"Mam kolejkę chętnych do pożyczenia książki, widać efekty diety mówią same za siebie" [28 DNI DO BIKINI - TYDZIEŃ 4]

Za nami cztery tygodnie diety dwóch redaktorek: Kamili i Oli. Jedna tylko gotowała wedle zaleceń, druga także ćwiczyła zgodnie z wytycznymi. Po miesiącu Ola zdecydowała, że będzie dalej stosowała się do zaleceń i trzymała planu treningowego.

Ostatni tydzień początku reszty życia

Oficjalnie program „28 dni do Bikini Body” australijskiej trenerki Kayli Itsines zakończyłyśmy w terminie - po czterech tygodniach. Każda z nas jednak - na swój sposób - pozostała przy diecie.

Dla mnie odkryciem były ćwiczenia. Wciąż - półtora miesiąca po „zakończeniu” diety - ćwiczę według zaleceń. Zachęciły mnie do tego efekty - a przede wszystkim „spalony” tłuszcz na brzuchu. Udaje mi się upchnąć także wizyty dwa razy w tygodniu na siłowni, bo czymże jest przerwa na 45 minut aktywności w drodze do domu w obliczu lenistwa przez resztę wieczoru? Przesiadłam się także całkowicie na rower - codziennie po pracy muszę pokonać odcinek górski, czyli podjazd ulicą o sporym nachyleniu.

 

Podobno wystarczy 21 dni, żeby wyrobić w sobie pewne nawyki - przez czas spędzony na diecie Kayli zostało mi jedzenie regularnie posiłków, chociaż od początku podwieczorki mi nie podeszły i teraz także najczęściej je przegapiam. Jem mniej mięsa, o wiele więcej warzyw, mniej zbóż. Codziennie kombinujemy i planujemy z mężem gotowanie obiadów i kolacji, które potem mogę zabrać ze sobą do pracy. Nie jem słodyczy (robię wyjątek tylko dla proteinowych batoników o smaku fistaszków, od których jestem prawdopodobnie uzależniona).

Płaski brzuch

Ale nie oszukujmy się - najważniejszy jest efekt. Po to w końcu stałam się niewolnicą planu dietetyczno-treningowego. Po czterech tygodniach ja efekt widzę. Może na zdjęciach nie jest uderzający, ale różnica przed i po jest. Spódnice przestały mnie cisnąć w talii, spodnie na mnie przyjemnie wiszą, legginsy sportowe (bardzo obcisłe) wreszcie leżą jak ulał i nie odcinają boczków. Ja swój cel osiągnęłam. I mam świadomość, że gdybym się tak serio-serio przyłożyła, mąż nie oszukiwał na porcjach (bo były większe, niż powinny być), to efekt dłuższego przestrzegania diety miałby szansę być spektakularny. Wiem, że wypadałoby, żebym dla lepszego efektu dodała jeszcze jeden, trzeci obwód, ale - powiedzmy sobie szczerze - aż tak skłonna do poświęceń w imię figury nie jestem.

Kamila uważa, że jest najszczuplejsza w życiu. Przy jej codziennej aktywności (trenuje pole dance) dieta miała duży wpływ na sylwetkę. Zresztą to, że program Bikini Body działa, widać najlepiej na zdjęciach, które na profil Kayli na Instagrama dostarczają inne - ćwiczące z fitnesską - kobiety.

 

Chodzące reklamy

Kamila, która korzystała tylko z przepisów na posiłki, ma kolejkę chętnych do pożyczenia książki. Widziałam ją, jak przy biurku dekorowała nasionami chia i orzechami nerkowca swoją śniadaniową misę ze zmiksowanych z jogurtem owoców. Moi teściowie prosili o podesłanie dwóch przepisów na dania z książki, które u nas jedli. Sąsiadka zachęcona moją szczuplejszą sylwetką poleciała kupić książkę, ale trafiła na ostatni egzemplarz i na dodatek bez plakatu z planem treningowym (ktoś go wyrwał).

Kamili po diecie został wspomniany już zwyczaj jedzenia zróżnicowanych owocowych śniadań. - Śmielej eksperymentuję w kuchni. Szczególnie jeśli chodzi o gotowanie bezmięsne. Kotlety na bazie kaszy jaglanej są stałym punktem tygodnia. Super jest to, że robię je w sumie bez pomagania sobie przepisami, eksperymentując z ilościami składników. To zasługa diety, bo nauczyłam się mniej więcej, co w jakiej ilości jak będzie się w kuchni "zachowywało" i teraz co mam pod ręką, to ląduje w kotletach.

Druga ważna rzecz jest taka, że pojawiło się kilka rzeczy, które mam w kuchni zawsze: kasza jaglana, płatki owsiane, siemię lniane, orzechy, pestki dyni, ziarna słonecznika, daktyle.

Zupełnie szczerze (książka nie jest naszego wydawnictwa i nie jest to artykuł sponsorowany) uważam, że jest to najlepiej opisany i usystematyzowany plan dietetyczno-treningowy, jaki widziałam. Fakt, że są przepisy na każdy dzień sprawia, że po tygodniu wbijamy się w rytm i wszystko idzie prościej i sprawniej. Nim się obejrzymy mija miesiąc, a część nawyków wchodzi nam w krew.

Kamila wytyka jednak minusy diety Kayli. - Ta dieta jest w dużej mierze niedostosowana do polskich warunków. Albo składniki trudno dostępne w naszej strefie klimatycznej, albo tak bardzo fit-eco-wszystkofree, że Polska jeszcze nie jest przygotowana aż tak dobrze na tę modę.

A za tym idą oczywiście ceny - znaleźć wszystko można, ale trzeba mieć do tego worek złota.

Na szczęście dieta nie jest restrykcyjna i pozwala na wiele kompromisów. I to jest moment, w którym uczymy się właśnie zdrowego odżywiania na własną rękę - tłumaczy Kamila. - Kiedy przyzwyczaimy się do pewnych powtarzalnych reguł (ile nabiału czy zbóż kiedy, jakie przyprawy do czego pasują itd.), można dosyć łatwo na prędkości zaplanować posiłki bez szczególnego skupiania się na dokładnym przepisie. 

 

Co dalej?

Włożyłam tak dużo energii i czasu w przestrzeganie zaleceń, że naprawdę nie mam ochoty wracać do dawnego składu ciała, gdzie mniej było masy mięśniowej, a więcej tłuszczowej. Przestały mnie także interesować wskazania wagi łazienkowej.

Pomiary Bikini BodyPomiary Bikini Body Fot. Archiwum prywatne

Kayla przekonała mnie, że waga nie rozróżnia składników ciała, takich jak woda, tkanka mięśniowa czy tłuszczowa. Trzy kilogramy mniej na wadze nie muszą świadczyć o tym, że straciliśmy tłuszcz. O tym świadczy podkreślenie mięśni, ujędrnienie ciała.

Mięśnie ważą więcej niż tłuszcz, ale zajmują także mniej miejsca - pisze australijska trenerka.

Mogę więc ważyć więcej, ale fakt, że mieszczę się w sukienkę, która dwa miesiące wcześniej nie dopinała się w talii, jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że pogram Bikini Body zakończyłam sukcesem. I że warto go kontynuować, stosując proste zasady. Bo tu nie chodzi o wyliczanie kalorii, ale trzymanie się grup pokarmowych i kontrolowanie spożywanej ilości jedzenia. A tego można się nauczyć gotując z Kaylą przez miesiąc.