"Miałyśmy dziwne imiona, nienormalny dom, dziwnie wyglądałyśmy". Rozmawiamy z siostrami Szpurami o ekologii

- Areta przeszła drogę od głupiej blogerki, która zaśmieciła świat ubraniami do aktywistki walczącej o planetę. Ja, jak miałam siedem lat, to na lekcji przyrody wyciągnęłam plastikową reklamówkę i zrobiłam godzinne wystąpienie o tym, jak ptaki umierają przez reklamówki - rozmawiamy z siostrami Szpurami: Emmą, czyli ptasią mamą i Aretą, jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktywistek ekologicznych w Polsce.

Nasza planeta potrzebuje nas dziś jak nigdy. Oceany i plaże zaśmiecone są plastikiem. Klimat zmienia się radykalnie. Co jednak zrobić, by realnie jej pomóc? W naszym cyklu "Ludzie w klimacie" pokażemy wam inspirujące sylwetki osób, które zmianę zaczęły od siebie i które dziś pokazują nam, co zrobić, żeby lepiej dbać o nasz dom - Ziemię. Na kolejne odcinki cyklu zapraszamy w każdy piątek o 16.00 na Gazeta.pl.

Aga Kozak: Areta, ile miałaś lat, jak pojawiła się Emma?

Areta Szpura*: Sześć. Bardzo chciałam mieć siostrę i podobno męczyłam rodziców o nią długo. Więc jak już się pojawiła, to stwierdzili, że mogę jej nadać imię. A że byłam wielką fanką Spice Girls, to wybór był prosty.

Emma, jak się czujesz z tym imieniem?

Emma Szpura*: Bardzo dobrze, jestem za nie siostrze wdzięczna. No i za to, że "wywołała" mnie na świat. Słyszałam co prawda jakieś plotki, że miałaś wybrać między siostrą a psem…

A: Tego nie pamiętam.

E: … ale cieszę się, ze wybrałaś mnie, nie psa, jeśli to prawda. Od razu widać, że obydwie jesteśmy trochę walnięte…

Walnięte czy nie - obydwie jesteście aktywistkami na rzecz planety. Areta oduczyła Polaków używać słomek, ty prowadzisz ptasie przedszkole. Nauczono was tego w domu?

E: W dużej mierze. Choć to nigdy nie było tak, że rodzice z nami siadali, opowiadali nam, jakie są ich wartości życiowe. Złapałyśmy to wszystko po prostu, będąc z rodziną. Nasza mama jest najlepszą, najmilszą, najukochańszą, najbardziej ciepłą i otwartą mamą na świecie…

A: Oczywiście również najbardziej wkurzającą jak to mama…

E: Nauczyła nas, że jeżeli gdzieś widzimy możliwość pomocy drugiej istocie, to jest to nasz obowiązek. Mówiła nam o tym, żeby "robić dobro", pomagać, być otwartym, rozmawiać z ludźmi. Te rozmowy były po to, żebyśmy miały kontakt z innymi, i żebyśmy się dobrze rozwijały, znały różne punkty widzenia.

A: Ja to pamiętam inaczej... Mam wrażenie, że to, co nas ukształtowało najsilniej, to to, że miałyśmy przez nich na maksa otwarte głowy. Dużo podróżowałyśmy i od zawsze byłyśmy nietypowe. Miałyśmy dziwne imiona, nienormalny dom, dziwnie wyglądałyśmy, myślałyśmy, a rodzice nie mieli "normalnego" zawodu.

Czyli?

A: Czyli wcielali w życie ideę, którą potem ja przeniosłam na podkoszulki i "sztandary" mojej firmy Local Heroes i co spodobało się Justinowi Bieberowi czy Rihannie - czyli "Doing real stuff sucks".

E: Rodzice to złote rączki na każdym możliwym polu. Tata potrafi wszystko od ściągnięcia simlocka, do zamontowania aplikacji do solarów i kierowania całym domem przez telefon. Mama, pomimo średniego wzroku, potrafi wszystko: od szycia do urządzenia mieszkania za grosze. Kiedy zdecydowali się, że postawią dom, to jeździli sobie po Europie camperem po tzw. "otwartych domach". Bo wtedy nie było katalogów, internetu.

E: Udawali, że chcą coś kupić.

A: I patrzyli, jak ktoś inny ma zrobioną chatę, inspirowali się.

Czyli lifehakerzy!

A: Nauczyli nas, radzić sobie w każdych warunkach. Ja jak miałam 16 lat, to już sama jeździłam po świecie, pracowałam. Byłam starsza mentalnie, niż by na to wskazywał realny wiek.

E: A ja jestem do tej pory dzieckiem, które wpada do rodziców parę razy w tygodniu. Jesteśmy zupełnie inne: inaczej się wychowywałyśmy, jesteśmy z innych środowisk. Poza tym, że mamy dwoje tych samych rodziców. No i świat wartości.

A: Emma od zawsze była wkręcona w zwierzęta i w roślinki. To ona jest bardziej ekolożką niż ja. Ja się - szumnie nazwijmy to ekologią - zajęłam kompletnie przez przypadek, z potrzeby serca. Ale nie chodziłyśmy po lesie, jak byłyśmy małe.

E: Ej no! Ale wszystkie wyjazdy były blisko natury: nad morze, w góry – nie siedzieliśmy w hotelu. Kamperem stawaliśmy w dziczy. To wszystko było na łonie natury. Ja chyba się z tym bardziej zżyłam, bo Areta już potem, jak wyjeżdżała z nami, to po prostu brała 40 książek i czytała.

A: Fakt: miałam taką umowę w bibliotece na Meksykańskiej, że mogłam pożyczyć 40 książek na wakacje.

E: A ja chodziłam po lesie i się interesowałam żabami…

Czyli ukształtowała was dana wam wolność?

A: Miałyśmy w rodzicach wsparcie, żeby robić to, co chcemy i co czujemy. Mama nas wręcz "wypychała", żebyśmy chodziły na wszelkie możliwe zajęcia pozalekcyjne. Spędziłyśmy pół życia w Pałacu Młodzieży, chodząc na rozmaite zajęcia: od garncarstwa, pływania, nauki gry na gitarze, tańce. Potem miałam zajawkę na telewizję i statystowanie.

Areta i Emma SzpuraAreta i Emma Szpura Areta i Emma Szpura

Emma, nadążałaś za siostrą? Areta robiła szybko dużo ciekawych, dziwnych rzeczy.

E: Jak była szafiarką, to mieszkała po ludziach, nie miałyśmy za bardzo kontaktu… Później założyła firmę, której ubrania zaczęli nosić celebryci. Później Areta rzuciła Local Heroes – i tym bardziej się cieszyłam. No i nagle zaczęła mówić o jakichś mądrych rzeczach, które były mi zawsze najbliższe na świecie. I teraz kiedy jest taką "zielona Aretą", to chyba jest najlepiej na świecie. Otworzyłam się na siostrę.

Areta, w pewnym czasie słynęłaś z tego, że na modowe wydarzenia zabierałaś całą rodzinę.

A: Dużo osób się dziwiło, że jak to, rodziców na event, na jakąś galę? Ale dlaczego nie? Są moimi najbliższymi osobami, niech będą dumni z córki, niech też się jarają, że zobaczą jakąś gwiazdę, przyjadą na jakiś koncert, lizną świata. Tak jak oni nam pokazywali swój świat, tak my też chcemy im nasz pokazać. A to ma na nich wpływ do takiego stopnia, że cztery-pięć lat temu rodzice przeszli na weganizm. Staramy się raz na miesiąc lub dwa gdzieś ich wyciągać do jakiś wegańskich restauracji, żeby spróbowali czegoś nowego.

Założyłaś swoją firmę w wieku lat dwudziestuparu, miałaś spektakularny sukces i nagle zdałaś sobie sprawę, że zachęcasz ludzi do kupowania rzeczy, które nie są im, a przede wszystkim światu potrzebne. Rzuciłaś to.

A: Byłam wkurzona, że pracowałam 10 lat w modzie i nie miałam pojęcia, że może być coś złego w naszych ciuchach, sieciówkach, zdjęciach na blogach, w zachęcaniu ludzi do kupowania, do podróżowania, do konsumpcyjnego stylu życia – przecież to było coś, co kochałyśmy. Jeździłyśmy sobie do Londynu i LA z Emmą i myślałam, że wszystko jest ok, ale w pewnym momencie przeczytałam parę książek, zobaczyłam parę dokumentów i zaczęłam przecierać oczy ze zdumienia, że świat mody nie jest taki piękny i kolorowy jak mi się wydawało. I że jest cała ciemna strona mocy. Nagle obudziłam się z pracą od 9 do 17. Zaczęłam robić faktury, tabelki – to wszystko mnie strasznie zjadało i frustrowało. Stwierdziłam, że czas odejść. Ale nie miałam pojęcia co dalej. Po prostu szłam za głosem serca. I dalej nie wiem, co mam robić. Bo to, co miałam zrobić, już zrobiłam i nagle czuję, że mogę więcej, bo ile można gadać o butelkach i słomkach.

Masz pracę misję.

A: Całe życie! Bo nawet Local Heroes było o tym, żeby pokazać dzieciakom w Polsce, że można, że można "dream big": że można być z Polski, ale dzięki internetowi można zawojować świat. Teraz to jest norma, że wszystkie marki sprzedają się za granicą. Ale my byłyśmy tą pierwszą, która się odważyła ubrać zagraniczne gwiazdy, pojechać na targi. W większości przypadków nie wiedziałyśmy, że coś jest niemożliwe, bo wcześniej tego nie robiłyśmy. Miałam tę odwagę z wyniesioną domu.

Emma, a twoja misja? Z kolei ty jesteś ptasią mamą.

E: Jak miałam osiem lat, to u mojego kumpla topiła się mała wrona, która wyleciała z gniazda nad oczkiem wodnym. Wskoczyłam, żeby ją uratować i się z kolegą cały dzień nią opiekowaliśmy. Miałam wrócić do domu, a ta wrona za mną do samochodu! Spojrzałam na mamę, mama na tatę, tata na mnie, tata na mamę. "Ok, bierzemy!". Wróciliśmy z nią do domu. Była z nami ponad rok. A potem jak to się rozniosło, gdzieś tu koleżanka mamy znalazła kawkę, no i się zaczęło "Emma weź"! Co jakiś czas dostawałam więc do opieki ptaki. A rodzice się godzili, wspierali. Jak już byłam trochę starsza, to pojawiła się kaczka. Też żyła z nami. Jak byłam w liceum, to napisałam do organizacji progołębiowej i z terenu mazowieckiego to do mnie przyjeżdżały gołębie, które potrzebowały opieki. I ze dwa lata temu, jak przeprowadziłam się do Wrocławia na chwilę, to się okazało, że ktoś w Warszawie znalazł małą kaczuszkę - taką dwudniową i nie wiadomo było, co z nią zrobić.

Emma SzpuraEmma Szpura Emma Szpura

Przywieziono ci ją?

E: Dziewczyna – teraz się kumplujemy - przywiozła mi ją w opakowaniu po kieliszkach! Od tego czasu zaczęłam już na serio zajmować się ptakami: wcześniej na Instagramie zajmowałam się body positive, a teraz piszę o ptakach.

Dlaczego akurat body positive?

E: Jak byłam młodsza, miałam trądzik i mówiłam o tym otwarcie. Miałam bloga, na którym pisałam jak się ze sobą uporać. Ale wtedy jeszcze wszystko, co było na Instagramie, było fajne, a nie tak toksyczne, jak teraz - napompowane, wybotoksowane, poprawione. U mnie zadziała się rzecz podobna jak u Arety: w tym temacie zrobiłam swoje, czas na podjęcie nowych decyzji. I poszłam w ptaki. Akurat trafiło na gołębie.

Emma ratuje miejskie gołębie. "Są znienawidzone" - zobacz nasz film:

Obydwie macie głęboką potrzebę dzielenia się tym, co dla was ważne.

E: Mamy. Choć często Aretę opierniczam, że wrzuca niepotrzebnie rzeczy do internetu, że mogłaby coś zachować dla siebie, np. co ma na talerzu. Ale wydaje mi się, że to jest po prostu część Arety, taka potrzeba, że nawet to wege żarcie jest dla kogoś wspierające. My w internecie jesteśmy obecne dla takiej zwykłej małej dziewczynki z niewielkiej miejscowości, która dzięki nam może zobaczyć, że można inaczej podchodzić do życia. Że to, co mamy na sobie kupiłyśmy w lumpie, i że to jest ok. Że nie musi tylko kupować w sieciówkach, żeby była uważana za fajną w szkole. Nawet takie głupie rzeczy się liczą.

A: Jak zaczynałam tę swoją podróż do bardziej świadomego życia, to miałam moment, w którym chciałam skasować Instagram. Ale stwierdziłam, że ludziom, którzy mnie obserwują, mogę pokazać inne życie. Postarać się z nimi dzielić się tą wiedzą, którą mam. Moi followersi odbyli ze mną fajną podróż. To potwierdzają rozmowy, które mam przy okazji jeżdżenia po Polsce z moją książką. Poznałam ludzi, którzy mówią, że obserwują mnie jeszcze od czasu bloga czy Local Heroes i że kiedy zobaczyli, że ja zmieniam swoje życie, że to nie jest takie ciężkie, to poczuli, że też mogą. Później na zmiany proekologiczne namówili swoich rodziców, potem znajomych.

E: Areta przeszła drogę od głupiej blogerki, która zaśmieciła świat ubraniami do aktywistki walczącej o planetę. Jestem z ciebie dumna.

A: Zadośćuczyniam swoje grzechy.

Czyli uważacie się za aktywistki?

E: Tak, jak najbardziej. Jak miałam siedem lat, to na lekcji przyrody wyciągnęłam plastikową reklamówkę i zrobiłam godzinne wystąpienie o tym, jak ptaki umierają przez reklamówki. Łapałam żaby i wkładałam je do zbiorników wodnych, żeby ich samochód nie rozjechał. Zatrzymałam kiedyś cały Wał Miedzeszyński: wysiadłam z autobusu, żeby przeprowadzić rodzinę kaczuszek idącą z Wisły do najbliższego ogródka. Spóźniłam się na egzamin przez to.

A: Ja nie. Ja projektowałam skarpetki. Studiowałam modę. Nie jestem przyrodniczką i nie mam wystarczającej wiedzy. Najwyżej jestem głośnikiem.

To nie na tym polega aktywizm, że jesteś głośnikiem?

E: No tak, oczywiście, że tak!

A: Dla mnie na tym polega bycie wpływersem.

E: Wpływakiem.

O, tak się teraz mówi na influencerów?

A: No bo ja jestem po prostu Aretą. Nie czuję się ekoaktywistką.

E: Nie zgadzam się. Aktywista działa, ale ty działasz, promując konkretne postawy i nie ma znaczenia, że siedzisz wtedy na kiblu i postujesz coś mądrego. Aktywistą można być i w internecie, i w puszczy, przypinając się do drzewa. To, że mówisz o konkretnych wartościach i wpływasz na ludzi, sprawia, że jesteś aktywistką.

A: Ale według mnie każdy jest, każdy mógłby być aktywistą.

Mógłby. A co jest do tego potrzebne?

A: Coś, czego nam jako społeczeństwu chyba teraz bardzo brakuje: poczucie wpływu. Ja je mam od zawsze, bo wiem, że jak chcę, to działam. Jak chcę, to pojadę na ten koniec świata, dobiję się do Rihanny, czy do prezydenta, żeby coś dla mnie zrobił. Zakładam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ale nie czuję się aktywistką. Za to denerwuje mnie podejście, że "co ja jeden człowiek mogę zrobić, przecież jestem tylko jednostką".

E. Ale jak wszyscy ludzie zrobią małą rzecz, to nagle cały świat się zmieni.

A: Gdyby większość ludzi zdała sobie sprawę, że jak się jedno z nas zbuntuje, drugie zmieni, trzecie zmieni - to nagle mamy efekt fali. Staram się to właśnie pokazać, jak mogę, zachęcić ludzi, pokazać te nasze instastories, że ktoś napisał maila ze słomkami do jednej firmy, że ktoś odpisał, że nagle jakaś kawiarnia czy firma rezygnuje z plastiku i że się da!

Dlaczego wam się w ogóle chce?

E: Ja to robię po to, żeby nie czuć, że życie mam, ale nic z niego innym i światu nie daję. Lubię tę świadomość, że moją energię mogę podawać dalej, żeby zrobić coś dobrego. Bo to właśnie jest to, o czym mi Areta zawsze opowiadała: dobrze jest zostawić tę Ziemię lepszą, niż się ją zastało.

A: Dla mnie to jest jakiś niesamowity zaszczyt, że jesteśmy w takim miejscu, w takim czasie, mamy takie możliwości, mamy zaspokojone podstawowe potrzeby. I że w momencie, w którym zaczynam być świadoma, że coś jest nie ok, że robię coś, co nie jest w porządku, to mogę przestać to robić. Dzięki temu wiem, że jestem po coś tu i teraz. Serio myślę, że my wszyscy jesteśmy tu nie bez przyczyny. I każdy z nas ma możliwość, żeby coś dać od siebie i zmienić coś na lepsze. I że to moje pokolenie jest niesamowite, a to młodsze to już w ogóle jest turbo niesamowite. Oni już widzą, że kupowanie, konsumpcjonizm nie przynosi szczęścia, więc dlatego wychodzą na ulice i wracają do podstawowych wartości, walczą o nie. Im się chce jeszcze bardziej niż mi. Myślę, że ja jestem jedną nogą w starym świecie, a drugą w nowym. A oni już nie. Ale to niesamowite móc obserwować to wszystko. I jeżeli ja naprawdę mogę pomóc, nakręcić jakoś tę zmianę, podsunąć komuś pomysł, książkę, film – to jestem szczęśliwa. Lubię się dzielić świadomością.

***

* Areta Szpura – specjalistka od zadań niemożliwych. Ubierała Justina Biebera, a teraz pełnoetatowo ratuje planetę. Autorka kampanii "Tu pijesz bez słomki" oraz książki "Jak uratować świat?".

* Emma Szpura - Ptasia Mama, wolontariuszka "Gruszętnika", która ratuje gołębie i z czterema mieszka pod jednym dachem.

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
"Miałyśmy dziwne imiona, nienormalny dom, dziwnie wyglądałyśmy". Rozmawiamy z siostrami Szpurami o ekologii
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl