Pracowity, pracowitszy, pracoholik

Czy mężczyźni są większymi pracoholikami niż kobiety? To zdecydowanie bardziej męska przypadłość - uważa Krzysztof Klajs, psychoterapeuta, dyrektor Instytutu Ericksonowskiego. A to dlatego, że praca zawodowa, czyli zdobywanie pieniędzy, jest przypisana mężczyźnie. To on ma zbudować dom i chronić go.

Krzysztof Klajs: Pamiętasz bajki, w których ojciec był drwalem? On wychodził do pracy, a w tym czasie kobieta dbała o dom, żeby było w nim ciepło, miło i przyjemnie. Dopóki wychodził do lasu i pracował - wszystko było dobrze, ale kiedy przygniotło go drzewo - zaczęła się bieda.

Irena Stanisławska: Rozumiem, że ten drwal był zmuszony pracować od świtu do nocy, bo inaczej nie zarobiłby na chleb. Rozumiem, że gdy jest pora żniw, rolnik pracuje od wschodu do zachodu słońca, bo trzeba zdążyć przed deszczem. Ale normalnie czas pracy wynosi 8 godzin, a mało który facet pracuje tak krótko!

- W dużym stopniu mają na nas wpływ nasze wyobrażenia na temat tego, co w życiu jest dobre, a co złe, co to znaczy, że jestem "facet w porządku". Poza tym, przeszłość ma na nas większy wpływ, niż nam się wydaje. Mówisz, że czas pracy wynosi 8 godzin, ale dawniej było to 12 godzin, a jeszcze dawniej - 16. Podobnie z dniami wolnymi od pracy. Sytuacja, że osoba dorosła pracuje mało, jest sytuacją bardzo nową. Nasi dziadkowie tak nie mieli. A kto nie pracował, ten nie jadł; a skoro nie jadł - umierał. I ten schemat z przeszłości w sobie nosimy.

- To by znaczyło, że wszyscy mężczyźni mają w sobie stereotyp pracoholizmu.

- Na szczęście nie wszyscy. Dla porównania: gdy mówimy o alkoholizmie, nie myślimy o osobie, która pije towarzysko, lecz o takiej, która jeśli się nie napije, odczuwa niepokój. Czyli: jak się nie napiję, czuję się rozdrażniony, a jak się trochę napiję - to mi przechodzi. Alkohol staje się w pewien sposób lekarstwem. Na krótką metę, bo na długą jest przekleństwem. I taką samą sytuację mamy z każdym uzależnieniem. A pracoholizm również nim jest. Kiedy uzależniony mężczyzna nie ma co robić zawodowo, czuje niepokój, napięcie, rozdrażnienie, czasem bóle żołądka czy serca. I lekarstwem na to jest praca. Oczywiście na krótką metę.

- A inne podobieństwa do alkoholizmu?

- Gdy praca stanowi lekarstwo na pewien rodzaj niepokoju, napięcia, przesyt następuje dopiero wtedy, kiedy padam na twarz. Podobnie jak u alkoholika, który już więcej nie może wypić, bo na przykład usnął. Więc nie jest to jego postanowienie: "To już nie ma sensu, będę się źle czuł", tylko sygnał z zewnątrz. I z pracą jest tak samo. Pracoholik nie wyjdzie o 20. ze swojego biura, on wyjdzie dopiero wtedy, kiedy padnie. Tylko to go powstrzyma od dalszej pracy.

- Dlaczego niektórzy sięgają właśnie po to "lekarstwo"? Są przecież inne sposoby odreagowania.

- Nasza reakcja wynika głównie z wzorców, które posiadamy. Jeżeli nasz ojciec radził sobie z napięciem, wypijając "ćwiarteczkę" - jest duża szansa, że my też tak będziemy robić. A kiedy ojciec, mając kłopoty, rozmawiał o nich - to i my rozmawiamy. Wszyscy nieświadomie odgrywamy scenariusz, który napisało nam wcześniejsze życie rodziny. Nieraz mężczyznom łatwiej odegrać ten scenariusz związany z pracą, ponieważ taki jest wzorzec kulturowy. Poza tym - im mniej mam pewności siebie, tej wewnętrznej, tym bardziej szukam jej na zewnątrz. A praca jest na zewnątrz; więc jak zarobię jeszcze więcej pieniędzy, kupię sobie takie auto, które... I wtedy będę się dobrze czuł. Ale przecież mógłbym sobie kupić jeszcze lepsze. W tej pogoni zagłuszania niepokoju nie ma końca. Może być też tak, że praca bezpośrednio nie przekłada się na wynagrodzenie. Ale mężczyzna myśli, że jak się tak natyra, może w końcu szef go doceni, powie, że jest najcenniejszym pracownikiem, diamentem. I rzecz jasna to pomaga. Oczywiście, tak jak we wszystkich uzależnieniach, na chwilę, bo potem, gdy siedzi do 24. w pracy, następnego dnia jest niewyspany i rozdrażniony.

- Ale może być i tak, że właśnie dlatego, że ojciec zasuwał, jego syn powie "nie!"?

- Może tak być, ale jest to trudne. Nie chodzi tylko o to, że ojciec zasuwał w pracy (bo jeżeli np. był robotnikiem w fabryce, musiał z niej wyjść, gdy kończyła się jego zmiana). Ważne jest, co robił po powrocie do domu. Mógł umieć się bawić, cieszyć, znajdował czas na rozmowy, na spotkania z kolegami, na wyskoczenie z nimi na piwko (ale nie po to, by się "narąbać", tylko by miło spędzić czas). Taki ojciec nie był pracoholikiem. A mogło być tak, że przychodził do domu i nie miał czasu na rozmowy, na zabawę, bo stale był czymś zajęty. I gdy przychodziła niedziela po południu, a nie było rodzinnego spotkania, odczuwał niepokój. Najistotniejsze są proporcje pomiędzy pracą, odpoczynkiem, zabawą. Ważne jest, by radość i satysfakcja płynęły z wielu źródeł. Jednak trudno to osiągnąć, gdy miało się ojca, który co prawda o 13. wychodził z fabryki, ale potem bez końca grzebał w ogródku.

- Ale sporo mężczyzn w ten sposób się relaksuje.

- Nie jest ważny rodzaj aktywności po pracy, tylko nasze podejście do niej. Jeżeli ktoś bawi się, sadząc nowe kwiatki i odstresowuje się, pieląc chwasty, to nie jest to pracoholizm. Natomiast jeżeli ktoś robi to, bo musi, trudno mówić o jakimkolwiek relaksie. Gdy patrzymy na te dwie osoby z boku, wyglądają tak samo - i jedna grzebie w ziemi, i druga. Tyle tylko, że zupełnie inne są ich intencje. Jedna usiłuje sprostać jakimś standardom i ciągle jej się to nie udaje. I wówczas nie ma różnicy pomiędzy pracą w biurze, która jest nigdy nie zrobiona, a pracą na działce, która jest zawsze spóźniona. A druga osoba: podleje - to świetnie, nie podleje - może trochę szkoda, ale w końcu to tylko działka. I dla każdej z tych osób praca na działce oznacza co innego, nawet jeśli ich ogródki wyglądają tak samo. Więc pracoholizmu nie możemy poznać po działaniu, tylko po intencji, która mu towarzyszy.

Więcej o: