Alfie Evans odsłania obłudę i hipokryzję. By pomóc, nie wystarczy się wzruszać i modlić [KOMENTARZ]

Dlaczego to akurat o Alfie'm Evansie mówimy i jemu poświęcamy czas? Tym bardziej, że z kilku zdań i serduszek na Facebooku czy Twitterze nic tak naprawdę dla niego i jego rodziców nie wynika?

O Alfie'm Evansie mówią, piszą i postują wszyscy. Zatweetował i prezydent Andrzej Duda stwierdzając, że chłopiec musi zostać uratowany. Do tych słów wsparcia oraz licznie płynących z Polski gestów otuchy i solidarności ze zrozpaczonymi rodzicami dwulatka, odniósł się Tom Evans, ojciec dziecka.  

Przed kamerami powiedział: - Jestem ujęty polską serdecznością. Polska jest niesamowita. Zanim Polacy stanęli w naszej obronie, poznałem wielu z nich w collegach czy innych szkołach. Są tacy serdeczni, tacy poukładani. Miałem kiedyś sąsiada z Polski. Trudno mi uwierzyć w takie wsparcie, w te wszystkie flagi. To jest dla mnie bardzo ważne, to wiele znaczy. Nie ma słów, którymi mógłbym wyrazić podziękowanie za poparcie, jakiego udzielił nam polski prezydent.

Wierzę Tomasowi Evansowi. Wierzę, że jest szczerze poruszony płynącymi z całego świata głosami wsparcia i współczucia. Wierzę, że dzięki temu nie czuje się sam. Choć fakty są takie, że w całej tej sytuacji jest zupełnie sam ze swoją partnerką. Napisanie o modlitwie za czyjeś zdrowie nie jest żadnym realnym wsparciem i niczego nie zmienia.

Czy to jednak znaczy, że mamy się nie wzruszać? Nie czuć współczucia wobec tragedii drugiego człowieka? Nie myśleć i nie modlić się za niego? Ależ nie. Tym bardziej, że byłoby to niemożliwe, bo uczucia po prostu nam towarzyszą. Sama, gdy patrzę na zdjęcia zniczy i pluszowych misiów ustawianych pod ambasadami Wielkiej Brytanii w Polsce, ulegam chwilowemu, lekkiemu poruszeniu.

Nie dziwi mnie więc, że rzesze internautów przeżywają historię małego Alfiego, dając temu wyraz w mediach społecznościowych. Co więcej, znów napiszę, że wierzę w to, że biorą się z prawdziwych i szczerych odruchów. Jest jednak rzecz, która w tym wszystkim mnie zatrzymuje i zastanawia. Dlaczego to akurat o Alfie'm Evansie mówimy i jemu poświęcamy czas?

Oczywiście, przypadek Evansa jest w pewnym sensie wyjątkowy, choćby przez samo zaangażowanie wymiaru sprawiedliwości w decyzję o jego dalszym leczeniu. Samo to antagonizuje opinię publiczną i pobudza do dyskusji (albo awantur). Zastanawiam się jednak czy to jest wystarczające, żeby skupiać tyle uwagi na brytyjskim chłopcu? Ostatecznie w każdym polskim hospicjum dziecięcym umiera mały Evans i nie widzę, żeby posty na ten temat zalewały media społecznościowe.

Idźmy dalej. Mały Evans, zupełnie nieświadomie, stał się papierkiem lakmusowym odsłaniającym obłudę i hipokryzję rządzących. Łatwiej jest dostrzec i pochylić się nad odległym - bo brytyjskim - dramatem rodziców Alfiego, za to dużo trudniej dostrzec koczujących w polskim Sejmie od dziewięciu dni rodziców dorosłych niepełnosprawnych, domagających się m.in. objęcia ich świadczeniami, które przysługują dzieciom.

Duda zaskoczył rodziców protestujących w Sejmie. 'Jest nadzieja, ale protest trwa do skutku'

Można by pomyśleć i pewnie słusznie się oburzać, że łatwo tak krytykować zza biurka. Ale rzeczywiście, znacznie bardziej od pustych, choć czasem niosących otuchę słów czy nakładek na zdjęcie profilowe, wolę czyny. Bo, jak powiedziała kiedyś moja znajoma, słowami można kochać nawet brytyjską królową, tylko, że nic z tego nie wynika. Co zatem zamiast postów o modlitwach i ciepłych myślach?  

Podzielę się własnym doświadczeniem, być może kogoś zainspiruje. Byłam wolontariuszką w domu dziecka, hospicjum, a teraz w ośrodku, który pomaga kobietom doznającym przemocy. Poświęcałam i poświęcam na to od 3 do 5 godzin tygodniowo własnego wolnego czasu. Bywało trudno. Jak choćby wtedy, gdy odwiedzałam moją podopieczną w hospicjum, której upiekłam jej ulubione ciasto z jabłkami i budyniem. Weszłam do sali, w której leżała, z jeszcze ciepłą foremką, ale jej łóżko było zaścielone. Umarła między moimi odwiedzinami, a ja zostałam z prezentem dla niej w ręce i uczuciami, z którymi trzeba się zmierzyć, gdy odchodzi ktoś, z kim zdążyliśmy się zżyć.

Bywało, że płakałam wychodząc z domu dziecka, czując smutek i złość z powodu własnej bezsilności. Słuchanie o przemocy wobec kobiet również nie jest łatwe. Te trudne emocje, które przeżywałam oraz sytuacje, z którymi się mierzyłam w czasie wolontariatu, należy wpisać po stronie kosztów.

 

Ale są i zyski z bycia wolontariuszem. Pensjonariusze w hospicjum co chwila przypominali mi, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Dzieci w domu dziecka uczyły odpowiedzialności, choćby za dane im słowo, że za tydzień znów się zobaczymy. I ostatnie, może najważniejsze, czułam się potrzebna. Egoistyczna pobudka, zdecydowanie poprawiająca samopoczucie i myślenie o sobie. Dokładnie tak samo, jak napisanie posta opatrzonego emotikonem złamanego serca o wspieraniu Alfiego Evansa. Tylko, że z kilku zdań na Facebooku czy Twitterze nic dla tych, o których piszemy, nie wynika.

Możemy jednak uznać, że skoro rusza nas czyjaś tragedia, to mamy w sobie przynajmniej odrobinę wrażliwości. Spożytkujmy ją na coś bardziej realnego i po opublikowaniu - skoro już czujemy taką potrzebę - kilku ciepłych zdań do nieznanego nam chłopca i jego rodziców, sprawdźmy czy przypadkiem starsza sąsiadka z bloku nie potrzebuje pomocy w wyjściu na spacer albo zrobieniu zakupów. Upewnijmy się, czy sąsiad, któremu niedawno zmarła żona, nie czuje się samotny i nie chciałby porozmawiać? A może gdzieś niedaleko jest schronisko dla psów, które czekają, aż ktoś wyprowadzi je na spacer? Jestem pewna, że wdzięczność okazana przez realne osoby da nam znacznie więcej satysfakcji i poczucia sensu niż podziękowania Tomasa Evansa wypowiedziane do wszystkich Polaków przed telewizyjnymi kamerami.

Czekamy na Wasze listy. Autorom opublikowanych listów zrewanżujemy się drobnym upominkiem. Piszcie: kobieta@agora.pl.

Przemytnik zabawek z oblężonego miasta. Dla uśmiechu dzieci ryzykuje życie i zdrowie