Akcja 5 kg w dół: pochwała niekonsekwencji

Już piąty tydzień żyję na diecie i poddaję moje ciało torturom na siłowni. Za sobą mam kilka dołów i słabszych chwil, które - patrząc z perspektywy czasu - nie złamały mnie tylko sprawiły, że staram się bardziej.

Ja, Robot

Pięć dokładnie zbilansowanych posiłków. Żadnego podjadania, próbowania, opalania się światłem otwartej lodówki. Jedzenie spoza moich miseczek i pudełeczek - a nie pochodzące z innego źródła niż pierwszy i drugi testowany catering - w ogóle nie powinny dla mnie istnieć. I w sumie nie istniały. Przetrwałam sobotni wypad pod miasto - nie dałam się namówić na bogatą ofertę i smakołyki serwowane w jednej z lokalnych małych restauracji.

Dzielnie przetrwałam trzy wyjścia na przyjęcia urodzinowe, dwie imprezy (jako niepijąca pełniłam zaszczytną funkcję kierowcy) oraz imieniny. Raz poszłam na kompromis - z okazji urodzinowego obiad u babci zamroziłam "mój posiłek" i starałam się skomponować lekkie i niezbyt kaloryczne zastępstwo z półmisków postawionych na stole.

 

Sałata z wątróbką i malinami. Podobno była pyszna... Fot. Archiwum prywatne

Koleżanki z pracy mnie wspierały, rodzina była lekko obrażona - bo jednak to moje osobne stołowanie zachwiało nieco harmonią rozregulowanego życia spożywczego domowników. Ja sama byłam z siebie dumna. Bo jak cyborg chodziłam idealnie jak w zegarku.

Na legalu

W czwartym tygodniu przyszedł jednak dzień "dyspensy". Zupełnie nieoczekiwanie, złapał mnie z zaskoczenia. Około 19 poczułam, że muszę odpuścić. Muszę, bo ta cała presja zaczyna mnie przerastać. Męczy mnie wzorowe trzymanie się diety. Musiałam pójść za głosem serca (i żołądka) i natychmiast zjeść coś bardzo kalorycznego. I tak - ja - osoba dla, której słodycze mogą nie istnieć - stanęłam przed kuchenną szafką, którą mój mąż i syn współdzielą, a zapełniają słodyczami. Potem jeszcze pobuszowałam w lodówce i oto, co w ciągu kwadransa wchłonęłam z ogromną przyjemnością (według kolejności znikania): Twix, Milky Way, piwo Raciborskie, szynkę zawijaną w środku z chrzanem, półtorej kajzerki grubo posmarowanej masłem osełka. Mniam, chociaż jak teraz to piszę, to raczej czuję, że blah.

 

Twix poszedł na pierwszy ogień. Fot. Archiwum prywatne

Bez ściemy

Wcale się nie kryłam z moim chwilowym odstąpieniem od diety. Znajome śmiały się, że zrobiłam sobie Dzień Jokera, rodzina także jakoś przychylniej na mnie spojrzała - że jednak człowiek jestem, nie maszyna do odchudzania.

Normalnie w takiej sytuacji wiele znanych mi kobiet się poddaje. Następnego dnia odpuszczają dietę i zawieszają wszelkie aktywności - aż do kolejnego poniedziałku, kiedy tym razem już na pewno przechodzą na dietę i będą już konsekwentne. Ale szczerze, czy te dodatkowe i jednorazowe 600 kalorii (zgaduję w ciemno, że o takiej liczbie mówimy) to powód do poddania się? O nie! Upadłam, najadłam się, głowa odetchnęła, a ja następnego dnia karnie wsuwałam sałatki i walczyłam 45 minut na orbitreku.

Wiem także, że Joker może zaatakować powtórnie, bo chodzi mi po głowie czeskie danie serwowane w knajpie, którą mam za rogiem - smażeny syr z omastą i frytkami. Pewnie ma z 600 kalorii, ale czymże jest ta liczba w obliczu radości i satysfakcji z jedzenia? Czasami dobrze pójść na kompromis z samym sobą i być niekonsekwentnym.

PS Wierząc lub nie w ich skuteczność, mam także kilku cichych sprzymierzeńców. Kawę (bo ukochanej latte na chudym mleku nie piję), kurację od Inneov oraz aminokwasy na mięśnie (te piguły są tak wielkie, że łykając je za każdym razem nie mam pewności, czy wyjdę z tego żywa). Działam kompleksowo, ale wiem doskonale, że bez ruszenia się i zmiany diety to cudów nie ma...

 

Fot. Archiwum prywatne

Więcej o: