"Od terapeutki usłyszałam, że kocham za bardzo i jestem uzależniona od miłości"

- Zawsze myślałam, że skoro w moich żyłach płynie krew alkoholika, to i ja będę miała podobny problem - pisze w książce "Jak się nie zabić i nie zwariować" youtuberka Justyna Suchanek. - Jak się jednak okazało, bywają o wiele gorsze uzależnienia, między innymi można kochać kogoś za bardzo.

Tylko babcia mnie kochała

Wydawało mi się naturalne, że do życia potrzebuję miłości. Tylko nikt nigdy nie uświadomił mnie, że musi to być miłość do samej siebie. Ja z kolei siebie nienawidziłam, nieustannie. Nie wierzyłam więc w to, że ktoś może mnie pokochać.

Jeśli ktoś wychowuje się w domu dysfunkcyjnym, to nigdy nie ma łatwo. Ja ze wszystkich sił starałam się nie wdać się w swojego tatę, a jednak powtórzyłam jego błędy. Nieświadomie. Nie uzależniłam się jednak od alkoholu, ale od miłości, a raczej od niezdrowych zachowań, spowodowanych wykształconym w mojej głowie pewnym wzorcem. Od dziecka miałam wrażenie, że nikt oprócz babci mnie nie kocha. Zawsze czułam się samotna i niezrozumiana. Uważałam, że tata by nie pił, jeśli naprawdę by mnie kochał, że moja mama już dawno by się stąd z nami wyniosła, gdyby chciała mnie ochronić, a siostra byłaby moją przyjaciółką, a nie wrogiem, jeżeli byłabym dla niej wystarczająco ważna.

Zobacz wideo Zwierzęta, które pomagają ludziom

Jedynie babcia darzyła mnie miłością. Dlatego przejęłam wzorzec jej miłości – trzeba całkowicie się poświecić i choćby inni nas bili i krzywdzili, nigdy nie wolno ich zostawić, bo oni nie są źli, są po prostu chorzy. Właśnie tak przez wiele lat tłumaczyłam sobie swoje zachowanie. Stawianie siebie na ostatnim miejscu, zaniedbywanie się, doprowadzanie do wykończenia psychicznego i fizycznego tylko po to, żeby ktoś inny był w końcu szczęśliwy, mimo że jego szczęście nie było możliwe bez podjęcia odpowiednich kroków, takich jak chociażby terapia.

Winni są inni

Ci ludzie potrzebowali pomocy, której ja, niestety, nie mogłam im udzielić, ale robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby czuli się lepiej. I, jak każdy nałogowiec, potrzebowałam coraz więcej i więcej, a że kochałam zazwyczaj ludzi chorych i niedostępnych emocjonalnie (na przykład gejów), to dochodziliśmy do momentu, w którym nie mogli mi dać więcej. I wtedy zaczynała się zabawa. Już nie byłam miła i kochana. Byłam w amoku. Krzyczałam, złościłam się. Nieraz groziłam nawet, że się zabiję, albo faktycznie próbowałam to zrobić.

Manipulowałam nimi i próbowałam ich kontrolować. Kłamałam, płakałam, rwałam sobie włosy z głowy, byle dostać odrobinę więcej uczucia, ale na próżno. Stawałam się więc zazdrosna. "Dlaczego jej możesz dać więcej, a mnie nie?" Nie rozumiałam, jak ktoś niedostępny emocjonalnie dla mnie może być dostępny dla innej osoby. Przecież on jest chory, nie potrafi kochać.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że już nad sobą nie panowałam.

Jeśli kogoś kochałam, to na śmierć i życie. Musiałam wiedzieć, gdzie ta osoba jest, co robi, z kim i o której. Musiałam mieć kontrolę nad wszystkim.

Zamykałam takiego człowieka w klatce, wmawiając sobie, że chronię go przed całym złem tego świata. Po części tak było. Chciałam go ochronić i kiedy wreszcie zyskiwałam pełną kontrolę, przestawałam wariować. Nie można jednak mieć nad kimś kontroli przez całe życie. Ostatecznie albo ten ktoś ucieknie, albo zwariuje, albo po prostu umrze. Prawdę mówiąc, nie miałam kontroli nad nikim, a na pewno nie nad swoim życiem.

.. Fot. Marcin Klaban

Powoli, z dnia na dzień, coraz bardziej się zatracałam. Były takie okresy, że nie wiedziałam już, kim jestem. Nie rozumiałam, dlaczego się taka stałam. Przecież babcia mówiła, że jestem dobra, że mam dobre serce, ale wydawało mi się, że to nieprawda. Nigdy jednak nic z tym nie zrobiłam. I to nie tak, że tylko ja wyrządzałam innym krzywdę. Mnie także krzywdzono. Przecież odtwarzałam sytuacje z mojego dzieciństwa.

Babcia zamykała tatę w klatce, żeby go chronić, a on z tej klatki uciekał w picie, a później w kłótnie, awantury, przepychanki. To samo działo się u mnie. Codziennie. Raz było super, a innym razem – okropnie. Nigdy nie było w sam raz, nigdy nie było spokojnie. Żyłam więc na łasce innych ludzi. Stale prosiłam ich o więcej miłości, ponieważ wydawało mi się, że bez miłości po prostu umrę. Bo co to za życie? Za każdym więc razem, gdy groziła mi utrata tego uczucia, włączało mi się zachowanie mojej babci.

Tata nieraz jej mówił, że ma dość, że to koniec, że wychodzi i nie wróci, a babcia, oczywiście, zalewała się łzami i przepraszała. Obiecywała, że przestanie, że się zmieni, ale nie mogła tego zrobić. Nie była do tego zdolna. Ja słyszałam dokładnie to samo. I dokładnie tak samo reagowałam.

Kochasz za bardzo

Kiedy pierwszy raz usłyszałam od mojej terapeutki, że może kocham za bardzo i jestem uzależniona od miłości, popatrzyłam na nią, jakby była świrnięta. Przecież nie można się uzależnić od miłości! Przecież to dobrze, że kogoś tak bardzo kocham, przecież to normalne. W dysfunkcyjnych rodzinach jednak jest tak: dziecko widzi, że tata pije, że kłóci się z mamą, że jest agresywny, a mama na to pozwala, właściwie wszyscy na to pozwalają. I kiedy to dziecko dorasta, to choćby się starało z całego serca, nie zmieni tego, co ma w głowie. Odtwarza więc te "normalne", jego zdaniem, zachowania w dorosłym życiu do momentu, aż będzie tak bardzo złe i tak bardzo zmęczone, że poszuka jakiejś pomocy. I ja tej pomoc szukałam.

.. Fot. Marcin Klaban

Śmiesznie jest to, że na terapię wysłała mnie osoba, którą kochałam za bardzo, bo miała już dość i oboje liczyliśmy, że nasza relacja się poprawi. A skończyło się tak, że nie utrzymujemy już ze sobą kontaktów. I to nie tak, że kazała mi je zerwać terapeutka. Kiedy zobaczyłam, jaką krzywdę wyrządzałam tej osobie i na jaką krzywdę pozwalałam wobec siebie, złapałam się za głowę. Dobraliśmy się lepiej niż można było przypuszczać. Ja odtwarzałam jego dzieciństwo, a on moje. Żylibyśmy jeszcze długo w ten sposób, gdybym nie zaczęła się leczyć. Na moje szczęście jednak coś zrozumiałam. Przerwałam więc tę toksyczną więź, mimo że na początku jeszcze za tym tęskniłam. Teraz wiem, jak chore i złe to było. Nigdy więcej nie chciałabym do tego wrócić.

Terapeutka poleciła mi przeczytać książkę "Kobiety, które kochają za bardzo". Lektura nie była lekka. Nigdy nie jest łatwo stawić czoła prawdzie, której się tak długo unikało. I to nie tak, że zobaczyłam, jaką wariatką i złą osobą jestem. Zrozumiałam, że dopóki nie uporam się ze swoim dzieciństwem i tym, co przeżyłam, będę stała w miejscu i nigdy nic nie zmienię. Na terapii zaczęłyśmy więc nad tym pracować. Powoli odkrywałam, że odtwarzam zachowania babci i taty. Zobaczyłam też, że od dziecka czułam się bardzo samotna, nierozumiana, niekochana i wiecznie porzucana. Zawsze na drugim miejscu. Nigdy ważna.

I tak właśnie pojęłam, dlaczego nigdy nie potrafiłam pokochać samej siebie. Dlaczego niby miałam postawić siebie na pierwszym miejscu? Dlaczego miałam być najważniejsza dla samej siebie? Przecież nie byłam ważna dla nikogo innego.

Terapeutka spytała mnie: 'A co, gdybyś całą miłość, którą dajesz innym, dała w końcu sobie?'. Zaniemówiłam. 'Ale jak to sobie? Tak po prostu?'.

Sam pomysł wydawał mi się dziwny i niemal niemożliwy. "To, o co tyle walczę, o co tak bardzo się dopominam, o co ciągle muszę prosić i błagać, dostałabym ot tak? Po prostu?". Przecież to było nie do pojęcia i naprawdę długo mi zajęło, zanim zrozumiałam, że to jedyna droga. Nie tylko do wyzdrowienia, lecz także do szczęścia. Powoli zaczynałam się ze sobą kolegować. Rozmawiałam ze sobą i starałam się być wobec siebie wyrozumiała i pomocna.

.. Fot. Marcin Klaban

Biedna mała dziewczynka

Przestałam się stale krytykować, oceniać i obrażać. Nie wymagałam już od siebie tyle i nie byłam na siebie zła, jeśli coś mi nie wychodziło. Jeżeli miałam zły dzień, pomagałam sobie przez niego przejść i robiłam dla siebie miłe rzeczy. Dawałam sobie prezenty, chodziłam ze sobą do kina, jadłam ulubione jedzenie i byłam dla siebie na wyłączność. Stopniowo przestawałam usilnie wpychać innych na pierwsze miejsce, a zaczęłam stawiać tam siebie. Oczywiście, na początku trudno było się przestawić, ale wiedziałam, że tak trzeba. Moja terapeutka mówiła, że nie ma nic złego w tym, że ktoś jest egoistą, dopóki jest to zdrowe i nie wiąże się z krzywdą innych.

W mojej drodze do wyzdrowienia odkryłyśmy na terapii, że nadal noszę w sobie dziewczynkę. Często się obrażałam, kłóciłam, zachowywałam impulsywnie, dużo płakałam, ale przede wszystkim bardzo się bałam. Tę dziewczynkę nosiłam w sobie, odkąd się urodziłam. Różnica była tylko taka, że ja dorosłam, a ona wciąż była przestraszona, niezrozumiana i bardzo, bardzo samotna. Odrzucona przez wszystkich, nawet przeze mnie. Stale szukała w innych ludziach taty, który wreszcie wybierze ją, a nie alkohol.

Na początku musiałam ją zobaczyć. Kiedyś więc przy pierwszej lepszej kłótni zauważyłam, że zaczyna rzucać rzeczami i uciekać w bezpieczne miejsce, żeby płakać. A płakała tak, że niejednej osobie pękłoby serce. Zobaczyłam ją. Biedną, małą, całą zalaną łzami i trzęsącą się ze strachu. Przytuliłam ją do serca. Powiedziałam, że już nigdy jej nie zostawię i że ją kocham, najmocniej na świecie, bo jest najważniejsza i zawsze będzie. Nie musi się już bać, nic złego jej nie spotka. I myślę, że właśnie to potrzebowałam usłyszeć.

Kiedy po tylu latach czułam się wreszcie kochana, bezgranicznie i bezwarunkowo, wróciły do mnie radość i energia do życia. To uczucie jest niesamowite. Żyć w zgodzie ze sobą i kochać siebie. Nawet jeśli wcale nie tak łatwo do tego dojść. Nawet jeżeli trzeba odkopać pewne rzeczy z przeszłości, które chciałoby się wymazać z pamięci. I nawet jeśli to mimo wszystko bolesny i długi proces. Naprawdę warto. Warto się pokochać, bo tylko tak zdołasz się otworzyć na świat, być szczęśliwym i obdarzyć drugiego człowieka zdrową miłością. Zanim to zrozumiałam, zmarnowałam ogromne pokłady energii, czasu i zdrowia, ale w końcu dotarło do mnie, że innej drogi, niestety, nie ma.

.. Fot. Marcin Klaban

Cytowany fragment pochodzi z książki Justyny Suchanek „Sukanek” Jak się nie zabić i nie zwariować” wydanej przez Burdę.

Justyna Suchanek - znana jako „Sukanek” – youtuberka, influencerka, montażystka i fotografka. W swoim cyklu „Szczerze o...” porusza kontrowersyjne tematy depresji, samobójstwa czy autodestrukcji.