tym wydaje się bardziej bezpieczna, wymaga odwagi, a także świadomości, że porażka może być bardzo bolesna. Zmianom sprzyja szczęście i odłożone pieniądze, jednak o sukcesie decyduje głównie determinacja i gotowość do naprawdę dużego wysiłku.

Czy się opłaca? Bywa różnie. Są tacy, którzy ze schyloną głową próbują wrócić do dawnej firmy. Jednak ci, którym się udało zakotwiczyć w nowym zawodzie, nie żałują. Co ich łączy? Pracują dużo, nierzadko po 10-12 godzin, 7 dni w tygodniu. Uczą się na błędach, a w chwilach kryzysu nie odpuszczają. Co najważniejsze - są szczęśliwi, bo robią to, co kochają najbardziej, a dzięki temu ich praca jest zauważalna i doceniana. I to właśnie o nich jest ten reportaż.

Anna Frelak - pracowała w agencji reklamowej. A teraz? Piecze ciasta. Poznaj jej historię --->

 

ania ania Anna Frelak, arch. prywatne

Anna Frelak - właścicielka pracowni cukierniczej "Ciastko z Dziurką"

Zanim zmieniła profesję, pracowała w agencji reklamowej w Dziale Obsługi Klienta. Prowadziła kampanie dla wielu marek, z różnych kategorii produktowych. O radykalnych zmianach nie myślała na poważnie. - Było to raczej gdybanie. Praca w agencji była ciekawa, pracowałam z wieloma markami. Przy każdej kampanii uczyłam się czegoś nowego. Jednak po pewnym czasie czułam, że potrzebuję czegoś innego. Zmiany. Głównym powodem była potrzeba spełnienia, satysfakcji z tego, co robię. Chciałam budzić się rano i chcieć iść do pracy, a na koniec dnia czuć, że wykonałam kawał dobrej roboty. I to roboty, którą kocham. I tak pojawił się pomysł na "Ciastko", które stanowiłoby połączenie mojej pasji z biznesem. Początkowo testowałam rynek. Założyłam fanpage i czekałam na reakcję otoczenia. Dopiero po jakimś czasie, jak ludzie zaczęli się interesować moją pracą, zaczęłam myśleć o tym bardzo poważnie - wspomina Ania Frelak.

Słodko-gorzki posmak codzienności

- Piekę od najmłodszych lat. Znajomi, zajadając się moimi słodkościami, zawsze mówili, że powinnam się tym zająć, ale będąc nastolatką nie myślałam o pieczeniu jako o zawodzie, tylko bardziej jako o hobby. Poszłam na studia ekonomiczne, czego z perspektywy czasu nie żałuję, gdyż dało mi to na pewno bardzo wiele. Studia łączyłam z pracą w równych firmach. Dzięki temu nauczyłam się biznesu również od strony papierkowej, co teraz bardzo się przydaje - mówi właścicielka "Ciastka".

Proces trwał ok. 2 lat. Na początku było ciężko. Pracowała na pełen etat, a po godzinach rozkręcała swój biznes. - W pewnym momencie taki tryb życia przestał mieć rację bytu. Zdecydowałam się przejść na pracę w trybie półetatowym. Pracowałam tak pół roku, do momentu rozwoju pracowni do takiego poziomu, który pozwalał mi się utrzymać z tego, co lubię robić najbardziej: pieczenia.

Nie zawsze jednak jest kolorowo. - Kosztowało mnie to bardzo wiele: czasu, energii. Są chwile, kiedy jest naprawdę ciężko. Następuje załamanie i pojawiają się myśli, czy było warto? Ale to szybko mija. I na pewno ten cały wysiłek jest tego wart. Mam to szczęście, że mam bardzo dużo wsparcia ze strony swojego chłopaka oraz rodziny, a to daje mi motywację do dalszej walki. Bez tego byłoby mi na pewno dużo trudniej - mówi Ania.

Czy żałuje swojej decyzji? - Nie. Oczywiście są lepsze i gorsze momenty, ale kiedy ich nie ma? Pracując na własny rachunek, robiąc to co kocham, mam bardzo dużo satysfakcji. A jak jeszcze wiem, że ktoś docenia moją pracę, to czego chcieć więcej.

Do rozważnych świat należy

Co by radziła innym? - Dobrze jest wszystko przemyśleć i nie rzucać się na głęboką wodę. Czasem lepiej podejść do tematu na spokojnie, powoli. Nie śpieszyć się i nie przeinwestować. Proces rozwoju "Ciastka z Dziurką" jest podzielony na etapy. Każdy jest przemyślany i wdrażany. Dzięki temu mam na pewno więcej spokoju wewnętrznego. Praca na własny rachunek dla wielu osób brzmi super, ale własny biznes to praca 7 dni w tygodniu i trzeba o tym pamiętać.

Pabich Pabich arch. prywatne: Maria i Tomasz Pabich

Maria i Tomasz Pabich - trenerzy, właściciele serwisu jakzdrowozyc.pl

Państwo Pabichowie pracowali na etacie w jednym z największych banków w Polsce, Maria w dziale analiz finansowych, Tomek - jako manager projektów. Jako młodzi rodzice i zapaleni biegacze na orientację czuli, że nadchodzi moment, w którym będą zmieniać profesję. - Długoterminowy plan zakładał, że popracujemy tam jeszcze 1 rok dłużej. W pewnym momencie nałożyło się na siebie wiele czynników, które ostatecznie pomogły nam zdecydować, że to już ten moment - mówi Tomek.

Obecnie oboje prowadzą serwis jakzdrowozyc.pl, na którym promują zdrowy i aktywny tryb życia. Ponadto Tomek jest trenerem Kadry Polski Juniorów w Biegu na Orientację.

Z ciekawości do świata

Dlaczego nie chcieli już pracować w banku? - Wiele rzeczy na świecie mnie interesuje. Pracując wciąż w tym samym miejscu, często nie ma się możliwości doświadczenia czegoś nowego. Lubię poznawać świat i samego siebie empirycznie, stąd wzięła się potrzeba zmiany - mówi Tomek.

- Miałam poczucie, że w tej pracy przestałam się rozwijać, dużo zadań było bardzo powtarzalnych. Około dwóch lat wcześniej zainteresowałam się wpływem odżywiania na zdrowie i czułam, że tym właśnie chcę się zajmować. Dodatkowo chciałam spędzać więcej czasu z córką, która wtedy miała 3 lata. Przy pracy na etacie i codziennych treningach widywałyśmy się tylko wieczorami, kiedy Hania już szykowała się do snu - dopowiada Maria. 

Moment zmiany profesji nie był jednak tak prosty, jak mogłoby się na początku wydawać. Tomek tak naprawdę nie do końca wiedział, co chce robić. - Po wielu rozmowach z żoną i godzinach sam na sam ze sobą stwierdziłem, że chciałbym pracować z młodzieżą. Naturalnie od razu pomyślałem o kadrze Polski w BnO. Dalej sprawa była już prosta. Musiałem się dowiedzieć, jakie są wymagania na stanowisko trenera, spełnić je, a następnie w konkursie ogłoszonym przez Polski Związek Orientacji Sportowej udowodnić, że jestem lepszy od pozostałych kandydatów. Miałem doświadczenie, brakowało mi formalnych szkoleń, więc w ciągu kolejnych kilku miesięcy zrobiłem kursy na instruktora lekkoatletyki oraz orientacji sportowej.

Od Marii nowa profesja również wymagała nauki. - Zaczęłam od czytania książek o odżywianiu, a kiedy już wiedziałam, że chcę się tym zajmować, skończyłam studia podyplomowe z dietetyki. Już wcześniej założyliśmy stronę jakzdrowozyc.pl, na której cały czas dzielimy się wiedzą teoretyczną i praktyczną z obszaru zdrowego trybu życia. W następnej kolejności powstały nasze produkty - e-book "Sekrety Zielonych Koktajli" oraz kurs "Dieta w pracy".

Najtrudniejszy pierwszy krok

- Najtrudniejszym elementem całej układanki była początkowa decyzja. Jestem osobą zorganizowaną, więc gdy już wiem, co mam zrobić, to układam plan i to robię, więc po podjęciu najważniejszej decyzji reszta była już prosta - wspomina Tomek. - Początkowo myślałem, że cały proces zajmie mi najdłużej 2 lata, a szczęśliwie okazało się, że wystarczyło zaledwie kilka miesięcy.

Nowa ścieżka pokazała jednak, że bycie "na swoim" stawia coraz to inne wymagania. - Zmieniając zawód, wiedziałam, że muszę nauczyć się dużo o odżywianiu, ale nie spodziewałam, że równie dużo będę musiała nauczyć się o marketingu on-line, promocji własnych produktów i swojej marki. Prowadzenie strony, pozyskiwanie zaufania kolejnych czytelników to proces, który zajmuje dużo czasu i energii, ale procentuje - mówi Marysia.

Pabichowie wspominają, że ogromnym wyzwaniem była nauka poruszania się w nowym środowisku oraz budowanie zaufania. - Tak naprawdę uczyłem się przez cały pierwszy rok i dopiero na początku kolejnego sezonu czułem się już komfortowo. Wiedziałem, czego mogę oczekiwać od innych i czego oczekuje się ode mnie. Z pewnością z biegiem czasu współpraca między mną, a osobami ze związku była o wiele lepsza, tak samo jak to ma miejsce w każdej innej pracy - mówi Tomek.

Marysia: Chciałam dzielić się wiedzą i doświadczeniem, a na stronę zaglądało wtedy bardzo niewiele osób. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość i działać mimo wszystko. Potrzebna była duża wewnętrzna motywacja, aby pracować bez szefa, ustalonych godzin i początkowo zupełnie bez zapłaty.

Jak radzili sobie w trudnych sytuacjach? - Dużo na ten temat rozmawialiśmy i wspieraliśmy się wzajemnie. W chwilach zwątpienia to właśnie Tomek podnosił mnie na duchu - wspomina Maria.

Z perspektywy dwóch lat nie żałują swojej decyzji. - Mamy mnóstwo nowych wspomnień i wrażeń, wiele pięknych miejsc, które odwiedziliśmy, nowych znajomości. Moim zdaniem każda zmiana w życiu jest dobra, jeżeli tylko potraktuje się ją z pozytywnym nastawieniem. Każda zmiana może nas nauczyć czegoś nowego, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że to może być zarówno nowa umiejętność, jak i nowe spojrzenie na samego siebie - mówi Tomek.

Plan B mile widziany

Nie są jednak zwolennikami podejmowania decyzji pod wpływem impulsu. - Rzucanie wszystkiego na "hurra" nie jest dobrym pomysłem. My zadbaliśmy o to, aby zmiana była dla nas komfortowa, dlatego zaplanowaliśmy ją o wiele wcześniej i rezygnując z naszej pracy w banku, wiedzieliśmy, że nawet przy zerowych przychodach jesteśmy w stanie nasze marzenia realizować. To daje ogromny komfort psychiczny, który pozwala spokojnie rozpoczynać każdy kolejny dzień. Nie podejmujcie impulsywnych decyzji, miejcie plan B - przekonuje Maria. I dodaje: - To były bardzo ciekawe dwa lata, nauczyłam się bardzo dużo w wielu obszarach. Mam nadzieję, że to będzie też inspiracją dla naszej córki, do odważnego szukania swojej ścieżki w życiu.

Co by radzili innym, którzy również zastanawiają się nad zmianami? - Życie może być ciężkie albo może być niekończącą się przygodą. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Ja wolę myśleć o życiu jak o przygodzie, a wtedy niezależnie od tego, jak "ciężko" jest w danym momencie i z jakimi wyzwaniami przyjdzie mi się zmierzyć, następnego dnia myślę sobie: "zrobiłem to" i twarz sama się cieszy. To oczywiście nie oznacza, że nie ma trudnych chwil i momentów zwątpienia, bo mamy je, tak samo, jak każdy inny człowiek. Trzeba sobie po prostu z nimi radzić i kroczyć śmiało dalej - mówi Tomek.

 

 

ania ania Anna Trzcińska, arch. prywatne

Anna Trzcińska - podróżniczka, pracowniczka organizacji pozarządowych

Ania Trzcińska zaczęła pracę w banku na piątym roku studiów. Działała w obszarze rozwiązań internetowych - bankowość internetowa, wdrażanie innych systemów on-line dla klientów, marketing, sprzedaż produktów finansowych. I tak przez 12 lat, pnąc się po szczeblach kariery: od specjalisty do kierownika i dyrektora.

Obecnie pracuje w pomocy humanitarnej w sektorze WASH (Water Sanitation and Hygiene). - Odpowiadam za projekty, programy związane z dostarczaniem ludziom wody, sanitariatów i promowaniem higieny. Zaczęłam z Polską Akcją Humanitarną jako wolontariusz-oficer administracyjny w Sudanie Południowym. Po 2 miesiącach stałam się pracownikiem i, co ciekawe, pełniącym obowiązki szefa misji. Nie chciałam jednak zostać na tym stanowisku, wiedziałam, że muszę się wiele nauczyć i po 7 miesiącach spędzonych w Sudanie Południowym zaczęłam koordynować projekty WASH. W sumie byłam tam 14 miesięcy.

Wróciła do Polski z zamiarem zostania tu przynajmniej przez rok. Zaczęła pracę w Agorze, ale szybko uświadomiła sobie, jak bardzo brakuje jej poprzedniego świata, życia w multikulturowości. Po niespełna 5 miesiącach w Polsce, w 2015 roku wyjechała do Iraku, z niemieckim NGO (Non Govermental Organization). Tam była 14,5 miesiąca jako szef misji skupiającej się na projektach WASH i Health.

W momencie przekazywania nam tych wszystkich informacji Ania siedziała na lotnisku, czekając na samolot do Birmy, gdzie już niebawem zacznie pracę dla amerykańskiego NGO.

Od dyrektora do wolontariatu

Nie myślałam, że będę robić to, co robię. Pracowałam w banku i byłam zadowolona. Jednak na początku 2013 roku wiedziałam, że czas na zmiany. Po pierwsze reformy w firmie znacznie ograniczyły zadania mojego zespołu. Po drugie w firmie pojawiła się ambitna babka, która za wszelką cenę starała się zagarnąć mój obszar. Po trzecie poczułam, że to również dla mnie samej jest najwyższy czas na zmianę - wspomina Ania.

Początkowo rozglądała się po ofertach ze swojej branży, jednak nic jej nie zainteresowało. Zdecydował przypadek. - Spotkałam się z kumplem na kawę i on mi mówi: - Anka, czemu nie zrobisz sobie przerwy. Jedź gdzieś, wykorzystaj to. Pomyślałam wtedy, że to nie dla mnie. Ale przyszłam do domu i mnie oświeciło. Stwierdziłam: czemu nie?

Podążając za impulsem, poprosiła szefową o bezpłatny urlop. W międzyczasie nabrała wątpliwości, ale w tym czasie przełożona zdążyła wyrazić zgodę. - Ludzie zaczęli się wypytywać, co zamierzam robić. Odpowiadałam, że... właściwie jeszcze nie wiem. Wtedy jedna z koleżanek opowiedziała mi o znajomej, która wyjechała budować klatki dla tygrysów w Ameryce Południowej. Druga - o kumpeli pracującej dla Czerwonego Krzyża. I wtedy zapaliła mi się lampka. Pojadę na wolontariat - opowiada.

Okazuje się jednak, że poszukując pracy jako wolontariusz, trzeba mieć oczy otwarte na... oszustów. - Jest cała masa firm, które chcą, aby człowiek zapłacił jak za ekskluzywne wczasy, a oni wyślą go, by poudawał, że pomaga. Natknęłam się nawet na takiego wolontariusza, którego nabito w butelkę. Jechał do Nepalu na własny koszt, płacąc pośrednikowi 1000 kanadyjskich dolarów, by wziąć udział w odbudowywaniu Nepalu po trzęsieniu ziemi. W efekcie trafił na farmę ze słoniami, by sprzątać ich odchody - mówi Ania.

Szukała, jednak trafiała wyłącznie na organizację kościelne, w których prócz pomagania, oczekiwano również zaangażowania religijnego. Jednak te opcje do niej nie przemawiały. - Podjęłam więc decyzję, że po prostu odwiedzę moją przyjaciółkę, która mieszka w Nowym Jorku. Pomieszkam tam pół roku, tyle, na ile wiza mi pozwoliła. I wtedy odezwał się PAH. Napisałam do nich 2 miesiące wcześniej, oferując chęć pomocy. Zaprosili mnie na rozmowę, testy psychologiczne i zaproponowali wolontariat w Sudanie Południowym, który przerodził się szybko w pracę.

Czy na taki wolontariat łatwo się dostać? Otóż nie. - Miałam wiele szczęścia. Wstrzeliłam w dobry czas i miałam do zaoferowania pewną wiedzę oraz doświadczenie, które akurat było potrzebne. Dodatkowo rozmowa odbyła się w sierpniu, a od października 2013 ruszyły podyplomowe studia humanitarne, z których PAH pozyskuje pracowników. Wyjazd do Sudanu kompletnie wywrócił moje życie do góry nogami

Co było dalej? Przyjechawszy do Sudanu Południowego, spędziłam w biurze PAH 1 miesiąc. Już wtedy przekonałam się, że praca humanitarna to... praca, profesjonalna praca. Nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami ludzi. To nie wolontariat, a nawet jeśli są wolontariusze, to są również profesjonalistami. Tu też chodzi o zarządzanie ludźmi, budżetami, kierowanie projektami, zarządzanie misją. Dlatego szybko się w tym odnalazłam. Lubię pracować. Ale również wiele musiałam się nauczyć.

Malaria i wojna

Największym wyzwaniem okazało się zmierzenie ze swoim lękiem. - Decyzja o urlopie bezpłatnym kosztowała mnie dużo. Pierwszy raz od ponad 12 lat miała nie wpłynąć pensja na moje konto. Bałam się. Później bałam się wyjazdu do Sudanu Południowego, a najbardziej malarii, którą zresztą tam przeszłam. Ale co ciekawe, zaadaptowałam się w ciągu jednego dnia, mimo że baza PAH-u była dość prosta i prymitywna. Przeżyłam tam wojnę domową, gdzie kule świszczały koło biura. I nauczyłam się czegoś o sobie - zdecydowanie dobrze reaguję na trudne sytuacje.

Wyjeżdżając, Ania zostawiła w Polsce zamartwiających się rodziców. Jednak zaakceptowali jej wybór.

Po upływie czasu nie żałuję swojej decyzji. Nigdy wcześniej nie czułam, że jestem tak dobrze dopasowana do roli, jak teraz. I nie chcę poruszać w tym momencie tematu pomocy, bo według mnie pomagać można pracując też w korporacji. Ja dostarczam wodę, a ktoś usługi telekomunikacyjne. Chodzi mi o samo dopasowanie kwalifikacji cech charakteru, kompetencji do pracy. Uważam, że to idealna praca dla mnie. Uwielbiam ją. Co się zmieniło? Myślę, że nadal jestem tą samą osobą, która się o sobie po prostu więcej nauczyła. Mam wrażenie też, że do tej "starej" Ani dodano pewien nowy komponent.

Jeśli chcemy zmian, działajmy!

Co by poradziła innym?  Nie należy bać się zmian i ewentualnych porażek. Znam dużo ludzi, którzy lubią ponarzekać, niby by coś chcieli zmienić, ale... tak nie do końca. No, może gdyby Święty Mikołaj przyniósł zmianę na tacy... Marzenia różnią się od planów tym, że plan wiąże się z konkretnym działaniem. Więc jak chcemy zmian to... działajmy. Moja historia wydaje się prosta, ale taka nie była. Zagrało szczęście, ale tez moja determinacja, poświęcenie się tematowi. Nie poddawałam się, szukałam i odniosłam sukces.