Jak się żyje w stolicy Korei Północnej: opowiada Polak, Piotr Nowak, który spędził tu miesiąc na stażu

Korea Północna pilnie strzeże swoich tajemnic. Piotr Nowak spędził tu niemal cały sierpień 2014 roku. Nie był turystą. Przyjechał na staż i mógł się poruszać bez obstawy. Opowiada nam o tym, co zobaczył w stolicy najbardziej zamkniętego kraju świata.

Katarzyna Szczerbowska, kobieta.gazeta.pl: Co Pana zaskoczyło w Korei Północnej?

Piotr Nowak: Spodziewałem się pustych ulic, szarości i milczących ludzi. Zastałem jednak zupełnie inny obraz. Chociaż Korea jest krajem biednym, jeździ tu sporo samochodów, w tym wiele luksusowych. Co ciekawe paliwo kupuje się na... kilogramy. Powszechne są taksówki, ale żadna nie odważyła się mnie zabrać. Mieszkańcy chętnie się spotykają, uprawiają w parkach sporty lub tańczą. Pierwszą niespodzianką była wizyta w sklepie, w którym za zakupy zapłaciłem dolarami, a resztę otrzymałem w dolarach, euro, yuanach i gumach do żucia.

Nikt nie zaczepiał Pana na ulicy?

- Niestety Koreańczycy raczej unikają kontaktu z obcokrajowcami. Być może musieliby się później tłumaczyć o czym i dlaczego rozmawiali. Kiedy trafiłem do Korei Północnej, było tam bardzo gorąco i wilgotno. Byłem jedynym mężczyzną na ulicy, który nosił krótkie spodenki, miałem słuchawki na uszach. Z pewnością rzucałem się w oczy, ale nikt nie starał się nawiązać ze mną kontaktu. Pewnego razu wsiadłem do autobusu. To musiało być dla Koreańczyków szokujące, bo obcokrajowców korzystających z tego środka transportu w ciągu ostatnich 10 lat można byłoby zapewne policzyć na palcach jednej ręki. Nawet wtedy nikt do mnie niczego nie powiedział, chociaż każdy na mnie patrzył. Zdarzało się, że młode Koreanki machały do mnie z zalotnym uśmiechem.

W Korei Północnej obowiązuje równouprawnienie, ale z informacji, które stamtąd docierają wynika, że jest ono jedynie zapisem na papierze.

- Na pewno kobietom jest tam trudniej. To syn jest pożądanym potomkiem rodziny. Wynika to z tradycji, podobnie jest w Korei Południowej. Miałem okazję spotkać kobiety jedynie w Pjongjangu, mieście uprzywilejowanych. Mieszka tu wybrana, najbardziej zasłużona, ale też najbardziej kontrolowana elita. Kobiety wykonują tu głównie tak zwane kobiece zawody. Są nauczycielkami, fryzjerkami, sprzedawczyniami. Te najpiękniejsze kierują ruchem na ulicach. Wyższe stanowisko w hierarchii społecznej mają żony tych, którzy są ustawieni jeszcze wyżej.

Ideał koreańskiej kobiety to duże oczy, zgrabny nos, jasna skóra. Podobno powszechne są tam operacje plastyczne, które mają pomóc w osiągnięciu idealnego wyglądu.

- Kanony urody panujące w innych krajach Azji Wschodniej też tu docierają, zwłaszcza w ostatnich dwóch latach. Kobiety noszą od niedawna obcasy i kolorowe stroje. Latem zasłaniają twarz chroniąc się przed niepożądaną opalenizną. O operacjach plastycznych się w Korei Północnej nie mówi, więc trudno mi się odnieść do tej informacji. Jeśli rzeczywiście panuje tam taki trend, zastanawia mnie dlaczego ludzie nie dbają o stan swoich zębów. Zaniedbane uzębienie jest powszechne. Kiedy zapytałem barmankę w jednej z restauracji, czy nie zastanawiała się nad wstawieniem implantu, była zdziwiona, że brak jednego z przednich zębów może być problemem.

Jakie spotkanie najbardziej utkwiło Panu w pamięci?

- Z grupą dzieci pod pomnikiem Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila. Bardziej niż pomnikiem zainteresowały się mną. Wołały do mnie "hello" i z uśmiechem machały. Szybko zostały przywołane do porządku przez opiekunów tak, żeby w odpowiednio podniosłym nastroju mogły się pokłonić figurom wodzów. Uśmiech się już więcej nie pojawił. Poprosiłem opiekunów, żeby zgodzili się na moje zdjęcie z grupą. Wyrazili zgodę pewnie dlatego, że zwróciłem się z tą prośbą w języku koreańskim.

Mówi Pan po koreańsku?

- Znam dobrze podstawy języka, bo byłem na stypendium w Korei Południowej, ale okazało się, że w Korei Północnej język jest zupełnie inny, sformalizowany-wojskowy. Moi rozmówcy w większości rozumieli mnie, ale zdradzałem swoją wcześniejszą obecność we wrogiej Korei Południowej, co oczywiście nie było mile widziane.

Jakie rozrywki proponuje stolica?

- Pjongjang oferuje relatywnie sporo możliwości spędzania wolnego czasu. Są restauracje, bary, w których wieczorami mężczyźni piją lokalne, bardzo dobre piwo lub niskoprocentową wódkę soju. Poza typowymi atrakcjami turystycznymi jak np. muzea, można zobaczyć operę rewolucyjną, iść na mecz piłki nożnej, odwiedzić centrum sportowe czy aquapark. Byłem na strzelnicy z bronią ciężką, obejrzałem niesamowite akrobacje w cyrku, spacerowałem w pobliskich górach. Popularne jest karaoke. Panie z obsługi barów nie wiedziały, że uwielbiane przez nie piosenki Grease i Titanic to nie tylko piosenki, ale także filmy. Znały jednak Szekspira, można było z nimi porozmawiać o Chopinie, a ponieważ jestem również muzykiem, z jedną zagrałem na pianinie kilka utworów.

Co Panu się najbardziej podobało?

- Największe wrażenie zrobiło na mnie bogactwo przyrody Korei Północnej. Przemierzając kraj można spotkać jedne z najładniejszych widoków na świecie, wciąż nie dotknięte przez masową turystykę. Szczególne są również odbywające się tu wszelkie przedstawienia czy koncerty. Widać, że występujący całkowicie poświęcają się swojej roli i wszystko jest zawsze przygotowane perfekcyjnie, na światowym poziomie. Tak jest np. w cyrku, w którym akrobaci przy akompaniamencie orkiestry wykonują niezwykle karkołomne ruchy. Swoją drogą w trakcie lotu powrotnego na pokładzie koreańskiej linii Air Koryo, pokazani byli w telewizorach cyrkowcy z Korei Północnej na przemian z wpadkami grup amerykańskich.

Wycieczki do Korei Północnej są drogie. A jak jest na miejscu?

- Większość ludzi trafia do Korei Północnej w ramach zorganizowanej wycieczki. Wyjazd przebiega według starannie opracowanego planu, bez miejsca na jakąkolwiek swobodę. Turyści pod okiem przewodników wożeni są od pomnika do pomnika, od muzeum do muzeum, a w nocy mają zakaz opuszczania hotelu. Więcej mogą zobaczyć nieliczni pracujący tu dyplomaci, przedstawiciele międzynarodowych organizacji pozarządowych i pracownicy międzynarodowych firm działających w Korei.

Bywał Pan w sklepach dla uprzywilejowanych. Co można tam kupić?

To co kiedyś w Polsce w sklepach sieci Pewex - ubrania, słodycze czy alkohol, nie brakuje też drogich zegarków. Większość tych rzeczy dojeżdża tu z Chin, jest też trochę sprowadzonych z Niemiec. Dla przeciętnego mieszkańca Pjongjangu ceny są zaporowe, co nie znaczy, że od święta nie może sobie czegoś kupić.

Był Pan w tej niezwykłej sytuacji, mogąc poruszać się po stolicy bez obstawy. John Sweeney, który przyjechał do Korei Północnej na wycieczkę po tygodniowym pobycie stanął na głowie i napisał książkę liczącą 400 stron. "Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu". To głównie opowieść o historii tego kraju, o ludziach, którym udało się stamtąd uciec, o więźniach systemu. Jeśli się wyciśnie z tych informacji tylko te o samej Korei, zostaje niewiele: opis muzeum z prezentami dla Kim Dzong Ila i mauzoleum, w których wystawieni są na widok publiczny zmumifikowani Kim Ir Sen i Kim Dzong Il. Są refleksje o koreańskiej kuchni, kilka widoków z okna autokaru.

Pan John Sweeney jako turysta nie mógł widzieć zbyt wiele. Większość jego ujęć "z ukrycia" nie jest tajemnicą i można je zobaczyć np. na moim blogu. Z książką się jeszcze nie zapoznałem, dlatego nie mogę jej skomentować. We wspomnianym przez panią muzeum z prezentami dla zmarłych wodzów można znaleźć sporo medali ofiarowanych przez władze PRL, wśród nich kilka z początku 1989 roku, tuż sprzed zmian ustrojowych w naszym kraju.

Pan chodził nocą po mieście?

- Mogłem przemieszczać się po stolicy bez ograniczeń, o każdej porze, więc chętnie z tego korzystałem. Dla bezpieczeństwa miałem zawsze przy sobie lokalny telefon komórkowy. Polski tam nie działa, a na ten lokalny trzeba mieć pozwolenie. Spacerowanie nocą było niezwykłym doświadczeniem, ponieważ oświetla się tam latarniami tylko ścisłe centrum i pomniki. Cała reszta tonie w ciemności. Trzeba więc chodzić z latarką, żeby na coś nie wpaść ani się nie potknąć.

Jak wygląda nocne życie miasta pogrążonego w ciemności?

- Ludzie spotykają się pod blokami, kucają i rozmawiają z sobą. Podczas jednej z nocnych wędrówek po zakamarkach Pjongjangu nakryłem Koreańczyków handlujących smażonymi warzywami i mięsem. Taki mały kapitalizm. W nocy trzeba też być przygotowanym na wojskowe patrole wyłaniające się z ciemności. Zawsze witałem się z tym żołnierzami, a oni mi salutowali.

John Sweeney narzekał na koreańskie jedzenie. Opisał np. kolacje złożoną z krewetek upieczonych w benzynie. Pan też ma złe zdanie o tamtejszym jedzeniu?

- Moim zdaniem jedzenie jest tam bardzo dobre. Przypomina to, które jada się w Korei Południowej. Bazą jest ryż, do którego dodaje się mięso, warzywa. Owoce i warzywa smakują wyśmienicie, ponieważ do Korei Północnej nie dotarła jeszcze chemia.

Do Korei Północnej można kupić bilet tylko w jedną stronę, a dopiero na miejscu w drugą. Nie bał się Pan, że może już stamtąd nie wrócić?

- Turyści mają zorganizowany transport w dwie strony, natomiast przyjeżdżający tu służbowo mają faktycznie bilet w jedną stronę, a już na miejscu kupują powrotny. Będąc w Korei Północnej należy pamiętać, że jest się w kraju militarnym i należy szczególnie zwracać uwagę na zakazy i zwyczaje. Nie miałem powodów do obaw, ponieważ respektowałem prawo. Choć Korea Północna jest piękna, jej Diamentowe Góry przypominają Tatry, to na razie nie jest krajem na beztroskie wakacje.

Myśli Pan, że jest szansa na to, że zjednoczy się z Koreą Południową?

- Szansa oczywiście istnieje zawsze, ale w najbliższej przyszłości nic się nie zmieni. Problemem są nie tylko inne spojrzenia na świat, mentalność, ale również koszt zjednoczenia, który musiałaby ponieść Korea Południowa. Według szacunków ministerstwa ds. zjednoczenia byłoby to 700 miliardów złotych w zaledwie pierwszym roku. Sytuację na Półwyspie Koreańskim często porównuje się do niegdyś podzielonych Niemiec. W tamtym przypadku jednak sytuacja nie była pod każdym względem tak skrajnie różna w obu krajach. Moi przyjaciele na Południu są w tej kwestii wyraźnie podzieleni. Serce chce złączenia, rozum jednak obawia się znaczącego spadku jakości życia.

fot. Piotr Nowak, winglet.plfot. Piotr Nowak, winglet.pl fot. Piotr Nowak, winglet.pl fot. Piotr Nowak, winglet.pl

Piotr Nowak - student Informatyki i Ekonometrii Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, stypendysta National Taiwan University na Tajwanie oraz Soongsil University w Korei Południowej. Ekspert Instytutu Dyplomacji Społecznej, specjalista od protokołu dyplomatycznego, pasjonat Azji Wschodniej. Autor bloga podróżniczego www.winglet.pl .

 
 
 
 
Więcej o: