Powikłania, niebezpieczeństwo dla innych, słaba efektywność - pięć nieoczywistych skutków chorowania poza domem

Żeby pokonać przeziębienie czy wirusa trzeba dać sobie trochę czasu i zapewnić organizmowi odpowiednie warunki na zwalczenie choroby. Starając się funkcjonować jakby nic się nie działo, można ściągnąć konsekwencje nie tylko na osobę chorującą, ale także poważnie zaszkodzić innym. Komu i jak? Pięć bardzo konkretnych przypadków.

Nie ma jak kaszel po cesarce

Urszula: Przez całą ciążę dbałam o siebie wzorowo. Unikałam miejsc, w których aż kotłuje się od wirusów, zdrowo się odżywiałam, trzymałam formę. Dzięki temu przez prawie dziewięć miesięcy ani razu nie byłam chora, nawet raz nie drapało mnie w gardle, nie miałam kataru.

Termin porodu wypadał pod koniec lipca, kiedy więc przyjaciele wyprawili mi "baby shower" nie sądziłam, że może się nie niego stawić ktoś, kto jest chory - tym bardziej, że wydawało mi się, że lipiec to okres, w którym nie ryzyko zarżenia się wirusem jest niewielkie.

Byłam w błędzie. Żona jednego z gości przyszła chora. Po godzinie dostała gorączki, miała szkliste oczy, była rozpalona i pokładała się na kanapie. Co gorsza, w ogóle jej się nie spieszyło do wyjścia - zostali najdłużej.

Jeszcze tego samego wieczora zaczęło mnie boleć gardło i dostałam gorączki. Następnego dnia dostałam kataru. Dwa dni po feralnej imprezie - 10 dni przed terminem odeszły mi wody. Poród skończył się cesarką.

Nie jesteście sobie nawet w stanie wyobrazić, jak to jest leżeć płasko po porodzie i walczyć z atakami kaszlu, kiedy każde napięcie brzucha powoduje koszmarny ból w miejscu przecięcia i założenia szwów. Do tej pory mam ogromny żal do znajomych, że wystawili mnie i mojego synka na takie ryzyko.

ChorowanieChorowanie Fot. evil erin/CC BY 2.0/Flickr.com

Komplikacje i wizyta na pogotowiu

Dominik: Pracuję bardzo dużo, także w weekendy i po godzinach. Mam poczucie, że nad niektórymi sprawami panuję tylko ja, i że jestem - oczywiście - niezastąpiony. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem na zwolnieniu lekarskim. Chyba po operacji wycięcia wyrostka robaczkowego - dekadę temu.

Na urlopie także jestem pod telefonem i mam ze sobą laptopa. Chodzę do pracy z przeziębieniem, z infekcjami wirusowymi. Kiedy biorę leki na przeziębienie, i kiedy dostaję od lekarzy antybiotyki także pracuję.

Dwa lata temu przeszedłem przez zimę grypę i anginę - jedną po drugiej w ciągu dwóch miesięcy. Oczywiście nie dałem sobie szansy na chorowanie, bo byłem zbyt zajęty pracą. Pewnej nocy obudziłem się z tak przerażającym bólem serca, że myślałem, że to już koniec, że mam zawał i już jest po mnie. Wezwałem pogotowie. Okazało się, że to nie zawał, ale zapalenie osierdzia - „worka otaczającego serce”. Przez kilka nocy mogłem spać właściwie tylko na siedząco.

Sam sobie zgotowałem ten stan - nie doleczając infekcji, i nie dając sobie czasu na porządne wychorowanie się. Wiele mnie ta lekcja nauczyła i zmieniła moje podejście do zdrowia. Od tamtej pory jak choruję, nie pracuję.

Kaszel, który męczył wszystkich

Maja: Na przedostatnim ostatnim roku studiów zmieniła mi się opiekun roku i promotorka mojej pracy magisterskiej. Z aktywnej i ceniącej zdrowy tryb życia czterdziestolatki promotorki na palącą jak smok panią po sześćdziesiątce. Nasza nowa opiekunka była słabego zdrowia - śmialiśmy się, że jej dieta do kofeina, nikotyna i kurz biblioteczny.

Jeszcze w październiku zachorowała. Cały listopad przychodziła twardo na uczelnię - dwa razy odwoziłam ją nawet do domu, bo przemoczyła sobie na deszczu buty do skarpetek. Widać było, że jest chora i naprawdę nie czuje się dobrze.

Przez cały grudzień kaszlała tak strasznie, że ataki charczenia trwały nawet po 10 minut. Mnie samą po takich półtoragodzinnych zajęciach w jej towarzystwie bolały płuca. Nie mówiąc już o tym, że referowanie postępów w pisaniu pracy każdy z nas musiał przerywać i czekać, aż pani profesor minie atak. To było naprawdę trudne do zniesienia, męczące nie tylko dla niej, ale i dla nas. Koło lutego trochę jej się polepszyło, ale od znajomych z młodszych roczników wiem, że ta sytuacja powtarzała się co roku…

ChorowanieChorowanie Fot. viewminder/CC BY-NC-ND 2.0/Flickr.com

Efektywność na poziomie zerowym

Błażej: Moja opowieść będzie o chorobie szefa. Mój przełożony choruje i pracuje. Właściwie to nie wiem, co on robi oprócz rozsiewania wirusów, kichania i kaszlenia. Dobrze, że ma swój gabinet - siła jego rażenia jest mniejsza.

Już kilka razy udowodnił, że podejmowanie kluczowych decyzji pod wpływem działania mocnych leków likwidujących objawy grypy może mieć fatalne konsekwencje. Szef jest rozkojarzony, gorzej łączy fakty, motoryka mu siada.

Zdarzyło mu się wysłać maila z odpowiedzią do wszystkich, zamiast do pojedynczego nadawcy (dzięki temu dowiedzieliśmy się, co sądzi o pewnym dyrektorze regionalnym), przytarł także służbowy samochód o kolumnę w garażu.

To najlepszy przykład na to, że chorowanie w pracy może przynosić wymierne szkody i generować niepotrzebne koszty.

ChorowanieChorowanie Fot. nicole mays CC BY-NC 2.0/Flickr.com

Cierpliwość na wyczerpaniu

Dorota: Jestem najlepszym przykładem na to, że nie nadaję się do heroicznego udawania, że mogę chorować i normalnie funkcjonować. Mam dwie córki w wieku przedszkolnym, i to dla nich zaczęłam przestrzegać chodzenia na L4.

Jak chorowałam i chodziłam do pracy, wracałam do domu ledwo przytomna. Moja cierpliwość spadała do zera - krzyczałam na dziewczynki, które nie rozumiały, że jestem zmęczona i chora. Bez wygrzania się wracałam do zdrowia mniej więcej trzy tygodnie. Kiedy przestrzegam zaleceń lekarza jestem zdrowa w ciągu siedmiu dni.

Teraz przynajmniej zostaję w domu, a kiedy moje córki wracają z przedszkola mam na tyle energii, że jestem w stanie poczytać im, zrobić kolację i położyć spać. 

Weź udział w dyskusji:
Powikłania, niebezpieczeństwo dla innych, słaba efektywność - pięć nieoczywistych skutków chorowania poza domem
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl