"Zanim doszło do egzekucji, Niemcy na siłę wkładali do ust wapno". Opowieść niezwykłej kobiety o wojnie i tańcu

- Wojna to próba twojego charakteru. Jeżeli dasz za wygraną, to koniec. Z kolei jeżeli spróbujesz zawalczyć o siebie, istnieje szansa, że uda ci się wyminąć twoje przeznaczenie. Mnie jednak zahartował taniec. Nie miałam myśli o życiowej kapitulacji. Za dużo już zrobiłam, za dużo poświęciłam, zbyt wiele potu wylałam, żeby dać za wygraną - opowiada najwybitniejsza polska primabalerina Nina Novak w rozmowie z Wiktorem Krajewskim w książce "Taniec na gruzach".

Huk bomb, dźwięk, który wraca przez całe życie i powoduje, że skóra aż cierpnie

Przez całe życie towarzyszyć mi będzie jedna scena. To było bodajże na ulicy Marszałkowskiej. Żandarmeria złapała młodych ludzi, którzy mieli zostać rozstrzelani. Zanim doszło do egzekucji, Niemcy na siłę wkładali im do ust wapno. Tylko po to, żeby nie krzyczeli: „Jeszcze Polska nie zginęła”. To był widok, który do dziś sprawia, że skóra mi cierpnie i robi mi się słabo. To białe wapno wpychane w szale… Tak nie zachowuje się człowiek. Niemcy bardzo lubili, gdy Polacy byli świadkami masowych egzekucji. Miało to stanowić dla nas przestrogę, że nigdy nie zna się dnia i godziny, gdy przyjdzie nam zapłacić za nasze haniebne czyny. Tylko co jest haniebnego w walce o niepodległość? Że w obliczu zagrożenia pojawia się w człowieku pragnienie przeżycia? Każdy z nas chce żyć jak najdłużej. I naturalne jest to, że gdy ktoś nam zagraża, walczymy w każdy sposób. Ten widok ciał wiszących na latarniach, łapanki w tramwajach, ten codzienny strach… Niby stają się one codziennością, ale ta codzienność uwiera, aż boli. Wpija się w nasze ciała, w nasz umysł, w nasze dusze…

Był pierwszy dzień września 1939 roku. Pamiętna data dla nas wszystkich. Dzień, w którym zmieniło się wszystko, losy nas wszystkich. Ćwiczyłam wtedy z innymi tancerzami w sali, gdy nad Warszawę nadleciały niemieckie samoloty. Ten huk bomb… - Nina urywa w pół zdania. Zamiera. Patrzy gdzieś w otchłań swojej pamięci. Czegoś w niej szuka. Zamyka niespodziewanie oczy. Nie widać po niej nawet tego, że oddycha. Nie przerwę jej teraz transu. Bo to wygląda, jakby wpadła w trans. Trans polegający na bezruchu. Całkowitym braku ruchu. Oznak życia.

Ten huk bomb… To dźwięk, którego nigdy nie zapomnę, on wraca do mnie przez całe życie i powoduje, że skóra aż cierpnie. Przerwaliśmy ćwiczenia, bo mimo że nikt nic nie powiedział, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że to jest właśnie ten moment. Ta chwila, od której nic już nie będzie takie samo. Mój spokój przestał właśnie istnieć. Nasz spokój przestał istnieć. Obrócił się w perzynę, jak pierwsze budynki zbombardowane przez Niemców. Boże, jaki to był przerażający dźwięk. Mógłby obudzić zmarłego. Popatrzyliśmy po sobie i zrozumieliśmy się bez słów. W tej chwili były one zbędne. Tłumaczenia nie miały sensu. Nie były potrzebne. Były czymś zbędnym. Co sił w nogach ruszyliśmy do wyjścia. W sumie rzuciliśmy się, żeby uciec z miejsca, które narażone jest na bombardowanie. Siedziba Teatru Wielkiego była ogromna, więc dobrze widoczna z samolotu. Stanowiła łatwy cel. Za łatwy. Zbiegaliśmy już po schodach, gdy pierwsza bomba spadła na nasz gmach. Teatr aż zatrząsł się w posadach. Budynki, które wydają się potężne niczym twierdza, w wojnę są jak domki z kart. Wybiegliśmy na ulicę. Straciłam rezon.

Straciłam świadomość, w którą stronę mam biec. Prawo… Lewo… Przed siebie… Zachowywaliśmy się niczym bezpańskie psy, gotowe do ucieczki, żeby wymknąć się z rąk hyclów. Tak nie powinno się dziać.

Człowiek na to nie zasługuje

Biegłam. Biegłam przed siebie. Chciałam znaleźć się w domu, wśród swojej rodziny, bo świadomość, że bliscy są obok mnie, pozornie uspokoiłaby mnie. Nie wiem, ile czasu minęło, aż znalazłam się w mieszkaniu. Moja rodzina, cała rodzina zebrała się razem. Nie zdążyłam nawet opowiedzieć, co przed chwilą stało się z teatrem, gdy zauważyłam, że mój młodszy brat Edmund ma dziwny wyraz twarzy. Przerażający grymas. Dopiero wtedy wytłumaczono mi, co przed chwilą przeżył. Edmund był świadkiem, jak po zrzucie jednej z bomb zawalił się cały budynek z ludźmi w środku. Mieszkańcy kamienicy umierali na jego oczach. Szok. Edmund przeżył szok, widząc konających starszych ludzi, osoby w jego wieku, dzieci…

Sama miałam wrażenie, że za chwilę oszaleję, że znalazłam się w miejscu, w którym nie byłam, że wrzucono mnie w jakąś otchłań piekieł. Tyle że tego dnia naloty się skończyły, a idąc spać, bałam się, co przyniesie nowy dzień. Czy będzie to chwila spokoju, czy znowu stoczy się walkę na śmierć i życie. Mnie udało się wygrać jedną, ale nie było to prawdziwe zwycięstwo, był to łut szczęścia. Już pierwszego dnia zrozumiałam, że wojna nie ma reguł ani zasad, których należy przestrzegać, żeby przeżyć. Że to wszystko zależy od tego, co zaplanowano dla ciebie tam, na górze. Chociaż… Jeśli Bóg to wszystko zaplanował, nie wiem, jaki miało to cel. Wojna nie ma sensu. Żadna wojna nie ma. Żadna. Ten świst spadających bomb, te wybuchy… Odgłosy niszczonego miasta przerażały. Mroziły krew w żyłach i towarzyszyły nam dzień i noc. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, ile czasu przyjdzie mi żyć w tym koszmarze. W tym świdrującym w mózgu dźwięku… Czy doczekam jutra. Czy nazajutrz okaże się, że ktoś dla mnie ważny nagle zniknie z mojego życia. Modliłam się, ile miałam sił. Wszyscy się modliliśmy. Tylko Bóg był głuchy na nasze prośby, błagania, lamenty… Bo my wszyscy w głębi duszy błagaliśmy, żeby ta gehenna, na którą nie zasługiwaliśmy, wreszcie znalazła swój koniec.

Podczas wojny towarzyszy ci głód życia

Nie było dnia, żeby mieszkańcy naszej kamienicy nie zbiegali do piwnic, gdy pojawiał się dźwięk nadlatujących samolotów. Tłoczyliśmy się wszyscy w małym pomieszczeniu, pełni nadziei, że gdy bomba trafi w nasz dom, uda nam się przeżyć i wydostać na powierzchnię. W wojnę nagle rzeczy materialne, to, co posiadasz, przestaje mieć wartość. Wartością okazuje się twoje życie i życie najważniejszych dla ciebie osób. Dziękowałam za każdą godzinę, którą przyszło mi przeżyć. Ale ta świadomość, że każda kolejna może być ostatnia, to wyjątkowo wyniszczająca myśl. Chociaż cierpisz na przeraźliwy głód. Głód nie fizyczny, lecz metafizyczny. Głód życia. Życie staje się najcenniejsze ze wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić. Z czasem w naszej piwnicy zamieszkało coraz więcej osób, które utraciły domy w trakcie nalotów. Nikt ich stamtąd nie wypędzał. Nikt ich nie wyrzucał. Bo niby jakim prawem. Oni też chcieli żyć, identycznie jak my. Jak cała Warszawa. Jak cała Polska. Po drugiej stronie ulicy Grzybowskiej, dokładnie pod numerem 58, mieścił się wielki gmach warszawskich browarów, a dokładnie główny zakład firmy Haberbusch i Schiele. Właśnie tam wielu mieszkańców Warszawy przeniosło się na pewien czas, w tym i nasza rodzina. Widząc, co się dzieje z budynkami, gdy trafia w nie pocisk, stwierdziliśmy, że tam będzie bezpieczniej. Że gdy Niemcy zrzucą bomby na browar, mamy większą szansę na ucieczkę, wyjście z bombardowania na własnych nogach.

Wszystko, co mieliśmy, w tym i jedzenie, znajdowało się na wyciągnięcie ręki, bo naprzeciwko nas. Jednak nawet ten krótki dystans, który należało pokonać, stawał się śmiertelną pułapką. Drogą, która dla każdego z nas mogła okazać się tą ostatnią. Staraliśmy się odwiedzać nasze mieszkanie sporadycznie. Tylko gdy rzeczywiście czegoś nam brakowało. Żegnaliśmy się przy tym czule. Pewnego dnia po raz kolejny moje życie zostało położone na szali. Los znowu pogroził mi palcem, a na jego twarzy mignął kpiący uśmiech. Byłam akurat w naszym mieszkaniu, gdy usłyszałam, co za chwilę się stanie. Czekałam w napięciu, wytężając słuch. Byłam gotowa do walki o swoje życie w każdej chwili.

Pierwsza bomba. Uderzenie było tak silne, że zwaliło mnie z nóg. Dosłownie. Podłoga zatrzęsła się z takim impetem, że przez chwilę musiałam zebrać myśli, czy jestem jeszcze w naszym mieszkaniu, czy spadłam do sąsiadów z dołu. Miałam kilka chwil do kolejnego bombardowania. Na klęczkach przesuwałam się w stronę drzwi, bo chciałam jak najszybciej opuścić budynek. Czołgałam się po ziemi, a w duchu powtarzałam sobie, że jeszcze moment, że muszę wytrzymać, że zaraz będę z rodzicami. Że nie mogę się poddać – i się nie poddałam.

Wojna to próba twojego charakteru

Jeżeli dasz za wygraną, to koniec. Z kolei jeżeli spróbujesz zawalczyć o siebie, istnieje szansa, że uda ci się wyminąć twoje przeznaczenie. Tylko ile można uciekać… Zawsze przychodzi chwila, w której masz ochotę machnąć ręką, podnieść ręce do góry i powiedzieć, a w zasadzie wykrzyczeć światu: „Poddaję się! Nie mam już siły. Róbcie, co chcecie”. To naturalne. Mnie jednak zahartował taniec. Nie miałam myśli o życiowej kapitulacji. Za dużo już zrobiłam, za dużo poświęciłam, zbyt wiele potu wylałam, żeby dać za wygraną. Żeby przekreślić wszystko raz na zawsze. Życie jest wielką wygraną każdego z nas, wspaniałą nagrodą. I pojawiło się we mnie zacietrzewienie, że choćby nie wiem co, będę o nie walczyć. Nie miałam jednak pewności co do zwycięstwa. Jednak próbować zawsze trzeba. Zawsze!

Gdy przypominałam sobie, że jeszcze przed chwilą występowałam na scenach w Europie i Nowym Jorku, sama nie mogłam w to uwierzyć. Tamten czas wydawał się bajką, którą wyśniłam, snem, czymś, co zmyśliłam. Teraz nie byłam w stanie nawet kupić point do tańca. Nie mówiąc już o stroju. Ale zresztą po co miałabym mieć kostium albo odpowiednie buty. Nie istniało miejsce, w którym mogłabym występować. Nikt z nas nie miał. Ale Wójcikowski powtarzał, że jeszcze kiedyś wspomnimy jego słowa, gdy będziemy wolni i na nowo radość zagości w naszym życiu. Wierzyliśmy mu. Wierzyliśmy na słowo. Chcieliśmy wierzyć z całych sił, ale nic nie wskazywało na to, że dojdzie do zmiany. Że wróci równowaga. Że wróci szczęście. Ach, to w takich chwilach zdajesz sobie sprawę z tego, za jaki pewnik bierzemy momenty spokoju, chwile radości, bliskich czy jedzenie. Gdy to wszystko mamy, wydaje się nam, że nigdy nam tego nie zabraknie, bo niby dlaczego miałoby dojść do takiej sytuacji. Otóż może zabraknąć. Nagle. Niespodziewanie. Bez żadnego uprzedzenia. Bez znaku, który sugerowałby, że teraźniejszość stanie się odległą przeszłością.

Tego nauczyła mnie wojna. Żeby zawsze dziękować za to, co się ma. I celebrować ten moment. Bo później pojawia się w nas złość, że nie dziękowaliśmy i nie cieszyliśmy się należycie, kiedy staliśmy przed taką szansą. Kiedy mieliśmy ku temu okazję. Ja od tamtej pory dziękuję za wszystko, co mam, co mnie spotyka, co mogłam zjeść, zobaczyć, czego posłuchać… Życie składa się z małych, prostych przyjemności. Tylko powinniśmy zdawać sobie z tego sprawę. Kto z nas dziękuje dziś za wolność? Za to, że żyjemy w momencie, kiedy wojny nas nie dotykają? Takich dziękujących znajdzie się garstka. A powinniśmy być wśród nich wszyscy. Ja mam tę wiedzę, ale to tylko dlatego, że przeżyłam wojnę. I nikomu tego nie życzę, nawet jeśli wypływa z tego cenna lekcja, a tym samym życiowa wiedza, którą zdobyłam.

Taniec na gruzachTaniec na gruzach Wiktor Krajewski

***

Fragmenty pochodzą z książki "Taniec na gruzach. Nina Novak w rozmowie z Wiktorem Krajewskim"