Orgazm przy okazji

Żeby nie wiem jak się starał, kobieta sama musi do tego dojść. I musi faceta tego nauczyć. Powiedzieć, pokazać, poprowadzić jego rękę

O orgazmie z edukatorką seksualną dr Alicją Długołęcką i psycholożką Agnieszką Kramm rozmawia Anna Zawadzka

Pewien pan powiedział mi: Mężczyzna musi się rozładować. Kobietę wystarczy przytulić.

Alicja Długołęcka: Bzdura. Odmawianie kobiecie orgazmu to wymysł naszej kultury.

Już Hipokrates badał sprawę kobiecego orgazmu. Dominowała teoria, że do zapłodnienia potrzebne jest 'to coś'. Uważano, że i kobieta, i mężczyzna wydalają nasienie, a zatem orgazm obojga jest warunkiem poczęcia. Teoria dwunasienna była, jak widać, wybitnie dla kobiet korzystna.

Sprawy omal nie popsuł Arystoteles - stwierdził, że kobiety mogą zajść w ciążę i bez orgazmu. Skądinąd ciekawe, jak do tego doszedł... Ale jeszcze w XVIII w. 'lekarz młodej habsburskiej księżniczce zalecał łechtanie sromu, żeby zaszła w ciążę'. Ma to uzasadnienie naukowe. Orgazm nie jest warunkiem zapłodnienia, ale bardzo je ułatwia. Skurcze całego obszaru narządów rodnych powodują, że szybciej dochodzi do jajeczkowania. Starożytni lekarze mieli więc dobrą intuicję. W latach 70. XVIII w. doszło do pierwszego sztucznego zapłodnienia. Co prawda spaniela, ale teoria orgazmu niezbędnego dla zapłodnienia zachwiała się w posadach.

Katastrofa nastąpiła wraz z narodzinami seksuologii, czyli na przełomie XIX i XX w. Słynny naukowiec Kraft-Ebbing w 1896 r. przekonywał, że 'kobiety, które odebrały przykładne wykształcenie fizyczne i umysłowe, mają niewielkie potrzeby cielesne. Gdyby było inaczej, małżeństwo i rodzina stanowiłyby puste słowa'.

Kobiecie dobrze wychowanej nie wypada mieć orgazmu?

A.D.: Dokładnie. Ale była i druga teoria: że orgazm służy zdrowiu, choć wówczas nazywano go 'histerycznymi paroksyzmami'. Kobiety z wyższych sfer - te z niższych najczęściej w ogóle nie były leczone - uzdrawiano, wywołując u nich orgazmy.

I tu ciekawostka: w 1883 r. właśnie w tym celu wymyślono pierwszy wibrator. Zalecano go jako narzędzie masażu pozwalającego na rozładowanie nadmiaru energii i wydalenie toksycznych soków z organizmu, ale pod żadnym pozorem uzyskanie przyjemności seksualnej.

Orgazm mogła mieć albo histeryczka, albo nimfomanka?

A.D.: Zdarzało się, że kobiety uznane za nimfomanki leczono, wylewając im kwas siarkowy na łechtaczkę. Jestem świeżo po lekturze 'Wagina. Kobieca seksualność w historii kultury' Catherine Blackledge. Mówię tyle o historii, bo to z niej biorą się dzisiejsze przekonania. Na przykład takie, że kobieta normalna nie może cieszyć się ze swojego seksu, bo albo jest madonną, albo ladacznicą. Typowo polski schemat.

Tymczasem Hindusi mają przysłowie: 'Kobieta potrafi zjeść dwa razy więcej niż mężczyzna. Czterokroć góruje nad nim sprytem i ostrożnością. Sześciokroć zdecydowaniem i śmiałością. Ośmiokroć porywczością i rozkoszą w miłości'. Tak jest w też islamie i buddyzmie: kobiety uważane są za bardziej zmysłowe.

Gorzej, jeśli niektórzy dochodzą do wniosku, że kobieta nad swoją zmysłowością nie panuje. W 'Młocie na czarownice' z XV w. można przeczytać: 'Czarnoksięstwo bierze się z cielesnego popędu, który u kobiet jest nienasycony'.

Agnieszka Kramm: Z przekonania, że kobieca seksualność wyzwala w mężczyznach wszystko, co najgorsze, biorą się pomysły na wycinanie kobietom łechtaczek. Idąc dalej, kobieca seksualność jest grzeszna, sprowadza mężczyznę na manowce, należy więc ją wyciąć. Kobieta bez potrzeb jest słabsza i łatwiej nią kierować.

Po co kobiecie orgazm?

A.D.: Jeden powód już mamy: orgazm ułatwia zajście w ciążę. U samic ssaków często występuje wtedy zasysanie nasienia. Kobiece skurcze powodują podobny efekt. Drugi powód: ludzie, którzy często przeżywają orgazm żyją dłużej. Rzadziej zapadają na chorobę wieńcową. Przyjemna stymulacja pochwy i szyjki macicy znosi próg bólu o 75 proc. - to trzeci powód. Przyjemność seksualna działa jak morfina.

Jak mnie boli ząb, to powinnam zamiast pigułki wziąć orgazm?

A.D.: Na ból głowy seks działa na pewno. Poprawia krążenie, podnosi ciśnienie krwi. I wreszcie powód czwarty i najważniejszy: po przeżyciu orgazmu w mózgu wyzwala się oksytocyna - hormon przywiązania. Rośnie poczucie bliskości między partnerami. Zwiększają się szanse na trwałość związku.

Agnieszka Kramm: Dodałabym piąty: poczucie bycia normalną. To miecz obosieczny. Pisma kobiece trąbią o orgazmie. Z jednej strony przełamują tabu, edukują. Z drugiej wywierają na nas presję: musimy mieć pięć orgazmów w trzy sekundy. Inaczej coś z nami nie tak. Tymczasem realne życie wygląda zupełnie inaczej.

Prowadzę terapie indywidualne i grupowe głównie z kobietami z dużych miast. Z przerażeniem słucham historii, jak to on budzi ją o siódmej rano i mówi, że musi, więc ona otwiera oczy i czeka, aż on skończy, albo patrzy w telewizor, kiedy on 'robi swoje'.

Czy presja nie polega też na tym, że seks sprowadza się do osiągania orgazmu?

A.D.: Podręczniki seksuologiczne pisali dotąd głównie mężczyźni, w dodatku lekarze. Podchodzili do sprawy czysto technicznie: stymulacja, orgazm, odreagowanie.

Kiedy za temat wzięły się kobiety, pierwsze, co powiedziały, brzmiało: dajmy sobie spokój z orgazmem. Potraktujmy go jako coś przy okazji.

Są kobiety, które nie mają orgazmu przez wiele lat. Czy to się jakoś odbija na ich psychice?

A.D.: To zależy od temperamentu i potrzeb. Często matki nie mają orgazmów, gdy rodzą jedno dziecko po drugim. Bliskość z małymi dziećmi zaspokaja niektórym kobietom potrzebę fizycznej bliskości w ogóle.

A.K.: Trudno mi sobie wyobrazić, żeby długoletni brak orgazmu nie miał wpływu na psychikę kobiety. Oczywiście presja nigdy nie jest dobra. To rodzaj przymusu, a przymus blokuje. Ale jeśli przychodzi do mnie mężatka dwa lata po ślubie i mówi, że nie miała z mężem orgazmu, traktuję to jako sygnał. Zastanawiamy się, co się dzieje w jej związku.

Przyczyna tkwi w relacji albo w samej kobiecie?

A.D.: Albo w kulturze. Margaret Mead w 1948 roku pisała tak: aby kobieta mogła być seksualnie zaspokojona, muszą być spełnione trzy warunki. Musi żyć w kulturze, która uznaje kobiecy popęd za wartościowy. Nie żyjemy w takiej kulturze. Dwa: kultura musi umożliwić jej poznanie anatomii własnych narządów płciowych. Jak proponuję młodym dziewczynom trening masturbacyjny, to większość spada z krzesła.

Lusterko do ręki?

A.D.: Obejrzeć swoją waginę, oswoić się z nią, pozbyć się skojarzeń z pornografią - to pierwszy krok. Drugi to zbadanie, jak czuję swoje ciało. Co lubię, czego nie. Kolejny to nauczyć tego swojego partnera. Ale wróćmy do Mead. Trzeci warunek: kultura musi nauczyć kobietę umiejętności, które pozwolą jej przeżyć orgazm.

A.K.: A propos kultury. Brak orgazmu bywa rodzajem podświadomej odmowy. W naszym społeczeństwie kobietom nadal nie wypada odmawiać, więc często robią rzeczy, na które tak naprawdę nie mają ochoty. Najpierw musiały służyć, także seksualnie, a dziś muszą być seksualnie wyzwolone i chcieć seksu, by czuć się wartościowe i atrakcyjne. Brak orgazmu może być więc uwewnętrznionym sposobem mówienia 'nie'. Bo do wszystkiego można się zmusić, nawet do seksu, ale do orgazmu już nie.

A.D.: Dlatego świadomość nie wystarczy. Warto zrobić autoterapię. Pójść do psychologa. Może z partnerem.

Zdarza się, że on wręcz czeka, aż powiemy, w czym problem. Zbyt często zostawiamy go na pastwę domysłów. Wiele kobiet nadal uważa, że bardziej w porządku jest, kiedy mężczyzna dotyka ich sromu, zachwyca się nim, pieści, niż gdyby one same miały to robić.

W 'Monologach waginy' Eve Ensler jedna z bohaterek polubiła swoją waginę, dopiero kiedy spotkała faceta, który długo zachwycał się wyglądem jej sromu. Dziewczyny mają o sobie dobre zdanie z wyjątkiem 'tego' między nogami.

'Tamto' kojarzy się raczej z wykorzystaniem, pornografią, wyuzdaniem. Czują niechęć.

A.K.: Nazwijmy rzecz po imieniu: obrzydzenie. Na terapii kobiety często przyznają się do nienawiści wobec własnego ciała, a zwłaszcza waginy.

A.D.: Dla większości kobiet srom jest brzydki, śmierdzi, wygląda pokracznie.

Za to siusiak jest piękny!

A.D.: O nim się mówi: męskość. A o cipce? W języku staropolskim srom oznaczał 'wstyd'. Chłopiec wie, jak ma dwa-trzy lata, że ma ptaszka, i jest z tego dumny. Wyobrażacie sobie dziewczynkę, która wie, że ma pochwę, i się tym chwali? Albo wychowawczynię w przedszkolu, która by ją tego nauczyła?

Poza tym cała edukacja seksualna jest nastawiona na NIE - co zrobić, żeby nie zajść w ciążę, nie zachorować, nie zostać wykorzystaną itd. Uczymy o seksie, opierając się na lęku i czarnowidztwie. Jest też tak, że matki przenoszą na córki negatywny stosunek do swoich narządów płciowych i do kobiecości w ogóle.

Jak?

A.D.: Już w czasie czynności pielęgnacyjnych. Poza tym, że dziewczynki mają dbać o czystość, nie mówią córkom nic więcej.

Tymczasem są plemiona afrykańskie, w których matka, zanim córka wyjdzie za mąż, uczy ją masturbacji, opowiada o seksie. Żeby nie stała jej się krzywda i żeby była już rozbudzona, miała z seksu radość, bo tam dziewczynki wychodzą za mąż często po pierwszej miesiączce.

W naszym obszarze kulturowym taki przekaz międzypokoleniowy jest nie do pomyślenia.

A.K.: Żeby móc córce coś pozytywnego o seksie przekazać, matka musi sama mieć tę sferę poukładaną.

Tyle że matki rzadko uświadamiają sobie swój negatywny stosunek do seksu. Nie mówią córce: masz tam coś ohydnego. Ale dziewczynki wysysają to z mlekiem matek.

A.D.: Choćby przez to, że wstydliwie owijamy podpaskę, a jak córka zapyta: co to?, mówimy: nic. Matki, zabierajcie się za siebie.

Wróćmy do mężczyzn. Po co im orgazm?

A.D.: W innych kulturach nie ma rozdzielania na kobiecy i męski. Owszem, mówi się tam, że kobieta z orgazmu czerpie energię, mężczyzna się jej pozbywa. Ale przede wszystkim mówi się o jedności, harmonii, połączeniu pierwiastka żeńskiego z męskim. O spotkaniu i bliskości.

A.K.: Różnica tkwi w podejściu. Wśród mężczyzn dominuje jedno: ja orgazm muszę mieć.

A.D.: I to jest straszny stereotyp, który niszczy męską seksualność. Znowu odwołam się do kultur Wschodu. Tam mężczyzn uczy się technik kontrolowania wytrysku. Dzięki temu mogą oni przeżywać orgazm bez wytrysku i orgazm wielokrotny. To wymaga treningu. Otwartości. Współpracy. Komunikacji. A nasz stereotyp sprawia, że z mężczyzn robi się maszynki.

A.K.: Efekt: oni sami wierzą, że nimi są. Zgroza.

Czym się różni orgazm kobiecy od męskiego?

A.D.: Są cztery fazy podniecenia: narastająca, plateau, orgazm i okres refrakcji. U kobiety ostatnia faza przebiega szybko, za chwilę można mieć już następne orgazmy. Więcej - przy wielokrotnych orgazmach czas wymagany do osiągnięcia następnego jest coraz krótszy. U mężczyzny to niemożliwe. Jego organizm musi się zregenerować. Reszty bym nie różnicowała.

A waginalny, łechtaczkowy, analny?

A.D.: Orgazmów jest cała masa: łechtaczkowy, pochwowo--maciczny, wywoływany stymulacją punktu G, strefy AFE - górnej ściany pochwy, szyjki macicy, cewki moczowej, ud, sutków, warg, analny, wieloogniskowy, strefowy, wyobrażeniowy.

Mamy orgazmy, jak śpimy, a nawet za pomocą specjalnych medytacji. Ale z reguły przeżywamy koktajl orgazmiczny. Jak ludzie się kochają, to przecież dotykają się wszędzie. W rezultacie nie wiadomo, co dokładnie orgazm wywołało. A najważniejszy i tak jest mózg.

Myślałam, że centralna dla orgazmu jest łechtaczka.

A.D.: Jest najbardziej unerwiona. Zewnętrzną budowę ma podobną do członka: dwa ciała jamiste i żołądź. Istnieje po to, by dawać kobiecie rozkosz, ale o tym się nie mówi. I mówić nie wolno.

Kiedy kilka lat temu w książce do edukacji seksualnej dla piątoklasistów napisałam, że jest to mały narząd w kształcie guziczka i pełni bardzo ważną rolę w życiu seksualnym kobiety, podręcznik odrzucono. Zresztą napisałam błędnie, bo wcale nie jest mały. Po prostu znaczna część łechtaczki jest ukryta. Ale czemu się dziwić, że mamy problem z orgazmem, skoro nie można dziewczynkom powiedzieć, co to za skarb. I że on się do czegoś w życiu przydaje.

Pokutuje stereotyp, że orgazm waginalny jest dojrzalszy.

A.D.: Nie byłabym taką pesymistką. Ostatnio większy akcent kładzie się na łechtaczkę. Niepokojące jest co innego: koncentracja na stymulacji i przerzucenie odpowiedzialności za kobiecy orgazm na mężczyznę. Jak ona nie ma orgazmu, to znaczy, że on się kiepsko starał. Tymczasem, żeby nie wiem jak się starał, kobieta sama musi do tego dojść. I musi faceta tego nauczyć. Powiedzieć, pokazać gestem albo spojrzeniem, poprowadzić jego rękę. Dlatego tak ważny jest trening masturbacyjny.

Czy są kobiety, które masturbują się bez dotykania łechtaczki?

A.D.: Choćby kobiety niepełnosprawne po urazie rdzenia. Wśród nich powszechne jest zjawisko kompensacji: jeśli jedno miejsce jest pozbawione czucia, to inne ma go dwa razy więcej niż zwykle. Np. jeśli nie czuję łechtaczki, to piersi albo kark stają się główną strefą erogenną.

Waris Dirie, Somalijka, którą poddano rytualnej kliteroktomii - wycięciu łechtaczki i warg sromowych - pisze, że mimo szczęśliwego związku po wycięciu łechtaczki nigdy nie przeżyła orgazmu.

A.K.: Może to wina niemożności pokonania urazu psychicznego mimo najszczerszych chęci. Kastrowanie dziewczynek to potworny gwałt.

A.D.: Uraz potrafi zniszczyć życie seksualne. U kobiet, którym usunięto macicę z przyczyn nowotworowych, jest niepokojąco wysoki wskaźnik samobójstw. Teoretycznie one mogą uprawiać seks. Ale kiedy się z nimi rozmawia, mówią, że czują się niepełnowartościowe.

Na szczęście seksualność możemy odkrywać w każdym wieku. W książce Lou Paget 'Wielki orgazm' pewien mężczyzna zwierza się, że po latach odkrył, co jest dla jego żony pieszczotą najbardziej zachęcającą do seksu: kiedy ona przychodzi z pracy, on zdejmuje jej buty i masuje stopy. Nie dlatego, że ona ma tak unerwione stopy, ale dlatego, że czuje się ważna.

Nic nam z seksualnych eksperymentów nie przyjdzie, jeśli nie mamy otwartości na ciało swoje i partnera.

A.K.: I jeśli nie dajemy sobie prawa do realizacji własnych potrzeb. Wśród kobiet nadal bardzo silne jest przekonanie, że przede wszystkim mają sprawiać przyjemność innym.

Ale czy sprecyzowana ochota na orgazm nie powoduje, że stajemy się w seksie samolubni?

A.D.: Nie ma lepszego bodźca seksualnego niż nasza rozkosz. Jeżeli partner widzi, że sprawia nam przyjemność, sam jest bardziej pobudzony. Czasem kobieta ma orgazm pod wpływem orgazmu mężczyzny, bo tak ją to podnieca.

A.K.: Czasem samolubstwo jest lekarstwem. Moja potrzeba jest na pierwszym miejscu - tego niech uczą pisma kobiece.

A.D.: Ale pisma, które uchodzą za najbardziej wyzwolone - typu 'Cosmopolitan' - są w mojej opinii w równej mierze seksistowskie.

Piszą głównie o tym, jak zdobyć i zaspokoić mężczyznę.

Do tego stopnia, że mój własny orgazm ma służyć jego dobremu samopoczuciu. Są mężczyźni, którzy po każdym seksie pytają partnerkę: doszłaś?

A.D.: Dlatego dochodzi, ale do udawania. To rodzaj gwałtu na samej sobie.

Udawanie jest jak negatywny trening: uczymy partnera, żeby robił to, co nie sprawia nam przyjemności.

Są też kobiety, które czerpią poczucie wartości z tego, że potrafią zadowolić każdego mężczyznę....

A.D.:...owinąć sobie wszystkich wokół palca i wyrwać co bardziej wiernych mężów? Smutny scenariusz. Takim kobietom seks daje poczucie władzy. Tymczasem nie należy oczekiwać, że poprzez seks dostanę coś, czego mi brak na co dzień. Seks jest dla przyjemności, wszelkie dodatkowe oczekiwania go niszczą.

Czy mężczyźni boją się kobiet, które przejawiają w seksie dużo inicjatywy?

A.D.: To z kolei ideał pism dla mężczyzn. Seks za pieniądze jest smutny. Seks z kobietą, która sama tego chce i jest gotowa na wszystko - marzenie. Ale w naszej kulturze taka dziewczyna jest dobrą kandydatką na jedną noc. Na żonę już nie. Widać, że ma temperament, sama decyduje o sobie, wie, czego chce, i umie o tym powiedzieć. I najczęściej jest doświadczona.

Nikt nie chce mieć takiej żony?

A.K.: Bo drugą stroną medalu są mężczyźni, którzy mają problem z seksem. Wielu z nich nie chce 'brukać' swoich żon fantazjami. Żona jest od dzieci, domu i rodzinnego ogniska. To ta święta.

A.D.: A od orgazmu jest ladacznica. Żona, która wkłada członek do ust - taki wizerunek często nie mieści się w głowie męża. Język i atmosfera wokół seksu niszczą sprawę. Mężczyznom też trudno o seksie mówić. Brakuje choćby słownictwa. Partnerzy rzadko kiedy leżą koło siebie na golasa, a co dopiero rozmawiają o tym, co tam widzą.

Jakich błędów nie popełniać w trakcie rozmowy o seksie?

A.K.: Nie oskarżać. Mówić z delikatnością, bo sfera intymna dotyczy poczucia wartości i kobiet, i mężczyzn.

A.D.: Nie przerzucać odpowiedzialności na mężczyznę. Że powinien wiedzieć, a nie wie. Że jest niewrażliwy. Że nie zauważył, nie słuchał.

A.K.: Wprowadzić do relacji tę sferę otwartym tekstem. Powiedzieć sobie i partnerowi, że ona tworzy związek, ma równorzędną z innymi sprawami wartość, więc warto o niej tak samo dużo rozmawiać. Nie omijać tematu, bo im dłużej się nie mówi, tym trudniej zacząć.

Wielu mężczyzn mówi: ja nie chcę rozmawiać o seksie, bo zniknie cała magia. Kawa na ławę? Nie chcę tej sfery odzierać z intymności.

A.K.: To zrozumiałe, ale rozmowa o seksie działa wręcz odwrotnie. Bliskość rośnie, więc rośnie poczucie bezpieczeństwa. A tam, gdzie jest bezpiecznie, można się otworzyć.

Ale chyba nie można tego robić tuż po nieudanym seksie?

A.D.: A dlaczego by nie w trakcie? I co to znaczy 'nieudany'? Najprawdopodobniej ktoś kogoś psychicznie zgwałcił: albo ja się sama do czegoś zmusiłam, albo do czegoś zmusiłam partnera.

A jeśli jedna strona mówi: mnie się dziś seksu nie chce?

A.D.: To świetnie. To się dziś podrapiemy po plecach.

Myślałam, że to syndrom problemu w związku.

A.K.: Najważniejsze to dać sobie wolność do powiedzenia: nie mam ochoty. Ta wolność jest znakiem zaufania i bezpieczeństwa.

A.D.: Kobietom często się nie chce, bo kojarzą seks z wkładaniem członka do pochwy i orgazmem. Czasem na stosunek nie mamy ochoty, ale na przytulenie się, pieszczoty, a nawet miłość francuską, owszem. Jeszcze się może okazać, że i orgazm z tego będzie.

Więcej o: