Biografia wbrew woli: Fallaci straszyła mnie z zaświatów

Mówiła o sobie, że jest trochę czarownicą. Jej prababcia została spalona na stosie za czary. Kiedy zaczęłam zbierać materiały do tej książki, Oriana Fallaci zaczęła mnie straszyć - mówi Cristina de Stefano, autorka biografii jednej z najsłynniejszych dziennikarek świata. Rozmawiamy z nią o miłościach Fallaci, trudnym charakterze dziennikarki i słynnym wywiadzie z Lechem Wałęsą.

Cristina de Stefano na spotkaniu z polskimi czytelnikami, fot. Katarzyna SzczerbowskaCristina de Stefano na spotkaniu z polskimi czytelnikami, fot. Katarzyna Szczerbowska Cristina de Stefano na spotkaniu z polskimi czytelnikami, fot. Katarzyna Szczerbowska Cristina de Stefano na spotkaniu z polskimi czytelnikami, fot. Katarzyna Szczerbowska

Katarzyna Szczerbowska, kobieta.gazeta.pl: Nie wygląda Pani jak Oriana Fallaci. Nie ma Pani papierosa ani mocnego makijażu. Nie patrzy Pani tak, jakby miała się na mnie za chwilę rzucić. A taką Fallaci widywałam na nagrywanych z nią wywiadach. Co Panią z nią łączy?

Cristina de Stefano: Książkę o niej napisałam pod wielkim dębem rosnącym w ogrodach mojego klubu sportowego. Pewnego razu tak dobrze mi się pisało, że nie zwracałam uwagi na to, że zbliża się burza. Wielka gałąź spadła mi na głowę. Schowałam ją, żeby ogrodnik jej nie zauważył. Bałam się, że wpadnie na pomysł, że trzeba przyciąć inne gałęzie. Bo ja uwielbiam drzewa i właśnie to łączy mnie z Orianą Fallaci. Taką cechę podobną odkryłam. Poza tym dzieli nas wszystko. Jesteśmy zupełnie inne. Ona we wszystkim widziała kontekst polityczny, ja jestem kompletnie apolityczna. Chciałabym, żeby każdy kto cenił Orianę Fallaci, posadził drzewo z myślą o niej, albo ocalił jakieś drzewo przed wycięciem.

Pani zamiast sadzić drzewo napisała o niej książkę. I to wbrew jej woli. Taka biografia jest jak sekcja. Grzebała Pani w jej wspomnieniach, cytatach, w pamięci jej znajomych, a ona nie mogła się bronić.

- Mówiła o sobie, że jest trochę czarownicą. Jej prababcia została spalona na stosie za czary. Kiedy zaczęłam zbierać materiały do tej książki, Oriana Fallaci zaczęła mnie straszyć. Co noc śnił mi się ten sam koszmar. Pojawiała się w nim ona, wściekła, wrzeszczała na mnie, przeklinała i pokazywała swój dziennik. Kiedy nachylałam się nad nim, znikały litery. Ona nigdy nie napisała żadnego dziennika. Jej książki opierały się na jej życiu, opisywała w nich swoje miłości, ludzi, których spotkała, ale nigdy nie spisywała swoich przeżyć. Bardzo żałuję, że tego nie robiła.

I postanowiła się Pani jej sprzeciwić, chociaż ona wyraźnie prosiła by o niej nie pisać?

- Kiedy umarła, pomyślałam, że bardzo chciałabym o niej napisać, że trzeba utrwalać pamięć o tej niesamowitej kobiecie. Wiedziałam jednak, że taka książka to za wysokie progi dla mnie. Nie dość, że ona nie życzyła sobie biografii, to jeszcze miała wielu wspaniałych przyjaciół, dziennikarzy i pisarzy, którzy ją znali. Wydawało mi się, że to oni mają większe prawo, by ją wspominać. Ja nigdy jej nawet nie spotkałam. Pewnego dnia zgłosił się do mnie siostrzeniec Oriany, który jest jej spadkobiercą. Powiedział, że podobała mu się moja książka "Niepokorne kobiety, które zmieniły świat" i zapytał, czy nie napisałabym podobnie o jego cioci. Jest takie powiedzenie - Kiedy Bóg chce nas ukarać, spełnia nasze marzenia. Jak zabrałam się za zbieranie materiałów do książki, stwierdziłam, że ono świetnie pasuje do tego, co mnie spotkało. Przez trzy lata żyłam życiem Fallaci, myślałam o niej. To było bardzo trudne.

Stała się Pani obsesją?

- Rosła góra informacji, a ja nie wiedziałam jak to wszystko uporządkować. Mój mąż miał dosyć tego, że bez przerwy mówię o Fallaci. Dwa razy chciałam się poddać. Pisałam do swojego agenta, że nie dam rady, że ja tego nie napiszę. Pewnej nocy przyśniła mi się Fallaci. Była w tym śnie milcząca, maleńka, zmęczona. Wzięłam ją na ręce jak dziecko i powiedziałam, że jej nie skrzywdzę. Potem zaczęłam pisać i poszło to bardzo szybko. Napisałam tę książkę w jedno lato. Starałam się szanować jej prywatność, tak jak obiecałam, nie krzywdzić.

Pominęła Pani w związku z tym jakieś fakty z jej życia?

- Gdy trafiałam na trudne rzeczy, starałam się być delikatna. Tak było na przykład z niejasną sprawą utracenia przez nią dziecka. Fallaci była w ciąży z mężczyzną, który jej nie kochał. Twierdziła, że planuje aborcję, ale straciła dziecko w wyniku poronienia. Ponieważ po tym wydarzeniu, nie chciała na ten temat rozmawiać, miałam ogromny problem ze zbadaniem, jak było naprawdę. W końcu znalazłam kobietę, która pomogła jej na ulicy, kiedy Fallaci źle się poczuła, zawiozła ja do szpitala. Stało się jasne, że Oriana nie usunęła ciąży. Potem był moment, kiedy marzyła, żeby zostać matką. Nigdy jednak nie udało jej się donosić ciąży. Nie dbała o siebie, za dużo pracowała. Starałam się o tym wszystkim pisać w wyważany sposób, nie drążyć tego tematu.

Nie układało się jej z mężczyznami, ale nie była łatwym partnerem.

- Była bardzo autorytarna, zajęta, pełna energii, rozpędzona. Działała jak tajfun. Wiele jej kontaktów z mężczyznami ograniczało się do jednej wspólnej nocy. To byli przypadkowi ludzie, spotkani na wyjazdach. Nie zapamiętywała nawet ich imion. Jednak, kiedy się zakochiwała, była gotowa do wszelkich poświęceń. Choć drażniła ją obecność kogoś drugiego w domu, mężczyznę, który był dla niej ważny zawsze namawiała do wspólnego mieszkania. Gotowała mu włoskie potrawy, dbała o jego karierę, pomagała jak mogła. Najbardziej przeraziła mnie jej pierwsza miłość.

Jej listy do tego mężczyzny były straszne.

- Zakochała się w nim mając 30 lat, ale tak naprawdę pokochała go szaloną miłością nastolatki, taką przy której człowiek właściwie całkowicie traci rozum. On dawał wyraźne znaki, że nie odwzajemnia tego uczucia, a ona zasypywała go mnóstwem listów, żebrała o spotkania.

Wciskała się do jego życia na siłę. Umierała ze szczęścia, gdy łaskawie pozwolił jej zatrzymać się u siebie na kilka dni.

- Dzisiaj mógłby ją oskarżyć o stalking. Pisała w listach, żeby przysyłał jej samolotem brudne koszule i, że ona będzie je prała, że zaceruje mu zniszczone rzeczy. Wyczekiwała godzinami na telefony, których nie było, siedziała w hotelu, licząc, że przyjdzie a on nie przychodził. Ale najbardziej mnie dotknęło to, że chciała dla niego zrezygnować z dziennikarstwa. Zapewniała go, że on lepiej pisze, że jest lepszym dziennikarzem i, że tylko on z ich dwojga powinien zajmować się pisaniem. Co było nonsensem, bo on nie był nikim wyjątkowym, a ona miała wielki pisarski talent. Pomogła mu wydać książkę, której poświęciła dużo pracy, załatwiła mu pracę w świetnej gazecie. Najgorsze było to, że on radykalnie z nią zerwał, dokładnie wtedy, kiedy pomogła mu zdobyć tę pracę. W chwili, gdy został ustawiony, zawiadomił ją, że ma inną kobietę i ostro zażądał spokoju i odczepienia się od niego raz na zawsze.

Zbierając materiały do książki spotkała Pani wielu ludzi, którzy znali Fallaci. Które z tych spotkań z robiło na Pani największe wrażenie?

- Z François Pelou, jej wielką miłością. To człowiek z niesamowitą klasą, z arystokratycznej francuskiej rodziny. Pięknie się zestarzał, tak jak Paul Newman, którego bardzo mi przypomina. Powiedział mi, że ogromnie żałuje, że nie został z Orianą, że była najważniejszą kobietą jego życia.

Byli ze sobą pięć lat. Poznali się na wojnie w Wietnamie. On też był dziennikarzem. Spotykali się głównie w hotelach, kilka razy zatrzymał się w jej domu. Niestety nie umiał porzucić dla niej żony.

- Był katolikiem i uważał, że nie można złamać przysięgi małżeńskiej. Jego żona miała problem z alkoholem a wspólnie wychowywali adoptowanego chłopca. Właściwie tak naprawdę obowiązek opieki nad nim przejął François. Nie chciał robić rewolucji w życiu dziecka. Oriana chciała żyć w jasnej sytuacji, nie odpowiadała jej rola kochanki. Chciała być żoną. Mówiła François, że nie rozumie jego podwójnej moralności, tego, że kurczowo trzyma się żony powołując na religię, a jednocześnie kocha inną kobietę, zdradza. Postawiła sprawę na ostrzu noża: albo ja albo żoną. François wybrał żonę. Wtedy Fallaci postanowiła w okrutny sposób się zemścić. Zapakowała wszystkie listy, jakie od niego dostała i wysłała jego żonie. Nigdy więcej się z nim nie spotkała.

Często skreślała ludzi, którzy ją zawiedli.

- Ale potrafiła być też niesamowicie, dobrym, oddanym przyjacielem. Bardzo dbała o swoją rodzinę i znajomych. Dość szybko stała się bogata, bo jej książki świetnie się sprzedawały. Zasypywała bliskich ludzi cennymi prezentami. Potrafiła dać komuś dom czy sportowy samochód. Kupiła posiadłość w Toskanii, w której ulokowała rodzinę. Wyrosła w strasznej biedzie, ale nigdy nie przywiązywała wagi do pieniędzy. Nie liczyła ich, nie zdawała sobie sprawy, ile ich ma. W mieszkaniu wszędzie utykała banknoty - w książkach, szufladach, notatnikach. Uwielbiała otaczać się ładnymi przedmiotami. Miała słabość do mebli i ubrań.

Miała Pani okazję zobaczyć jej rzeczy?

- Siostrzeniec Fallaci przywiózł do Włoch całą zawartość jej nowojorskiego mieszkania. Mogłam wszystko zobaczyć, dotknąć. Były tam jej zdjęcia z dzieciństwa, paszporty i dokumenty, więc można było zobaczyć jak Oriana się zmieniała. Były miłosne wiersze, które pisała do mężczyzn. Każda miłość miała własny tomik. Największe wrażenie zrobiły na mnie jej robótki. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ona robiła serwetki. Miała słabość do wyszywanych starymi wzorami obrusów i rzadkich tkanin. Bez przerwy podróżowała a bała się latać samolotem. Żeby nie myśleć, że jest wysoko nad ziemią, zajmowała się haftowaniem serwetek ściegiem gobelinowym. Między Paryżem i Mediolanem potrafiła wyhaftować dwa liście. Często dawała przyjaciołom własnoręcznie wykonane serwetki.

Gdyby w skrócie opisać metodę pracy Fallaci, jej pomysł na pisanie tekstu na pewno znalazłyby się takie zasady, jak: nie nudzić, pisać zrozumiale, być szczerym.

- Jak sama mówiła miała zwyczaj "nazywania chleba chlebem, wina winem, a kretyna kretynem". Za jej słynnymi wywiadami stało bardzo dużo pracy. Ona niezwykle starannie się do nich przygotowywała. Czytała wszystko, co się tylko dało, o swoim bohaterze, zbierała informacje, opinie. Pisała pytania. Rozmowa trwała zwykle kilka godzin. Czasem to były dwa, trzy spotkania. Potem godziny przepisywania, selekcji, redakcji. Gdy ktoś jej mówił, żeby nie pisała o tej czy innej rzeczy podejmowanej podczas rozmowy, nie robiła tego, bo nie uznawała łamania słowa. Ale nie dawała swoich rozmów do autoryzacji.

Zrobiła słynny wywiad z Lechem Wałęsa. Później jednak przyznała się, że Wałęsa jej się nie spodobał.

- Ona też mu nie przypadła do gustu. Podobnie jak Wałęsa miała bardzo silną osobowość, a totalnie różnili się poglądami. Denerwował ją jego stosunek do kościoła. Ale też podziwiała Wałęsę. Widziała w nim bojownika o wolność. Miała słabość do ludzi, którzy starali się zmieniać świat na lepsze, walczyli dla idei. Choć jej się nie spodobał, przedstawiła go w pozytywnym świetle.

Nie znosiła polityków.

-Nie znosiła nikogo o uprzywilejowanej pozycji. Nikogo, kto czuł się lepszy od reszty, kto miał więcej przywilejów.

Ludzie zabiegali o wywiady z Fallaci. Odmówiły jej tylko dwie osoby Jan Paweł II i Fidel Castro.

- Jan Paweł II zdawał sobie sprawę, jak wiele mogłoby mieć konsekwencji nieopatrznie wypowiedziane przez niego słowo. Wiedział, że dostanie od niej kłopotliwe pytania, bo ona ostentacyjnie manifestowała swój ateizm i niechęć do instytucji kościoła. Castro sam zajmował się kreowaniem swojego wizerunku, nie chciał by ktoś mu psuł ten obraz. Ale zostały pytania, które chciała im zadać. Te do Castro dotyczyły głównie jego stosunku do Amerykanów, Jana Pawła II zamierzała pytać, dlaczego zrezygnował z tradycyjnej roli mężczyzny i czy był zakochany.

Skąd jej niechęć do kościoła?

- Hierarchiczność tej organizacji i uprzywilejowana pozycja mężczyzn była dla niej nie do zaakceptowania. Zawsze z dumą powtarzała, że nigdy o nic nie poprosiła Boga. Do religii katolickiej zraziła się w dzieciństwie. Kiedy przygotowywała się do komunii, miała kilka dni spędzić na rekolekcjach w żeńskim klasztorze. Mama dała jej banana i czekoladę, co było niesamowitym rarytasem w ich biednej rodzinie. Kiedy Fallaci znalazła się w klasztorze, jedna z sióstr powiedziała jej, że ma zanieść czekoladę i banana panu Jezusowi w ofierze. Oriana położyła je na ołtarzu, a parę minut później przyszła, żeby sprawdzić czy Jezus już zjadł smakołyki. Po czekoladzie i bananie nie było śladu. Oriana zastanawiała się, dlaczego nie ma skórki po bananie ani opakowania po czekoladzie. Kiedy weszła na klasztorny korytarz, zobaczyła siostrę jedząca jej banana.

Fallaci zasłynęła swoim krytycznym stosunkiem do islamu. Wielu ludzi zarzuca jej za duży radykalizm, patrzenie selektywne, oskarżano ją o pobudzanie do nienawiści.

- Jeśli uważnie przeczyta się jej książki na ten temat, znajdziemy wiele ciepłych słów na temat islamu. Widziała w nim pozytywne cechy, ale kraje islamskie ją przerażały. Nie mogła zaakceptować tego, jak są w nich traktowane kobiety. Uważała, że są nieszczęśliwe pod chustami, pod którymi zostały uwięzione. Przerażało ja to, że w tym więzieniu nawet nie wiedzą, co tracą. Bała się, że radykalny islam wystąpi przeciwko Zachodowi. Atak z 11 września na World Trade Center wstrząsnął nią bardzo. Mieszkała wtedy w Nowym Jorku. Słynny tekst "Wściekłość i duma" opublikowany 29 września zamienił się w trzy książki. Ale one są w moim odczuciu bardziej krytyką Europy niż islamu. Uważała, że Europa jest stara, zmęczona i zrobi wszystko, żeby uniknąć wojny, bo nadal nie może otrząsnąć się z traumy II wojny światowej. Napisała je, by potrząsnąć Europejczykami i skłonić ich do obrony tożsamości i wartości zachodu.

Wyrosła w świecie, w którym w rodzinie matka była najważniejsza. Mama Fallaci miała ogromne problemy z autorytarną surową teściową. Ostatnio znany amerykański psycholog, Philip Zimbardo napisał, że Włosi to maminsynki. Czy nic się u Was nie zmienia?

- W wielu rodzinach matka jest najważniejsza. W życiu Oriany matka też pełniła kluczową rolę. Była punktem odniesienia. Nie mogła się kształcić. Interesowała się astronomią, dużo czytała, a zajmowała się dziećmi, gotowaniem sprzątaniem. Swoją karierę Fallaci postrzegała jako pomszczenie matki. Kształciła się, szła twardo do przodu, pisała, często myśląc o swojej mamie. Kiedy wychodziłam za mąż 25 lat temu, mój profesor, człowiek starszy, którego bardzo szanowałam, powiedział mi, że ma dla mnie jedną cenną radę: "Nigdy nie krytykuj matki swojego męża". Posłuchałam tej rady. Mój mąż nie jest maminsynkiem, nie biega do mamy na obiady i nie radzi się w każdej sprawie. Myślę jednak, że mężczyźni potrzebują więcej czasu na dorośnięcie niż kobiety, że miewają duży kłopot w oddzieleniu się od mamy. Tak naprawdę wychodzimy za mąż za dzieciaki.

W książce przytacza Pani wiele myśli Oriany, które były jej życiowymi mottami. Które z nich jest Pani najbliższe. Jakie słowa mogłyby Panią prowadzić przez życie?

- Najbardziej przemawiają do mnie jej słowa: "Nie można żyć bez miłości, próbowałam i mi się nie udało".

Cristina de Stefano urodziła się w 1967 w Padwie, jest pisarką, dziennikarką i wieloletnią felietonistką "Elle". Od 2003 mieszka w Paryżu. Pracuje jako łowca talentów dla wydawnictw w różnych krajach. W Polsce ukazała się jej książka "Niepokorne kobiety, które zmieniły świat".

"Portret kobiety" jest dostępny w e-booku na Publio.pl. Sprawdź >>

Cristina de Stefano, "Oriana Fallaci. Portret Kobiety", wyd. Sonia Draga, 2014 rok

Oriana Fallaci. Portret kobiety w okazje.info

Więcej o: