Nasza kamera stoi na ziemi

Film z Planete Doc Review

Kobiety

Marie: Tamtego dnia szłyśmy z innymi kobietami na drugą stronę półwyspu z koszykami na plecach. Nagle otoczyli nas żołnierze. Kilku chwyciło mnie za szyję, inni w talii. Bałam się, że mnie zabiją. Zdarli ze mnie ubranie. Wszystko podarli na strzępy. Wstydziłam się i próbowałam się okryć. Tutaj to nie jest normalne, żeby kobieta chodziła nago i żeby musiała powiedzieć mężowi, że ją zgwałcono.

Mapenzi (lat 13): Poszłam po opał. Wracałyśmy tą samą drogą co zawsze. Zobaczyłyśmy mężczyznę, który biegł za nami. Powiedział, że ukradłyśmy jego orzechy palmowe. Odpowiedziałyśmy, że szukałyśmy drewna. Zaczęłyśmy uciekać, a on nas gonił. Potknęłam się o dziurę. Powiedział: 'Wolisz umrzeć czy spać ze mną?'. Powiedziałam: 'Zrób ze mną, jak wolisz'. Zarzucił na mnie nogę, a potem mnie wziął.

Masoka: Było ich wielu, przyszli z gór. Dzieci były na zewnątrz i krzyczały: 'Mamo, oni nas zabiją!'. Najpierw zabrali pieniądze. Potem zbili mnie na miazgę. Byłam wykończona, przyszpilili mnie do ziemi. Jeden z nich kopnął mnie w żołądek, drugi mocno naciskał - o, tu (Masoka pokazuje na podbrzusze). Krzyknęłam: 'Jestem w ciąży, nie zabijaj mnie!'. Zaczęłam się trząść i płakać. Następnego dnia poroniłam. Nie myją się, ich ubrania są pełne wszy i gwałcą. Dlatego myję się zawsze, gdy czuję ten zapach.

Kraj

40 kobiet zostanie dzisiaj zgwałconych na terenie Demokratycznej Republiki Konga (DRK).

Zazwyczaj są to gwałty grupowe. Często na oczach rodziny, sąsiadów. Kto się sprzeciwi, zginie. Gwałt to nie wszystko. Dochodzą okaleczenia, obcinanie piersi i wycinanie genitaliów.

'Wystarczy. Tak rozmawiać nie będziemy'. Blokada na informacje o zbrodniach i okrucieństwie to automat. Oszczędza frustracji i bólu. Konflikt w Demokratycznej Republice Konga - jak większość problemów Afryki - szczególnie łatwo odrzucić. No bo jak zrozumieć kraj, w którym pomimo pokoju zawartego w roku 2003 wschodnia część kraju pozostaje pod wpływem 60 różnych siejących spustoszenie grup rebelianckich? W którym animozje między plemionami mają wagę podobną tej między sąsiednimi Hutu i Tutsi, którzy zresztą przenieśli swe walki do DRK? W którym niezależnie od pochodzenia wszyscy bojownicy z armią narodową na czele jako broń wykorzystują gwałt?

Dwie osoby

- Każdy się w czymś dobrze sprawdza. My od sześciu lat jeździmy do DRK, gdzie zajmujemy się przemocą wobec kobiet i przychodzi nam to stosunkowo łatwo. Przynajmniej dotychczas.

- Jak tylko okaże się, że obcowanie z tymi historiami jest już dla nas za trudne, to prawdopodobnie przestaniemy. Ale dopóki mamy poczucie, że wciąż możemy wysyłać w świat kolejne filmy, to będziemy to robić.

Siedzę w modnej amsterdamskiej knajpie. Na przeciwko mnie dwie pary identycznych błękitnych oczu identycznie podkreślonych czarną kreską, dwa smukłe nosy i pociągnięte błyszczykiem usta. Różnica osiadła gdzieś na krawędziach owalu twarzy. Isle ma o milimetry bardziej pociągłą. Na całe szczęście Femke ma lekką trwałą.

- Wydaje mi się, że znalazłyśmy zdrowy sposób pracy nad tym tematem. Ciężko to wyjaśnić - stwierdza Femke.

- To wszystko jest bardzo skomplikowane, ale nie mamy poczucia, że to sytuacja bez wyjścia - automatycznie przejmuje głos Isle. - Po pierwsze, znamy Kongo coraz lepiej, zgłębiamy kolejne warstwy konfliktu. Po drugie, skupiamy się na człowieku. To ludzie dają nam motywację do pracy. Są niezwykle silni.

- No i pracujemy razem. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym to robić sama albo z kimś innym - dorzuca Femke.

- Mamy dokładnie takie samo podejście do pracy, pracujemy dużo i ciężko. Dużo rozmawiamy, to jest nasz wentyl.

- No tak, jesteśmy bliźniaczkami. Ale nie jedną osobą.

Premiera dyplomu

Gdy były małe, Isle chciała zostać weterynarką, Femke - pracowniczką zoo. Zmęczone przymusową symbiozą rozdzieliły się przy pierwszej możliwej okazji. Gdy skończyły 17 lat, wyjechały do dwóch różnych miast studiować... ten sam kierunek. Cultural and social development (kulturowe i społeczne badania nad rozwojem). - Żeby było jasne, nie licząc domu rodziców, nigdy nie mieszkałyśmy razem - podkreśla Femke. - Wspólne mieszkanie to zakazane rewiry. To nie byłoby zdrowe - dodaje Isle. - Ale próba całkowitego rozdzielenia oczywiście się nie powiodła.

Gdy nadeszła pora na pracę licencjacką, żadna z sióstr nie miała ochoty na pisanie. Wymyśliły więc, że zrobią film. Jako temat pracy wybrały południowoafrykańskie dzieci ze slumsów, które prowadzą swój program w radiu. Femke spędziła już sześć miesięcy w RPA (w tym czasie Isle była na stażu w Nowej Zelandii.) Kupiły półprofesjonalną kamerę Sony VX 1000, napisały miniscenariusz i pojechały. O robieniu filmów wiedziały tyle, że jest ciekawsze niż pisanie pracy dyplomowej. No, może miały trochę wyszkolone oko, bo lubiły robić zdjęcia.

Na miejscu okazało się, że wszystko idzie jak po maśle. Najbardziej naturalne okazało się nawiązywanie kontaktu. - W jakiś tajemniczy dla mnie samej sposób budzimy zaufanie w ludziach w rekordowym tempie. Jesteśmy uczciwe, ale czasami naprawdę się zastanawiam, czemu nam ufają tak od razu.

Swój pierwszy, 20-minutowy, film dokumentalny pokazały na Afrika Film Festival w Amsterdamie. Cała sala ludzi, po projekcji dyskusja. Szok. - Gdybyśmy napisały pracę pisemną, przeczytałyby ją może ze trzy osoby!

Angola

Od tego momentu w ciągu dnia zajmowały się filmem, a wieczorami zarabiały na życie, pracując w tej samej restauracji.

Gdy w 2001 roku Holandia wprowadziła zmiany w prawie dotyczącym nieletnich uchodźców, Isle i Femke rozpoczęły pracę nad drugim filmem. Zmiana polegała bowiem na tym, iż ci młodzi, którzy skończyli 18 lat, a w ich ojczyznach panował już pokój, musieli wrócić do domu. - Rodzice tych dzieci mieli do wyboru: albo ich dzieci zostaną i pójdą na front, albo spróbują je wysłać do kraju, w którym będą bezpieczne. Aby osiągnąć ten cel, wymyślano historie o tym, że rodzice zginęli na wojnie, a dzieci zostały bez opieki i środków do życia.

- W filmie wracamy z nimi do rodzinnych stron i okazuje się, że z trójki naszych bohaterów tylko jedna dziewczyna nie ma rodziców. Ale czy mamy prawo oceniać takie zachowanie? Każdy rodzic zrobiłby dla swojego dziecka to samo - tłumaczy Femke.

Podczas pracy nad 'Powrotem do Angoli' wyklarowała się podstawowa zasada pracy sióstr van Velsen. Zasada, która będzie wyróżniać ich filmy na tle innych dokumentów. - Nieletni uchodźcy mają opiekunów, którzy bardzo często wypowiadają się w ich imieniu, tak samo politycy, wszyscy mówią za nich. Nikt nie pyta u źródła. Więc my oddałyśmy im głos. Zrobiłyśmy film o nich i tylko o nich. Żadnych ekspertów, żadnych ludzi, którzy mówią im, co powinni zrobić i co czują. Zrozumiałyśmy, że musimy się trzymać jak najbliżej naszych bohaterów. To oni są ekspertami.

Mężczyźni

Mąż Marie: To po prostu nie do pomyślenia, że dzielę żonę z kimś z plemienia Burundi. Tak jej powiedziałem. 'Wracaj do rodziny. Uwalniam cię i nie chcę z powrotem mojego posagu'.

Ojciec 13-letniej Mapenzi: Każdy wie, co jej się stało. Kiedy ludzie o tym mówią, robi się smutna i zła. Zaczyna płakać. Właśnie w takim stanie jest teraz moje dziecko. Zostanie prostytutką, bo mężczyźni wiedzą, że nie jest już dziewicą.

Mąż Masoki: Nasze drogi rozeszły się. Moja rodzina chciała, żebyśmy zostali razem, ale odmówiłem. Ona też tego chciała. Kobiety takie są. Straciłem pieniądze, moje dziecko i do tego ją zgwałcili. Musiała odejść na zawsze.

Kobietobójstwo

Podczas pobytu w Angoli Femke i Isle pojechały do obozu uchodźców z Konga niedaleko granicy. Tam pierwszy raz usłyszały o masowych gwałtach i niekończącej się przemocy wobec kobiet. Zaczęły rozmowy z organizacjami i dziennikarzami w Angoli. Dopiero jednak gdy wróciły do Holandii i okazało się, że nikt o tym nie mówi, zrozumiały, że o tym musi być ich kolejny film.

Raporty, które zaczęły czytać we wstępnej fazie przygotowań, to jaskrawe dowody na to, jak słuszne jest sławne już zdanie wypowiedziane trzy lata później przez byłego dowódcę sił ONZ w Kongu Patricka Cammaerta: 'Podczas konfliktu zbrojnego dużo niebezpieczniej jest być kobietą niż żołnierzem'. Eve Ensler, znana z dramatu 'Monologi waginy' oraz z zaangażowania w pomoc ofiarom gwałtów wojennych najpierw w Bośni, a teraz w Kongu, nazywa to, co się dzieje, kobietobójstwem. Systematyczną destrukcją kobiet. Ekonomiczną wojną odbywającą się na ciałach kobiet.

- Gwałt jest najtańszym i najbardziej efektywnym narzędziem walki - tłumaczy Isle. - Nic nie kosztuje, a niszczy społeczności w niewiarygodnie skuteczny sposób. Strach i hańba spadają na rodziny jak granat. Rozkładowi ulegają całe wspólnoty. Bardzo często grupowe gwałty, których celem jest zastraszenie i zdemoralizowanie społeczności, charakteryzują się niezwykłym okrucieństwem przejawiającym się wciskaniem do wagin potłuczonych butelek, noży, strzelaniem w krocze. Ofiarami są nawet dzieci poniżej dziesiątego roku życia. Kobiety bywają też porywane do obozów, w których służą jako niewolnice i są gwałcone kilka razy dziennie. Wiele z nich wykrwawia się na śmierć. Te, którym uda się dotrzeć do szpitala, czeka wiele operacji rekonstruujących zniszczone narządy.

Gdy stan zdrowia kobiety nie wymaga leczenia, niemal na pewno zostanie wygnana przez męża z domu, najczęściej z dziećmi. Jedynym rozwiązaniem jest powrót do rodziców, o ile nie zginęli podczas walk. No i jeśli ją przyjmą. Czasem nawet własna rodzina odrzuca ofiary gwałtu. Wtedy najczęściej trafiają na ulicę.

- W Kongo kobiety są obywatelami drugiej kategorii, w zasadzie nie mają żadnych praw. Podstawą gwałtów jest właśnie brak poszanowania kobiet. Przykrą prawdą jest to, że mało który mężczyzna widzi coś złego w przymuszaniu kobiet, szczególnie żon, do seksu - mówi Isle.

- Ale nie możemy zapominać, że walka o prawa kobiet miała i ma miejsce wszędzie na świecie, również w Europie. Kobiety w Holandii wciąż muszą walczyć, bo na najwyższych stanowiskach nadal jakimś cudem znajdują się mężczyźni. Nam się jeszcze nie udało, a więc w Afryce też to musi zająć jakiś czas. - Przecież jeszcze 20 lat temu na demonstracjach rozdawano chłopakom ulotki z napisem: 'NIE znaczy NIE' - dorzuca Femke.

Nadzieja

Mąż Marie: Jeżeli mężczyzna pozostanie ze zgwałconą kobietą, nie zazna spokoju. Kiedy idzie ulicą, ludzie patrzą i pokazują go palcami. Nie czuje się swobodnie. Nawet między przyjaciółmi. Mówią: 'To ten, co dzieli żonę z żołnierzami?'. Zemściłem się na żonie, odsyłając ją. Ale poczułem, że to ważne, bym do niej wrócił. Teraz jestem z żoną mimo trudności. Bo to nie była jej wina. Już nie czuję wstydu.

Mąż Masoki: Jej rodzina radziła mi, żebym pozwolił jej wrócić. W końcu pomyślałem: mamy dzieci. Jeśli jej nie przyjmę i nie będę miał pieniędzy, nie będzie mi łatwo poślubić inną kobietę, by zajęła się dziećmi. Przebaczyłem jej. Zostawiłem to za sobą.

Mobilne kino

- Gdy skończyłyśmy film 'Przerwać milczenie', wiele organizacji kobiecych pytało, czy może wykorzystać film w celach edukacyjnych. Zachowanie mężów Marie i Masoki może być przecież przykładem dla innych. Bardzo nas to ucieszyło. Wymyśliłyśmy, że trzeba stworzyć kino, które dotrze do jak największej liczby osób. A zatem musi być ruchome. Tak powstał projekt 'Mobile Cinema'. Wystąpiłyśmy o jego sfinansowanie i dostałyśmy grant od Amnesty International. To pierwsze ruchome kino w Kongu.

- Projekt działa od półtora roku i dotarł do 300 tys. osób. Oprócz filmów organizowane są warsztaty, między innymi dla mężów i żon dotkniętych gwałtem. Zanim jednak podjęły jakiekolwiek decyzje, pojechały do Konga odwiedzić każdą osobę, która wystąpiła w filmie. - Reakcje były niesamowite. Wielkim zaskoczeniem było już samo to, że wróciłyśmy. Zazwyczaj nikt do nich nie wraca z ostatecznym wynikiem. Gdy obejrzały film, pytałyśmy, co o nim sądzą i co chcą z nim teraz zrobić. Okazało się, że kobiety same proponowały, żeby to pokazać w Kongu. Zdecydowały się, bo chciały pomóc.

- Czułyśmy dumę, że tak bardzo się utożsamiły z filmem. Byłyśmy przygotowane na zmiany, a okazało się, że musiałyśmy jedynie wyciąć kilka wulgarnych słów i dodać tłumaczenie, gdy ktoś mówił po francusku. Potem dodałyśmy jeszcze 10 minut o HIV na prośbę organizacji pozarządowych.

- W naszych filmach nie ma narratora, nie ma białych ludzi, są tylko Kongijczycy ze swoim życiem, swoimi historiami. I to zadziałało. Ludzie czasem komentują, że chcieliby zobaczyć szerszą perspektywę, ale to nie jest sposób, w jaki my opowiadamy historie. Nasza kamera stoi na ziemi.

- Chcemy być blisko ludzi, bo to z innymi można się utożsamić. Jako istoty ludzkie jesteśmy mniej więcej tacy sami, możemy inaczej wyglądać albo inaczej mówić, ale potrzeby mamy te same. Każdy z nas może się zmienić z normalnej osoby w potwora, jak mówią bohaterowie filmu - w zwierzę.

Zwierzęta

Alain Kasharu, były członek Mai Mai: Stała nad rzeką i prała ubrania. Nastraszyłem ją, przeładowując broń trzy razy. Sam dźwięk broni wystarczył. Rozłożyliśmy jej nogi. Zdjęliśmy ubrania, trzymaliśmy ją mocno. Jeden z nas zatkał jej usta kawałkiem szmaty. Jak każdy z nas skończył, zbiliśmy ją i poszliśmy.

W swoim kolejnym filmie 'Gwałt na wojnie' Ilse i Femke rozmawiają ze 'zwierzętami'. Jest to film o gwałcicielach.

- Gdy skończyłyśmy film, ze szczególną uwagą czekałyśmy na ogłoszenie listy filmów wyselekcjonowanych na Human Rights Watch Festival w Nowym Jorku i Londynie. To bardzo ważne festiwale. W lipcu 2009 roku HRW opublikował nawet pierwszy w historii raport dotyczący oprawców właśnie. Niestety, okazało się, że nasz film nie został wybrany. Poprosiłyśmy o wyjaśnienie. Głównym zarzutem było to, że dajemy głos oprawcom i zbytnio uczłowieczamy gwałcicieli. Tak jakby to nie byli ludzie! Potem, podczas wizyty w Human Rights Council w Genewie, dowiedziałyśmy się, że żołnierze ONZ odbierają nasz film podobnie jak został odebrany przez HRW.

- Po latach pracy w Kongu zaczynała w nas narastać frustracja, że nic się nie zmienia, że jest coraz gorzej. Nie mogłyśmy zrozumieć, czemu nikt nie bada winnych. Nie zadaje pytań: kim są sprawcy i dlaczego to robią?

- Wszyscy skupiają się na ofiarach, nawet nie na rodzinach, dzieciach, które są również ofiarami. Niestety, jest to też kwestia finansowa: kto da pieniądze na pracę z oprawcami? O wiele łatwiej o fundusze dla ofiar.

- Może to nie jest łatwe do przyjęcia, ale to rzeczywistość, pokazujemy prawdę. Ludzi ukrytych w oprawcach.

Ludzie

Alain: Byłem sprzedawcą, ale źle mi szło, do tego narzeczona mnie opuściła. Wściekłem się i dołączyłem do rebeliantów. Trenowali nas sześć miesięcy. Na początku ludzie nas wspierali. Walczyliśmy za nich, ale nikt nam nie płacił. Gdy odmówili pomocy, zaczęliśmy sami sobie radzić. Plądrowanie i gwałcenie to była nasza strategia. Gdy kładę się spać, myślę o wszystkich złych rzeczach, które zrobiłem. Mój mózg nie działał jak mózg normalnych ludzi. Byłem jak dzika bestia. Nie miałem świadomości, nie potrafiłem odróżnić dobra od zła.

- Gdy robiłyśmy 'Przełamać milczenie', zdarzało nam się płakać podczas słuchania historii kobiet. Szczególnie przy 13-letniej Mapenzi. Wywiady do 'Gwałtu na wojnie' były zupełnie inne. Czasem czułyśmy się okropnie, słuchając opowieści o tym, co robili kobietom. Jednocześnie zrozumiałyśmy, że gdy żołnierze wracają z frontu, w głowie mają okropieństwa, które widzieli.

- W normalnych warunkach żołnierze są wysyłani na front na jakiś czas, a potem wracają, żeby odzyskać równowagę. Granica między wojną a normalnym życiem jest zachowana. Wschodnie Kongo jest polem walki od 16 lat. Gdy po roku albo dwóch członek danej partyzantki wraca do domu, wojnę niesie ze sobą. Stąd przemoc w domach, brutalizacja społeczeństwa.

Od 2003 roku, czyli od zawarcia pokoju między DRK, Ugandą i Ruandą, rząd postanowił wcielić byłe grupy rebelianckie do Armii Narodowej. Niestety, nie wszystkie grupy się na to zgodziły. A te, które wkroczyły w szeregi państwowej armii, bardzo często są rozczarowane. Wielu nie ma dostępu do wody, jedzenia, odpowiedniego wyposażenia. Ich pensje są bardzo niskie (od 41 do 73 dol. miesięcznie) i na dodatek często do nich nie docierają.

- Wojny w Kongu zabrały 5,4 mln ofiar. Im dłużej tam jesteśmy, im więcej wiemy, tym ważniejsze staje się pytanie: dlaczego sytuacja jest tak beznadziejna? Dlaczego największa ONZ-owska misja składa się z Hindusów i Pakistańczyków, a nie Amerykanów i zachodnich Europejczyków, którzy są lepiej wyszkoleni i mogliby coś zmienić? Nieszczęściem Konga jest to, że ma jedną trzecią diamentów na świecie, jej ziemie kryją złoto, uran, miedź oraz przede wszystkim 80 proc. światowych zasobów koltanu, surowca niezbędnego do produkcji telefonów komórkowych i komputerów. Gdy kraj pogrążony jest w chaosie, wydobywanie ich za półdarmo jest banalnie proste. Zachodnie kraje na tym zyskują. Realistyczne pytanie brzmi zatem: czy chcemy zmienić sytuację w Kongu? - podsumowuje Ilse. - Dlatego nasz kolejny film będzie właśnie o wydobywaniu surowców.

Raport ONZ z 2002 roku stwierdza: 'Nie ma koltanu ze wschodu Demokratycznej Republiki Konga, którego wydobycie nie wspierałoby grup partyzanckich lub obcych wojsk'. Podczas drugiej wojny kongijskiej (1999-2002) armie Ruandy, Ugandy i Burundi niewiarygodnie wzbogacały się na nielegalnym wydobywaniu surowców. Na samym koltanie armia ruandyjska zarabiała 20 mln dol. miesięcznie. Nielegalne wydobywanie koltanu przez państwa ościenne trwa do dziś.

Plan ewakuacji

Nie boicie się podróżować po tak niebezpiecznych terenach?

- Jedno jest pewne - bardziej prawdopodobne jest, że coś nam się stanie podczas jazdy samochodem, niż to, że zaatakuje nas jakaś bojówka. Serio, jeżdżenie w Kongu jest bardzo niebezpieczne. Zawsze mamy kierowcę, inaczej trudno by było wynająć samochód. Niestety, kongijscy kierowcy jeżdżą jak szaleni. Kilku musiałyśmy zwolnić, jeden na przykład zasnął za kierownicą.

- Wynajęty samochód to część zabezpieczenia na wypadek, gdyby coś się jednak przydarzyło. Pracujemy na terenie konfliktu, wiemy, że sytuacja może się zmienić w każdej chwili. Ale w Kongu nie jesteśmy celem, nikt nie porywa w Afryce białych ludzi. Tam możemy pracować w zasadzie bez ograniczeń. Choć zdaję sobię sprawę, że to się może zmienić, gdy zaczniemy pracę nad filmem o surowcach.

- Dziennikarze, którzy przylatują na trzy dni, mają więcej problemów. My mamy czas. Oni nie zawsze mają odpowiednie papiery, wjadą gdzieś bez pozwolenia i lądują w kłopotach, ale to ich wina. Gdy robiłyśmy pierwszy film, policja zgarniała nas na posterunek i przetrzymywała w nadziei, że coś im zapłacimy. Ale gdy po trzech godzinach okazywało się, że nie zamierzamy płacić, wypuszczali nas.

- Do tej pory nie byłyśmy w żadnej niebezpiecznej sytuacji, jesteśmy czujne. No i zawsze mamy plan ewakuacji. Rozmawiamy z ekipą, sprawdzamy, jaka jest najlepsza i najszybsza droga do granicy z Ruandą albo gdzie są najbliższe brygady ONZ. I to my zawsze trzymamy kluczyki.

Pojednanie?

Alain: Boję się, jak zareaguje. Ale jeśli zechce usłyszeć, co mam do powiedzenia, wtedy, mam nadzieję, zapomni, jak bardzo mnie nienawidzi. Mam też dla niej prosię. Kupiłem je za 15 dol. Za rok można za nie dostać 100.

- Alain mieszkał w tej samej okolicy co dziewczyna, którą zgwałcił. Obawiał się, że może ją spotkać przez przypadek na targu. Zwrócił się do lokalnej organizacji, która pomaga ofiarom gwałtów i mediuje przy pojednaniach ofiary ze sprawcą. Długo jej szukali. Gdy w końcu znaleźli, pięć razy przychodzili, zanim się zgodziła. Powiedziała, że spotka się z nim w nadziei, że to pomoże uleczyć jej serce. Rozmawiali trzy godziny, na koniec zjedli razem posiłek. Tego nie ma w filmie. Mówiła nam potem, że powiedziała mu wszystko, co chciała, i że to jej pomogło. Od organizacji wiemy też, że była dumna, że mogła dać rodzinie prosię. Ale jej sytuacja się nie zmienia. Nadal żyje ze stygmatem. Dlaczego nie zdecydowała się na pozwanie go do sądu?

- Niestety, system sądowniczy praktycznie nie funkcjonuje. Mimo że od 2006 roku istnieje bardzo szczegółowe prawo penalizujące różne formy przemocy seksualnej - najwyższa kara to 20 lat więzienia - odsetek skazanych jest żałośnie mały. Na dodatek nawet jeśli uda się kogoś zamknąć, po dwóch dniach najprawdopodobniej się wykupi. Bezkarność to kolejny powód, dla którego gwałty się nie kończą. Właśnie pracujemy nad filmem o kongijskim systemie sądowniczym.

- Zanim go zrobimy, musimy jeszcze skończyć edukacyjny film dla kongijskiego wojska. Tym razem musimy dużo zmienić. Chodzi nam o to, żeby jak najlepiej dotrzeć do żołnierzy. Żeby zaczęli mówić, bo teraz wszystko trzymają w sobie. Rozmawiamy z psychologami, z holenderskimi żołnierzami, szukamy sposobu, żeby ich otworzyć, żeby mogli się zmierzyć ze swoją traumą. Pominiemy też wątek pojednania. Takie rozwiązanie jest możliwe tylko w niektórych przypadkach. Naszym przesłaniem będzie informacja: gwałt to zbrodnia, za którą grozi 20 lat więzienia.

Nowa generacja

Nasz czas dobiega końca. Dziewczyny muszą wracać do pracy, żeby przygotować wystąpienie na Africa Day, który odbędzie się jutro w Hadze. Już za chwilę wsiądą na rowery i pojadą każda do swojego mieszkania będącego jednocześnie miejscem pracy. Biuro to strata pieniędzy. Poza tym siostry zdecydowanie wolą pracę na odległość. Jak dużą? Dziesięć minut na piechotę. Ale to czysty przypadek, po prostu Ilse znalazła mieszkanie w tej samej okolicy. To bardzo wygodne, ponieważ nie muszę płacić podwójnie za parking. Bo samochód mają jeden. - Wasza działalność wygląda bardziej jak program organizacji pozarządowej niż firmy producenckiej, którą w końcu założyłyście.

- To jest specyfika nowej generacji reżyserów. Dawniej film powstawał, był pokazywany i już, robisz następny. Teraz filmów dokumentalnych nie robi się dla samego filmu. My chcemy nim wpływać na świat. Nie przeszkadza nam, jeśli film nie jest idealny. Ważne, czy budzi świadomość. Dla nas film to początek, tak naprawdę wszystko się zaczyna, gdy film jest skończony, wtedy mamy narzędzie, żeby działać. 'Gwałt na wojnie' pokazujemy w ONZ, w maju jedziemy do Waszyngtonu.

- Jesteśmy aktywistkami, ale nie chcemy mieć organizacji pozarządowej. Dużo inicjujemy, ale nie mieszkamy w Kongu. Po pierwsze, dzięki temu mamy wciąż siłę, nie wypalimy się tak szybko. Po drugie, naszym zdaniem tym powinni zajmować się lokalni ludzie, oni najlepiej znają kontekst, swoją kulturę. Poza tym praca dla organizacji może wypaczyć perspektywę. Nam nie zależy na żadnej z interpretacji. Jesteśmy po to, żeby pokazać wszystko tak, jak jest.

Więcej o: