Pani doktor od powieści. "Usłyszałam, że fantastyka jest dla mężczyzn, a ja piszę romansidła" [ROZMOWA]

Zadebiutowała jako piętnastolatka. Od tego czasu Katarzyna Berenika Miszczuk wydała 12 książek, sprawnie żonglując gatunkami. A wszystko to godzi pracując na pełen etat jako... lekarka w przychodni.

Ola Długołęcka, Kobieta.gazeta.pl: Co mówisz przedstawiając się osobom, które cię nie znają? Że jesteś lekarką czy pisarką?

Katarzyna Berenika Miszczuk*: Definiuję się raczej jako lekarka. W mojej głowie pisanie to cały czas hobby, a nie pretekst do chwalenia się. Wychodzi przypadkiem przy różnych okazjach. Jestem głównie lekarzem - robię specjalizację z medycyny rodzinnej.

Hobby? Napisałaś 12 książek w dość krótkim czasie. Taki rygor to nie hobby, tylko praca!

- Zaczęłam pisać, gdy miałam 15 lat. Pisałam dla zabawy. To był dla mnie sposób na spędzanie czasu, tak samo pasjonujący jak czytanie książek. Z tą różnicą, że moje powieści kończą się tak, jak ja chcę. Na studiach pisanie było dla mnie odskocznią od spraw codziennych, stresujących. A teraz? Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie pisać, ale dopiero od trzech-czterech lat czuję, że mogę się nazywać pisarką.

A teraz lepiej być pisarzem, czy lekarzem?

- Zależy, czego oczekujemy od życia. Oba te zawody są pasjonujące, fascynujące, dostarczają wrażeń - chociaż praca pisarza może się taka nie wydawać. Nie da się tych dziedzin porównać, są zupełnie inne. Praca lekarza to ogromna odpowiedzialność, ale i satysfakcja, kiedy wyleczymy pacjenta, pomożemy mu. Pisarz nie ma żadnej odpowiedzialności. Bo jaka na mnie spoczywa odpowiedzialność? Że źle postawię przecinki, zrobię błąd rzeczowy i ktoś mi go wytknie? Co to jest za odpowiedzialność? Żadna. Ale satysfakcja z pisania jest ogromna, bo dostaje się wiele maili zwrotnych, wiadomości, że komuś się nasza książka podobała, ludzie przychodzą na spotkania. To jest zastrzyk endorfin, kiedy otwiera się skrzynkę odbiorczą, w której są wiadomości: „Nigdy nie czytałam książek poza lekturami, przeczytałam pani książkę i będę czytać”.

Co więc dają ci te dwie sfery zawodowe: medycyna i literatura? Wnoszą coś wzajemnie w twoje życie?

- Gdybym była tylko pisarką i nie wychodziła do ludzi, moje książki byłyby znacznie uboższe. Pracuję w przychodni pierwszego kontaktu POZ (Podstawowa Opieka Zdrowotna), mam kontakt z olbrzymią liczbą ludzi. Przez cały dzień mówię, poznaję nowe osoby, słucham ich historii - zwłaszcza osób starszych, które opowiadają o tym, co się działo przed wojną, w jej trakcie oraz oczywiście po wojnie. Słuchanie i rozmawianie niesamowicie wzbogaca wyobraźnię. Praca pisarza to z kolei oderwanie od tych zmartwień. Nikomu nie zrobię krzywdy, nic nie zepsuję. Akcję najnowszej powieść osadziłam w szpitalu, a jej bohaterką jest lekarka.

Jaki mają do ciebie stosunek koledzy i koleżanki po fachu - zarówno lekarskim, jak i pisarskim?

-  Nie mam zbyt wielu kontaktów z pisarzami. Gonię z jednej pracy do drugiej. Nie jeżdżę na imprezy branżowe, zazwyczaj tylko odwiedzam targi książki i konwenty. Wtedy mam okazję z kimś porozmawiać. Szkoda, że tak mało, warto byłoby powymieniać się doświadczeniami.

Koledzy lekarze się nie dziwią, bo większość z nas ma różne talenty i hobby – na przykład wielu lekarzy gra na instrumentach. Każdy z nas potrzebuje odskoczni od tego, co widzimy na co dzień, od śmierci, od choroby, od złego. Lekarzy nie dziwi więc, że piszę.

Myślisz, że na dłuższą metę takie rozdarcie i praca na dwa etaty sprawdzi się w twoim przypadku?

- Jestem teraz w trakcie specjalizacji, więc mam dużo pracy. Przede mną jeszcze półtora roku rezydentury, a później egzamin. Myślę, że kiedy zdam egzamin i zdobędę tytuł specjalisty to zrobię sobie przerwę od medycyny, bądź zwolnię tempo. Moim wielkim życiowym planem jest zatrudnić się na dwa-trzy dni w tygodniu w POZ-ecie, a resztę czasu poświęcić pisaniu i rodzinie. To pieśń przyszłości. Zobaczymy jak życie się potoczy.

Jesteś autorką ze stajni dużego, cenionego wydawnictwa (Grupa Wydawnicza Foksal), trudno mi uwierzyć, że piszesz wtedy, kiedy spłynie na ciebie wena. Podejrzewam, że musisz wykazać się większą samodyscypliną. Jesteś zobowiązana umową do pisania określonej liczby książek?

- Dwa lata temu miałam luźne podejście do pisania. Tworzyłam jedną książkę rocznie i funkcjonowało to na zasadzie: „Co teraz napisałaś?”,„Napisałam coś takiego”, „O, fajnie, to wydamy”. Teraz mam umowy na dwie książki rocznie, mocno podkręconą śrubę, terminy, deadline’y! Muszę się zapowiedzieć, co napiszę. Mam już zaplanowane powieści do 2019 roku włącznie - ja już wiem, co się będzie u mnie działo.

Bywa tak, że piszesz coś, co jest następnie odrzucane?

- Mam bardzo dobry kontakt z moją redaktorką w wydawnictwie. Na bieżąco mówię jej co robię, co mi właśnie przyszło do głowy. Słucham dobrych rad i jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś pokręcił głową, mówiąc: „to nam się nie podoba, teraz chcemy coś innego”.

Jak dużą masz swobodę pisarską, a jak duża jest ingerencja w to, co piszesz?

- Wolność mam praktycznie nieograniczoną, mogę napisać wszystko, co chcę. To pewnie zasługa tego, że piszę od 15 lat, sporo moich książek jest na rynku, a moja redaktorka mi ufa. Wiem jednak, że nie napisałabym na zadany, modny temat. Nie lubię, jak mi się mówi, co mam robić.

Prześledziłam prowadzony przez ciebie profil fanowski na Facebooku, który sprawia wrażenie bezpiecznej bańki, odwiedzanej przez same przychylne ci osoby. Z drugiej jednak strony popularność przyciąga także osoby mniej miłe. Zdarzają się sytuacje, w których jesteś krytykowana?

- Zdarzają. Krytyka zawsze boli, chyba że jest konstruktywna. Taką krytykę uwielbiam, bo pomaga poprawić warsztat. Zdarzają się recenzje, które niestety nie są konstruktywne. Puszczam je mimo uszu, bo poza uzewnętrznieniem uczuć osób piszących, nie pomagają mi pisać lepszych książek. Zdarza się także tzw. „hejt”. Kiedy dostałam nagrodę portalu Lubimyczytać.pl za najlepszą powieść w kategorii fantastyki za powieść „Szeptucha”, usłyszałam, że to nie jest fantastyka, że skoro jestem kobietą to nie mogę pisać takich książek, bo fantastyka jest zarezerwowana w naszym kraju tylko i wyłącznie dla mężczyzn, a ja piszę romansidła. Hejt zawsze będzie, nieważne jak człowiek będzie się starał. Trzeba wyhodować twardą skórę.

 

Czy czujesz, że jest być może rozłam między tym, jak jesteś postrzegana przez czytelników i przez świat literacki?

- Tylko w przypadku fantastyki, kiedy dowiaduję się, że nie mam prawa pisać rzekomo "męskiej literatury". Łatwo można wskazać statystyki, które pokazują, że to kobiety częściej czytają fantastykę. Bardzo staram się unikać szufladkowania - zwłaszcza w literaturze. W każdej mojej powieści staram się zawrzeć kilka gatunków literackich. Ciężko mnie przyporządkować do jednego gatunku. Czasami to kryminał, komedia romantyczna. Innym razem parodia science fiction.

Jak ta zmiana gatunków wpływa na czytelników? Są przecież ludzie, którzy sięgają po konkretne gatunki, niczego poza np. kryminałem nie uznając. Inni mają wybranych autorów, a ci z kolei zazwyczaj są wierni jednemu gatunkowi. Jak twoi czytelnicy znoszą te zmiany?

- Wydaje mi się, że w moim przypadku można mówić o sytuacji pół na pół. Mam zaciekłych fanów, przywiązanych do mojego nazwiska - oni przeczytają każdą moją książkę, nie przejmując się gatunkiem, ponieważ lubią styl i język, którym się posługuję. Mam grupę fanów, którzy przeczytali moją pierwszą powieść „Wilk”, napisaną 15 lat temu i są ze mną od tamtej pory, razem ze mną dorośli! Z drugiej strony są też fani, którzy przeczytali jedną konkretną książkę. W ich przypadku jest szansa, że może sięgną do innych moich powieści. Miałam taką sytuację w przypadku cyklu słowiańskiego. Kilka czytelniczek, które przeczytały „Pustułkę”, która była kryminałem w stylu Agathy Christie, nie czytało nigdy fantastyki, ale na próbę sięgnęły po powieść z elementami fantastyki. Przełamały się i im się spodobało.

Co twoim zdaniem jest wyznacznikiem sukcesu pisarza w Polsce? Czujesz, że osiągnęłaś sukces?

- Wydaje mi się, że go osiągnęłam, ale moim zdaniem nie jest on uzależniony od liczby sprzedanych egzemplarzy. Dużo ludzi ściąga książki z internetu, liczby nielegalnych ściągnięć nie da się kontrolować. W związku z tym ilość sprzedanych egzemplarzy niekoniecznie może się przekładać na popularność danego pisarza i jego książek. Wydaje mi się, że wyznacznikiem sukcesu powinna być ilość czytelników na spotkaniach autorskich, ilość opinii w internecie, plebiscyty.

Pisanie jest zajęciem lukratywnym?

- Jestem w tej branży od 15 lat i wydałam 12 książek, które krążą po rynku - w tej chwili dałabym radę się z tego utrzymać. Ale pisanie to nie jest stała praca. To, że książki teraz się sprzedają, nie oznacza, że tak samo będzie za rok, albo za dwa. To dlatego wykształcenie i tzw. „normalny” zawód są dla mnie bardzo ważne.

Czy zagraniczne wydawnictwa interesują się prawami do twoich książek?

- Raz na jakiś czas słychać głosy zainteresowania, ale to długi i złożony proces, w którym obie strony muszą się dogadać. Na razie żadna z moich powieści nie posiada tłumaczenia zagranicznego. Sześć lat temu były bardzo poważne plany przetłumaczenia powieści „Ja, diablica” na rosyjski, jednak tamto wydawnictwo chyba w międzyczasie zbankrutowało.

Jakie swoje potrzeby zaspokajasz pisząc?

- Przygód! Gdy czytamy książkę, to przenosimy się do innego świata. Z pisaniem jest identycznie, z tym, że dużo mocniej wchodzi się w życie bohatera. Jak zaczynałam pisać, potrafiłam mieć zły humor, bo taki miała moja bohaterka. Nie potrafiłam oddzielić fikcji od życia. Teraz na szczęście potrafię. 

Czy myślisz, że współcześnie samo pisanie wystarcza? Czy trzeba - tak jak ty - być aktywnym na wielu płaszczyznach, w tym w mediach społecznościowych?

- Era pisarzy niewychodzących z domu, siedzących za biurkiem z winem i papierosem, czy zalegających w pokoju hotelowym nad morzem, bezpowrotnie się skończyła. Pisarz nie jest tak medialny jak aktor czy piosenkarz, ale musi wyjść do świata. Musi jeździć na spotkania autorskie, udzielać się w mediach społecznościowych. Mam profile na Facebooku, Instagramie, konto na Twitterze, (chociaż tego ostatniego do końca nie rozumiem, bo nie umiem się zmieścić w narzucanej liczbie znaków). Założyłam bloga, który pełni rolę strony informacyjnej, na której zamieszczam daty spotkań, terminy premier. Ostatnio na kanał na YouTube wrzucam także zwiastuny filmowe powieści.

Z czyim zdaniem w ocenie twoich książek liczysz się najbardziej?

- Mamy i męża. To moi pierwsi recenzenci. Moja mama, z zawodu nauczycielka geografii, jest już redaktorem z prawdziwego zdarzenia. Czyta każdą moją powieść. Jest surowa jeśli chodzi o błędy logiczne, przecinki, błędy gramatyczne. Nie wyślę żadnego swojego tekstu do wydawcy jeśli ona na niego nie zerknie.

Jesteś na bieżąco w trendach wydawniczych, wiesz, co się teraz czyta i dobrze sprzedaje?

- Zupełnie nie! Kupuję mnóstwo książek, ale przeważnie przegapiam nowości. Wiem, że ostatnio był prawdziwy boom na powieści erotyczne, ale nie mam pojęcia co teraz jest modne. Mój mąż żartuje, że gdybym napisała bestsellerową powieść erotyczną, to bylibyśmy bogaci. Ja jednak nie potrafiłabym się przemóc. W jednej z moich powieści, w "Żercy", jest kilka odważniejszych scen. Napisanie jednej strony zajmowało mi cztery dni. Było bardzo ciężko, bo nie chciałam, żeby było wulgarnie, zbyt prosto, za infantylnie, żeby nie pokazać za wiele albo zbyt mało. Nie ma nic gorszącego, ale cztery dni pracy na jedną stronę? To się zupełnie nie opłaca. Poza tym chyba strasznie bym się wstydziła napisać powieść erotyczną.

Co jest w procesie pisania dla ciebie najtrudniejsze, a co najłatwiejsze?

- Najtrudniejszy jest środek powieści, bo początek i koniec zawsze mam w głowie już na samym początku pisania. A środek każdej książki to wielka niewiadoma. Nie piszę z planem wydarzeń, tylko tworzę na bieżąco pisząc to, co akurat przyszło mi do głowy. Najprzyjemniejsze jest czytanie ostatniej wersji książki, już poprawionej i to poczucie, że mogę z czystym sumieniem napisać słowo: "koniec".

Masz w głowie wyobrażenie na temat swojego czytelnika?

- Czytałam kiedyś poradnik Stephena Kinga. Doradzał by za każdym razem podczas pisania wyobrażać sobie swojego idealnego czytelnika. Mnie jak na razie ciężko go sobie wyobrazić. Moi czytelnicy stanowią szeroką grupę, bo to nie tylko kobiety, ale także mężczyźni, nie tylko dorośli, ale także nastolatki. Na spotkanie przychodzą matki z córkami, każda trzyma inną moją książkę. Mój idealny czytelnik ma bardzo dużo twarzy.

Stawiasz sobie wyzwania w pisaniu?

- Tak. Chciałabym napisać książkę z każdego gatunku i w ten sposób znaleźć ten, który byłby moim ulubionym. Chociaż nie wiem, czy sprostam temu wyzwaniu. Obecnie gatunkowo najbliżej mi do powieści przygodowej, w której byłby i romans, trochę grozy, sensacji i fantastyka - jak w filmach o Indianie Jonesie. Innym wyzwaniem jest dla mnie tak pisać, by książki były coraz grubsze. Do „Nad Niemnem” jeszcze mi trochę brakuje, ale chciałabym, żeby moje powieści wyglądały okazale na półce. Chciałabym także wydać powieść w twardej oprawie!

.. Akcja najnowszej powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk 'Obsesja' wydana przez W.A.B toczy się w znajomych autorce sceneriach szpitala. Fot. Materiały prasowe

*Katarzyna Berenika Miszczuk od lat pisze książki będące mieszaniną gatunków, Część z nich jest osadzona w światach fantastycznych, a bohaterami są np. słowiańscy bogowie. Bestsellerowa seria Kwiat Paproci („Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”) od samego początku wzbudza u czytelników gorące uczucia, „Szeptucha” przebiła już 30 000 sprzedanych egzemplarzy, było pięć dodruków. Ma zagorzałe, wierne fanki, na targach książki podpisuje swe powieści po dwie godziny (a i to z trudem starcza), na spotkania z Miszczuk potrafi przychodzić nawet kilkaset osób.

80. rocznica urodzin Agnieszki Osieckiej, niezastąpionej artystki o bogatym życiorysie

Więcej o: