"Życie bywa kolczaste, a ja grzebię we flakach, żeby to pokazać" - Katarzyna Bonda, królowa polskich kryminałów

Jak nikt inny zna się na naturze zła. Swoje wieloletnie doświadczenie dziennikarskie wykorzystuje przy pisaniu ciężkich i mrocznych trillerów psychologicznych, które Polacy zaczęli czytać na potęgę. "Pochłaniacz", jej najnowsza książka, w rekordowym tempie stała się bestsellerem, a ostatnio trafiła nawet na półki dyskontów. O naturze zła i pisaniu opowiada nam Katarzyna Bonda.

Alicja Szulczyk, Kobieta.gazeta.pl: Zanim zaczęła pani pisać książki, była pani dziennikarką kryminalną. Dlaczego akurat ta tematyka?

Katarzyna Bonda: Mówi się, że to przypadek. Kiedy zaczynałam w Expressie Wieczornym, przydzielono mi działkę sądową. Człowiek, który się nią zajmował, miał grypę. Zresztą sądówki to był dział, którego nie chciał nikt. Trzeba siedzieć godzinami w tych sądowych salach, a w gazecie na tekst dostaje się mały skrawek. Kiedy więc ta tematyka w redakcji się zwolniła, wszyscy się schowali, tylko ja zostałam na froncie. Infekcja zaczęła się już wtedy.

Okazało się, że rozprawa to fascynujące przedstawienie, a w dodatku w sali sądowej jest to, co najważniejsze w opowieści. Jest scena i są wszyscy bohaterowie: poszkodowani, sprawca, rodziny ofiar, oskarżyciele posiłkowi, biegli, technicy, policjanci, prokuratorzy. To prawdziwe ludzkie dramaty, w których można doszukiwać się elementów klasycznej tragedii greckiej i dowodu na istnienie fatum. Te ludzkie dramaty opisała pani zresztą w swojej książce dokumentalnej "Polskie morderczynie" . To autentyczne historie więźniarek, odsiadujących ciężkie wyroki. Czy te kobiety są dla pani antybohaterkami?

- "Antybohater" to tylko nazwa warsztatowa. Dla mnie te kobiety są po prostu bohaterkami. A czy są złymi osobami? Nie do końca, bo każdy z nas ma w sobie trochę dobra i trochę zła. Im bardziej ktoś jest poraniony, tym bardziej agresywnie zachowuje się wobec osób, które je otaczają. To był jeden z bardziej dla mnie zaskakujących wniosków - byłam przekonana, że bycie złym oznacza siłę, że trzeba być obdarzonym jakąś wielką mocą psychiczną, jak Hannibal. To właśnie błąd wszystkich tych bajeczek o Lecterze i Lordzie Vaderze. Prawdziwe zło to synonim słabości.

Coś jeszcze panią tak zaskoczyło w ich historiach?

- Jedna z kobiet dla paru złotych seryjnie mordowała staruszki. Myślała, że zabezpiecza w ten sposób lepszy start życiowy swoich córek. A one odcięły się od niej i nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Jej przykład pokazuje, że nawet najbardziej "zły" człowiek, nie myśli o sobie w takich kategoriach i za wszelką cenę próbuje się usprawiedliwić.

Zło zaczyna się od drobnych rzeczy. Najpierw pani zaczyna ściemniać, oszukiwać samą siebie, potem wierzyć w te kłamstwa. I tak granica się przesuwa. Z czasem to prowadzi do kolejnych decyzji, coraz bardziej drastycznych. Życiorysy osób, które dokonały zbrodni pokazują, że nigdy nie jest tak, że ktoś nagle postanawia zabić. To przełamanie granicy następuje dużo wcześniej. Nie jest już pani dziennikarką, ale nadal tematyka kryminalna panią kręci.

- Rzeczywiście, nie piszę literatury ku pokrzepieniu serc. Moje książki to bardziej thrillery psychologiczne, niż kryminały (u nas wszystko wrzuca się do jednego worka). Pozwalam sobie w nich, jak na przykład w "Pochłaniaczu", na bardzo rozbudowane wątki obyczajowe i pokazanie tła historycznego. Grzebię w trzewiach i we flakach, żeby pokazać, że rzeczywistość bywa czasem kolczasta i niekoniecznie ładna, ale jednocześnie że piękno płynie z prawdy. Rzeczywiście, odwzorowuje pani rzeczywistość z wyjątkową pieczołowitością. Kiedyś w wywiadzie ktoś nawet nazwał pani książki "małymi pracami doktorskimi". - Dokumentacja, którą robię do każdej książki jest moją siłą. Nie złapie mnie pani nigdy na tym, że przedstawię na przykład motyw zemsty bez konsultacji z kryminalistykiem. Muszę wiedzieć, jak by to mogło się zdarzyć w rzeczywistości - jakiego narzędzia zbrodni by użyto i tak dalej.

Muszę wiedzieć, którędy wypłynie krew, gdzie będzie po niej plama, gdzie będą rozmazy, gdzie będą rozpryski, jaka będzie łuska, jaki kaliber, ile czasu ofiara będzie umierać, czy mogą ją uratować. Nigdy nie napiszę o czymś, co nie mogłoby się zdarzyć. Kiedy piszę o zawodniczce karate, spotykam się z dziewczyną, która karate uprawia. Pisze o harfistce, to idę zobaczyć harfę. To jest zresztą prawo, którym rządzi się sam kryminał.

Zygmunt Miłoszewski okrzyknął panią ostatnio "królową polskich kryminałów" i na pani cześć nazwał jedną z epizodycznych postaci w swoim sensacyjnym bestsellerze "Bezcenny" Katarzyna Bonda.

- Zygmunt również figuruje w niektórych moich nawiązaniach. Pisarze zawsze robili sobie takie żarciki. Chandler, Christi, nie mówiąc już o współczesnych Skandynawach. Wszyscy dobrze się znamy w wąskim gronie liczących się w Polsce zawodowych autorów kryminałów, lubimy używać takich zabawnych wzmianek. Kiedy czytelnicy donieśli mi o kolejnym psikusie Zygmunta, było mi oczywiście bardzo miło. Również dlatego, że jestem jedyną kobietą, która zajmuje się tego typu działką w Polsce i która jest ceniona przez autorów facetów. Bardzo długo walczyłam o ten szacunek.

Było ciężko?

- Było. Bo powieści kryminalne to bardzo męski świat. Te tematy są z facetami od dziecka. Oni już jako chłopcy bawią się w wojny. Pewne nawyki i wiedzę nabywają w sposób naturalny. W momencie, w którym kobieta zabiera się za tę działkę i zaczyna rywalizować z mężczyznami, napotyka na kompletny ostracyzm. Jest na straconej pozycji. Nie ma innej możliwości. Kobieta musi wtedy udowodnić, że coś wie i coś potrafi Kiedyś zastanawiałam się, czy nie zmienić wizerunku. Czy nie obciąć się na zapałkę, nie ufarbować włosów z blond na czarno. Bo gdziekolwiek nie poszłam, musiałam zmagać się ze stereotypem. W ogóle nie mogę się doczekać, kiedy będę już całkiem stara, będę miała siwego koka i wtedy nikt już nie będzie mógł mi mówić, że jestem głupią blondynką (śmiech ). Później jednak zrozumiałam, że ten stereotypowy mechanizm w zdobywaniu źródeł jest moją siłą.

To znaczy?

- Wielu gliniarzy zgadzało się na rozmowę ze mną, bo po prostu widzieli blondynkę i chcieli się zabawić - a nuż będzie śmiesznie. Nie wiedzieli jednak, że z mojej strony to było makiaweliczne zagranie. Na takie rozmowy ubierałam się zgodnie ze stereotypem: sukieneczka w kwiatuszki, buciki różowe. Nieszczęśni policjanci i prokuratorzy, grający macho, dowiadywali się z kim tak naprawdę mieli do czynienia dopiero w trakcie rozmowy, kiedy "ujawniałam się" i udowadniałam, że mam dość konkretną wiedzę. To dla nich zawsze był szok. Uwielbiałam ten moment. Dziś to już nie obowiązuje, bo mam grono swoich ekspertów, na których zawsze mogę liczyć. Pokonałam ten etap. Posiadanie tej siatki osób uważam za swój duży sukces.

W takim razie ile czasu w procesie tworzenia książki dziś poświęca pani na zbieranie dokumentacji?

- Sporo. Wierzę, że każde z miejsc, w którym się znajdujemy, ma swoją energię i historię specyfikę. Zależy mi na tym, aby historię, którą chcę opowiedzieć, umieścić w odpowiednim dla niej miejscu. Tak, jakby mogła się wydarzyć tylko tam. Dlatego robię dokumentację lokacyjną.

Po rozeznaniu szukam konkretnych miejsc, gdzie położę trupa, gdzie ktoś będzie mieszkał, jak bohaterowie będą się przemieszczać. Mierzę czas, jeśli sprawca ucieka, angażuję do tego całą masę ludzi, którzy tam mieszkają i chętnie pomogą. Są też wspomniane rozmowy z konsultantami na temat konkretnych wątków.

"Myślenie", jak ja to określam, nad książką, zajmuje mi trzy dni pracy. Tu sama dokumentacja nie wystarczy. Dla mnie niezmiernie ważne jest samo jądro opowieści a więc, historie, które opowiadają mi ludzie. To wartość absolutnie niezbywalna. Wielu pisarzy, głównie mężczyzn, to nie obchodzi. Dla nich to po prostu wydarzenia.

Nie piszę książek, opartych wyłącznie na emocjonalnych trzewiach (dla mnie to profanacja i marnowanie lasów), ale, w przeciwieństwie do autorów mężczyzn, nie odcinam się zupełnie od ludzkich uczuć ukrytych pomiędzy wierszami. Czasem jest tak, że ludzkie historie po prostu trafiają do pisarza i domagają się, żeby być opowiedziane.

A może to pani takie historie przyciąga, na przykład otwartością i ciekawością?

- W pewnym stopniu pewnie tak, a to generuje całą serię pytań mojej rodziny. Boją się, że w końcu trafię na seryjniaka i kiedyś coś mi się stanie. Bo ja na przykład zabieram ludzi na stopa i robię to notorycznie. Zależy mi na tym, żeby pokazywali mi lokacje.

W "Pochłaniaczu" głównym bohaterem jest Słoń, który jest przestępcą. Jak większość moich postaci ma swój pierwowzór w rzeczywistości. Jak go poznałam? Kiedyś na trasie trafiłam na takiego autostopowicza, niezłego zakapiora i on mi mówi - "Pani, ja panią zapoznam z takim jednym. On jest dzisiaj wielki biznesmen, biały kołnierzyk, pracowałem u niego i skasowałem ileś tam osób. Kosą, bo nigdy broni nie dali." Więc co ja robię? Zostawiam dziecko u koleżanki, i jadę z tym facetem nie wiadomo gdzie, oczywiście nie podając koleżance prawdziwej przyczyny mojej nieobecności.

Okazało się, że szef zakapiora to bardzo miły człowiek, mafiozo, który wszystko mi z chęcią opowiedział. Bardzo go to ujęło, że znalazłam pana "Gienia", a on mnie do niego przywiózł. Pan Gienio dostał od niego nawet stówę za fatygę. Kiedy tłumaczyłam temu byłemu mafiosie, że oczywiście nie muszę go ujawniać w mojej książce, on odrzekł, że mogę nawet użyć jego pseudonimu. On chętnie książkę kupi i da kolegom.

Na co dzień zajmuje się pani przestępstwami - czy to nie jest zbyt nie przytłaczające? Nie załamuje pani czasem rąk nad tym, jak zepsuty i niesprawiedliwy jest ten nasz świat?

- Cóż, na pewno jestem w pewnym sensie odwrażliwiona. Jeśli funkcjonuje się na co dzień w jasnej przestrzeni, to kiedy wejdzie się w taką materię, ona obciąża. Natomiast kiedy od lat kusi się los i wchodzi w tę mroczną stronę rzeczywistości, a to jest mój przypadek, to te historie nie tylko nie są trudne, ale wręcz dają rodzaj takiego flow, bo się szuka.

Mówi się, że autorki kryminałów piszą, żeby obronić poznaną rzeczywistość, pokazać ją i uleczyć. Mniej więcej tak to wygląda u mnie, ale w moich książkach najważniejsze jest odkrywanie tajemnicy i dochodzenie do prawdy.

A więc płeć jednak może być siłą w tworzeniu jeszcze lepszych kryminałów na rynku zdominowanym przez autorów.

- Kryminał się zmienił i kobiety mogą pozwolić sobie na to, co mamy w powieści obyczajowej lub psychologicznej. To, co dzieje się teraz w kryminale, należy właśnie do kobiet. Zarówno, jeśli chodzi o autorki ale i bohaterki. Niedługo wyjdzie książka Gillian Flynn, której dałam solidną rekomendację. Bohaterka jej wcześniejszej książki, "Mrocznego zakątka", jest stokroć lepiej zbudowana niż Lisbeth Salander z "Millenium". Ona też jest oczywiście świetna i była pierwsza, ale to postać z komiksu. Libby Day z "Mrocznego zakątka" to natomiast żywa kobieta. Trudno mi oceniać kobiece postaci polskich autorów, ale prawdą jest, że kobieta lepiej zbuduje bohaterkę, ponieważ lepiej rozumie, jak to jest nią być i co nią kieruje.

Wracając do prawdy, której pani szuka na każdym etapie pisania książki. Co dzieje się, kiedy w końcu ją pani odkrywa? Chce pani ją osądzić, czy po prostu przekazać innym?

- Chcę opowiedzieć ją dokładnie tak samo, jak kiedyś opowiadało się historie. Ludzie siadali przy ognisku, przyjeżdżał wojownik i mówił. Chodzi o to, żeby w trakcie opowieści ludzie coś przeżyli. Nie ma tutaj żadnej misji zbawiania świata.

"Polskie morderczynie" i "Pochłaniacz" Katarzyny Bondy są dostępne tutaj >>

Więcej o: