"Chciałam, żeby rak dał mi coś pozytywnego, a nie tylko wszystko zabierał" - wspomnienia o Magdalenie Prokopowicz

Magdalena Prokopowicz kojarzona jest z rakiem, miłością i macierzyństwem. Najpierw zachorowała, później się zakochała i pomimo choroby urodziła dziecko. Oprócz Leona, jej dzieckiem była także fundacja Rak'n'Roll. Odważna, szczera, piękna, niezłomna - taka jest Magda Prokopowicz w książce "Magda, miłość i rak".

"Magda, miłość i rak" ma trzech autorów i bohatera negatywnego - nowotwór. Książka składa się z rozmów, które z Magdaleną Prokopowicz odbyła autorka filmu o niej - Alina Mrowińska, fragmentów bloga oraz rozmowy Bartkiem Prokopowiczem. Wspólnym mianownikiem ich wszystkich jest bolesna czasami szczerość, otwartość i - przebijająca pomimo braku szczęśliwego zakończenia - nadzieja.

Pierwszy był rak

Magdalena Propokopowicz o raku dowiedziała się, gdy miała 27 lat. Na nowotwór zmarli jej rodzice. - Nie do końca pamiętam moich rodziców - wspomina w książce. - Miałam czternaście lat, kiedy zmarł tata. Pięć lat później odeszła mama. Oboje chorowali na raka. Dużą część swojego dzieciństwa spędziłam u rodziców w szpitalu. Mama leczyła się przez siedem lat na raka piersi z przerzutami. Pamiętam, jak bardzo się męczyła .

Zmiany w piersi Magdalena wyczuła podczas brania prysznica. - Poczułam potworny strach. Podświadomie wiedziałam, że to coś bardzo złego. Zadzwoniłam do brata. Kiedy jechałam na badania do szpitala, strasznie płakałam, byłam przerażona. Niewiele pamiętam z tamtego dnia. Wszystko działo się bardzo szybko .

Mammografia, biopsja, już na trzeci dzień operacja. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, czy to jest nowotwór złośliwy, czy może jakiś włókniak. Pocieszano mnie, że to na pewno nic groźnego, że jestem za młoda, żeby mieć raka. Niestety, badanie śródoperacyjne pokazało, że mam raka... Wycięto tylko guzek, oszczędzono pierś. Ale kolejne badania nie przyniosły dobrych informacji. Rak miał najwyższy stopień złośliwości - G3. Zaraz po wygojeniu ran zrobiłam mammografię i okazało się, że w drugiej piersi też mam raka, rozsianego... Wydawało mi się, że rak jest już w całym moim ciele, że nie ma ani jednego wolnego miejsca, w którym by się nie rozpychał. Pożerał mnie. A ja nie mogłam go zatrzymać .

Przez półtora roku od postawienia diagnozy Prokopowicz leczyła się niekonwencjonalnymi metodami. Na zmianę taktyki walki z rakiem wpłynęła miłość.

"Im bardziej jestem chora, tym kolorowiej się ubieram". Fot. Jacek Poremba

Od pierwszego dotyku

To nie była miłość od pierwszego wrażenia, ale od... pierwszego dotyku... - Kiedy Bartek dotknął mojej ręki, poczułam niesamowite przeszycie całego ciała - wspomina w rozmowie. - Absolutne szczęście, spokój, spełnienie. Jakbym odnalazła dom. Całą sobą, ciałem, duszą, sercem czułam, że to jest miłość. Że dzieje się coś wielkiego, pięknego, niezwykłego. Kiedy wieczorem wróciłam do siebie, miałam wrażenie, że fruwam. Świat wirował, miał niesamowite kolory, zapachy. Nie mogłam spać. O czwartej w nocy Bartek przysłał mi SMS: "Czy chciałabyś ze mną spędzić życie?". Czułam to samo, co on. Następnego dnia robił jakąś reklamę i z planu zdjęciowego wysyłał mi dziesiątki SMS-ów. Chyba w czterdziestym zapytał, czy zostanę jego żoną i czy chcę mieć z nim dziecko .

Ciążę potraktowali jako znak losu, przeznaczenie, cud. - Czułam, że dzieje się we mnie coś niezwykłego. Spadł pierwszy śnieg, byliśmy z Bartkiem w Centrum Onkologii na pierwszej biopsji. A wieczorem szliśmy na kolację do "Ale Glorii" świętować moje urodziny. Wychodząc z domu, odruchowo włożyłam do torebki test ciążowy. W restauracji poszłam do toalety i nie myliłam się, byłam w ciąży! Nie mogłam uwierzyć, kiedy patrzyłam na dwie różowe kreseczki! W dniu moich urodzin! Pierwszej biopsji! (...) Myśleliśmy, że nie mogę mieć dzieci. Po pierwszej operacji farmakologicznie wprowadzano mnie w stan menopauzy .

"Macierzyństwo to stan absolutnie magiczny. To drzwi do raju życia". Fot. Jacek Poremba

Zobacz wideo

Mama bez cienia wątpliwości

Magdalena miała wyznaczony wcześniej termin podania pierwszej chemii. - Poszłam do Centrum Onkologii i powiedziałam lekarzowi, że nie wezmę chemii, bo coś złego może się stać mojemu dziecku. I wtedy, zupełnie nieoczekiwanie, do gabinetu wszedł doktor Jerzy Giermek, który zajmuje się takimi przypadkami, jak mój. Wcześniej nikt mi o nim nie powiedział. Byłam tak zaskoczona, że ktoś taki się zjawił, że w ogóle istnieje, że nawet nie zdążyłam się ucieszyć. Doktor Giermek zapytał, czy mogę mu trzy razy stanowczo powiedzieć, że na pewno chcę urodzić dziecko.

Nie miałam cienia wątpliwości. Dowiedziałam się, że w pierwszym trymestrze muszę mieć radykalną mastektomię, a potem zacznę przyjmować chemioterapię. Słuchałam o kobietach, które doktor leczył, o urodzonych dzieciach. Prawie wszystkie były zdrowe, a najstarsze miało 12 lat. Setki słów, które były dla mnie jak zbawienie. Jaka ja byłam szczęśliwa, kiedy wychodziłam z Centrum Onkologii. Miałam ochotę zatańczyć na korytarzu, wołać do wszystkich ludzi, że będę mamą.

Żeby pamiętać

W najbardziej dramatycznych momentach choroby Bartek robił Magdzie zdjęcia. - Chciałam, żeby rak dał mi coś pozytywnego, a nie tylko wszystko zabierał. Bartek fotografował mnie przez całą ciążę. Często to było dla mnie bardzo trudne. Czułam się jak jakieś dziwadło - bez piersi, włosów, w ciąży. Byłam zła na Bartka, wiele razy chciałam mu wyrwać aparat. Sama siebie fotografowałam w lustrze, kiedy zrobiłam makijaż, nałożyłam perukę i wyglądałam pięknie. To był cały rytuał. Rzadkie chwile, kiedy czułam się w miarę znośnie. Siadałam przy toaletce w sypialni, wybierałam perukę i bardzo starannie malowałam twarz. Podkład, tusz, cienie, szminka... Podobałam się sobie i wtedy robiłam zdjęcie. Przypominałam dawną Magdę, sprzed choroby...

Bartek fotografował mnie prawdziwą... Dziś, kiedy patrzę na zdjęcia zrobione przez niego, żałuję, że jest ich tak mało.

Fot. Bartek Prokopowicz

W codziennej walce Magdzie najbardziej pomagała obecność synka pary - Leona. A także słowa prowadzącego Magdę lekarza - że ma pacjentów, którzy żyją z rakiem przerzutowym wiele lat. Żyją normalnie - chodzą do pracy, podróżują, kochają.

Magda siłę czerpała z założonej przez siebie fundacji. Historią Magdy, jej walki z chorobą, ciąży zainteresowały się media. W prasie pojawiły się wywiady z nią, w telewizji reportaże o niej i jej przypadku. - Po naszych wywiadach ludzie zaczęli do mnie pisać. Dostałam tyle pięknych e-maili, listów, odezwały się nawet moje dawne koleżanki jeszcze z podstawówki. Czułam, że muszę coś zrobić dla innych, bo inaczej się uduszę... Tyle było, tyle jest we mnie różnych myśli, emocji...

Prokopowicz chciała dać ludziom nadzieję, krzyczeć do wszystkich, że z rakiem można wygrać. - Normalnie żyć, pracować, urodzić zdrowe dziecko. Dlatego założyłam Fundację Rak'n'Roll - "Wygraj życie". Ludziom pomaga, że jestem kolorowo ubrana, że się uśmiecham. Kobiety podchodzą do mnie na ulicy, opowiadają swoje historie. Jestem przeszczęśliwa, kiedy mogę komuś pomóc.

Rak nie musi być wyrokiem. A my nie możemy stać się ofiarami choroby. Żyjmy normalnie, jak tylko się da, cieszmy się każdą chwilą.

 

Życie na zapas

Magda do końca nie traciła nadziei, że pokona nowotwór. Bartek Prokopowicz nie miał złudzeń. O tym, że Magda nie ma szans wiedział dwa lata przed jej śmiercią, po przerzutach do wątroby i kości. - Lekarze mi mówili, że nic się nie da zrobić. Ale ciągle szukaliśmy, pojechałem z Magdą do Durbanu, rozmawiałem z kilkoma transplantologami w Polsce. Wszyscy mówili, że Magda ma przed sobą kilka miesięcy, najwyżej rok. Lekarka w Lublinie powiedziała, że możemy prowadzić jedynie leczenie paliatywne i trochę opóźnić, złagodzić odejście Magdy. Żaden z lekarzy nie powiedział Magdzie, jak jest naprawdę. Myślę, że ona też nie chciała tego słyszeć. Wypierała śmierć. Moim zdaniem do końca walczyła, nie miała świadomości, że wkrótce umrze. Chociaż... Pod koniec życia to chyba były już jakieś pozory, które trochę ją uspokajały. Mnie wysyłała do różnych lekarzy, żebym się dowiadywał, co jeszcze można zrobić. Wysyłałem e-maile do Burzyńskiego do Stanów. Odpisał, że potrzebuje opis wycinka histopatologicznego. I Magda tego nie zrobiła... Może bała się ostatecznej odpowiedzi... Ja nigdy jej nie powiedziałem, że już nic nie można zrobić...

Wszystko jest piękne, bo jest...

- Często myślę: "Dobrze, że to mnie spotkało" - pisała na blogu Magda. - Rak wiele mi zabrał, ale też dał mi siłę, zgubiłam większość lęków. Uporządkowałam siebie, swoje emocje, niezałatwione sprawy z przeszłości. Uporałam się ze śmiercią rodziców. Gdyby nie rak, nie przeżywałabym życia tak w pełni. Uświadomiłam sobie oczywistą prawdę, że dzisiejszy dzień może być tym ostatnim. Trzeba docenić to, co się ma. Bo jesteśmy tu tylko przez chwilę. Wszyscy jesteśmy przechodniami...

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Magda, miłość i rak" Aliny Mrowińskiej, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło 25 września 2013 roku.

Więcej o: