Normcore - trend "na normalsa", czyli jak być modnym będąc poza modą

Spokojnie, normcore to nie nowo odkryta choroba, to tylko kolejna próba świata mody, by przejąć uliczny styl i za chwilę sprzedać go klientom jako całkiem świeży i wielce pożądany trend. Sęk w tym, że tym razem chodzi o obwołanie trendem czegoś, co w założeniu jest ucieczką od wszelkiej mody i kwintesencją przeciętności. Czy świat fashion biznesu zwariował i zaczyna zjadać własny ogon?

Miliony Amerykanów noszących na co dzień i od święta proste dżinsy, białe tiszerty, trampki i bejsbolówki nie wiedziało dotąd, że są forpocztą trendu normcore. Dotąd mogli sobie wmawiać, że po prostu stawiają na wygodę, że nie interesują się modą, czy się na niej nie znają, ewentualnie, że nie stać ich na pogoń za sezonowymi kolekcjami. Teraz powoli do nich dociera, że przed modą nie ma ucieczki i nawet dresy z supermarketu nie obronią ich przed byciem trendy.

Normcore zwalnia z obowiązku bycia oryginalnym i pozwala rozpłynąć się w tłumie. Fot. Shutterstock

Piewcy normcore'u ogłaszają, że najbardziej trendy jest teraz nie być trendy. Wyglądać tak przeciętnie, jak się da, nie wyróżniać się niczym, lekceważyć marki, nie skupiać się na wyglądzie, ale dać wybrzmieć temu, co ważniejsze - osobowości, nie opakowaniu.

Wolność od trendów

Określenie normcore robi internetową karierę, o zjawisku dyskutuje prasa od New York Timesa po Newsweeka, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy to jedynie viralowy żart, czy realny opis jakiegoś społecznego zjawiska. Wiadomo przynajmniej kto ten "antytrendowy trend" po raz pierwszy nazwał. Była to nowojorska agencja K-Hole zajmująca się prognozowaniem trendów na zamówienie firm.

"Normcore odnajduje wolność w byciu przeciętnym" - mówią ludzie z K-Hole. Nudna normalność okazuje się większą wartością, niż indywidualizm za wszelką cenę, o który do upadłego walczyli niedawno hipsterzy ze swoimi brodami i wybajerzonymi tatuażami (które w końcu też stały się przecież swoistym mundurem). Bycie normalsem w szarej bluzie "no-name" pozwala poczuć się częścią wspólnoty, nie walczyć desperacko o wyróżnienie się z tłumu. W świecie, w którym przemysł modowy kręci się na karuzeli trendów, za którymi trudno już nadążyć, a celebryci pokroju Lady Gagi wymyślają coraz to bardziej szokujące outfity, by choć na chwilę zaistnieć, sprane dżinsy i neutralny tiszert pozwalają nie uczestniczyć w wyścigu i nie popisywać się statusem zakodowanym w torebkach Vuittona czy kostiumach Chanel.

Ikony normalności

Szczyt normcore'u to wyglądać jak turysta w sandałach/adidasach, shortach/workowatych dżinsach i polarze/parce, ale i ten nurt ma swoich bohaterów. Na jednego z nich został pasowany choćby "król geeków" Steve Jobs, bo trzeba sobie powiedzieć, że normcore bardzo dobrze opisuje wygląd klasycznego nerda z lat. 90.

Steve JobsSteve Jobs Steve Jobs Steve Jobs - uznawany za jedną z ikon stylu Normcore. Fot. Matt Buchanan / Flickr.

Kolejny heros przeciętności  to amerykański komik Jerry Seinfeld pomykający w białych "najkach" i koszulkach polo.  Do ikon nurtu komentatorzy zaliczyli też "najnormalniejszego z prezydentów" - Baracka Obamę, który w sytuacjach półoficjalnych dawał się sfotografować w białych, sportowych butach, dżinsach "taty" i dresowej bluzie, podobnie, jak jego żona w sieciówkowych sukienkach z H&M.

Zwolennicy tej  anty-mody podkreślają, że anonimowy, wygląd wcale nie musi oznaczać, że jego "nosiciel" jest nudnym przeciętniakiem. Przeciwnie, jak wskazują powyższe przykłady, może to być człowiek, który nie musi udowadniać światu swojej wyjątkowości, inwestujący raczej w "piękny umysł", niż modny wygląd. Krytycy żartują , że anty-trend wytworzył już całą kategorię podkategorii, a mianowicie: avant-normcore, czyli normcore plus awangarda, hardcore normcore - kiedy ktoś jest tak bardzo "normcore", że nie zdaje sobie z tego sprawy, oraz anti-normcore, czyli ci, którzy nienawidzą normcoru'u (typuję lady Gagę).

Wszystkożerna moda

Chociaż wydaje się, że normcore jest wszystkim tym, czym moda nie jest, to właśnie modowy przemysł bez namysłu "połknął" hasło i zgodnie ze swoją wiecznie głodną nowości naturą przerobił "anty-trend" na kolejną sezonową ciekawostkę. O zjawisku normcore rozprawiało się podobno w kuluarach Tygodni Mody w Nowym Jorku, Mediolanie, czy Londynie. I chyba nie jest to przypadek, że na wybiegach projektantów, a nawet okładkach prestiżowych magazynów o modzie, modelki noszą zamiast szpilek od Louboutina przyciężkie sandały w typie turystyczno-ortopedycznych birkenstocków, a Marc Jacobs wpuszcza na wybieg klasyczne sportowe dresówki.

Steve Jobs Wielka moda też podszywa się pod normcore - w tym sezonie zamiast eleganckich sandałków proponuje klapki inspirowane obuwiem ortopedycznym. Fot. Celine / mat.prasowe

Bo oczywiście można być normalsem w tiszercie z supermarketu za 15 dolarów, ale można też podszywać się pod przeciętniaka w tiszercie od designera za 300 dolarów. Modowy biznes już zadba o to, by nie stracić na anty-trendzie oraz, by gwiazdy ekranów i scen mogły odgrywać "zwykłych ludzi" nie rezygnując z poczucia wyjątkowości.

Przy okazji, ludzie mody: projektanci i modelki, często prywatnie gustują w normalności i anonimowości, kiedy już umkną światłom rampy. Najbardziej fantazyjne pokazy często kończy ukłon designera ubranego w bawełnianą koszulkę i czarne dżinsy. Nie mówiąc o modelkach, z których wiele na co dzień nie maluje się i odpoczywa od szaleństwa przebieranek, wskakując w trampki, dżinsy "boy-friendy" i bezkształtne kurtki parki. W końcu nie da się całego życia przemaszerować w szpilach po czerwonym dywanie. Normcore daje dodatkowe usprawiedliwienie dla takiej postawy - nadal jest się "en vogue" będąc całkowicie poza modą. Sprytne, prawda?

Więcej o: