Powiedzenie: "Szukam lepiej płatnej pracy, bo mi się budżet nie spina", to za mało

Dzisiaj stabilna sytuacja zawodowa to ułuda. Firmy się łączą, przechodzą restrukturyzacje, zmieniają się szefowie. I to nie jest kwestia tego, "czy" tak się stanie, ale "kiedy". Dlatego - jak tłumaczy Dariusz Użycki, ekspert w dziedzinie doradztwa zawodowego i zarządzania karierą - trzeba na bieżąco planować swój rozwój zawodowy.

Bardzo zaciekawiła mnie koncepcja świadomego planowania kariery. Może dlatego, że mam poczucie, że w dużej mierze to, gdzie pracujemy, jest wypadkową szczęścia i przypadku. Bo raczej niewiele – przynajmniej na początku – zależy od nas, jest efektem refleksji i planowania.

DARIUSZ UŻYCKI: Od młodych ludzi, którzy dopiero skończyli studia, ciężko oczekiwać, że będą wiedzieli, w czym są dobrzy i jaka praca będzie im sprawiać radość. Dlatego nikogo specjalnie nie dziwi, jeśli na początku kariery często zmieniają pracodawcę – nawet raz, dwa razy w roku.

Ale już na tym etapie warto analizować, co w tych miejscach nam się nie podobało, czego się tam nauczyliśmy, jak to wpłynęło na naszą wartość jako pracownika. Trzeba się nad tym zastanawiać, żeby nie spędzić bezrefleksyjnie w jednym miejscu całego życia, bo „była tam fajna atmosfera”. I żałować poniewczasie utraconych szans.

A co z zawodami, w których nie ma możliwości rozwoju pionowego, można się tylko rozwijać poziomo? Na przykład co ma zrobić nauczyciel, który chce uczyć, a nie marzy o posadzie dyrektora szkoły?

Rozwój to nie tylko awans - nie musi być w górę. Szybko można dojść do wniosku, że nie chce się pełnić obowiązków kierowniczych, tylko zostać specjalistą w swojej dziedzinie. Można realizować się w poprzek – wtedy rozwój będzie np. przejściem do większej firmy lub międzynarodowego środowiska. To my sami powinniśmy uznać, co oznacza dla nas rozwój, stworzyć sobie kryteria. Nie bazujmy w tym wypadku na ocenach innych osób. Bo sugerowanie się opiniami innych jest pułapką.

Przykład? Jeszcze kilkanaście lat temu ktoś, kto wyznałby publicznie, że chce się zająć grami komputerowymi, dostałby łatkę "dziwaka". Dzisiaj taka deklaracja nikogo nie zdziwi.

.. Fot. Shutterstock

Wyobraźmy sobie, że jestem np. przedszkolanką. Kocham moją pracę, ale zarobki nie pozwalają mi pokryć rosnących kosztów życia. Co robię? Pierwsza myśl - renegocjacja wynagrodzenia lub szukam w przedszkolu, w którym pracuję, źródeł dodatkowego dochodu.

Słusznie. Zaczynamy od najprostszych scenariuszy i dopiero później je komplikujemy. Idealnym rozwiązaniem jest wymyślenie własnych propozycji i przyjście z nimi do szefa. Niczego takim działaniem nie ryzykujemy, możemy tylko zyskać. Jeśli szef się na propozycje nie zgodzi, podwyżki nie da, nie będzie widział możliwości dodatkowego dochodu, wtedy wychodzimy na zewnątrz. Szukamy przedszkoli, które są w okolicy – tak żeby nie robić życiowej rewolucji związanej z dłuższymi dojazdami czy przeprowadzką. Być może przedszkola prywatne więcej płacą – więc zawężamy poszukiwania do takich placówek – robimy ich listę i wszystkie konsekwentnie odwiedzamy. Nie jedno-dwa, tylko wszystkie – dzięki temu mamy po naszej stronie prawa statystyki, które zwiększają nasze szanse.

Żeby nie utonąć w tłumie osób, które zgłaszają się do dyrektora przedszkola, zaproponowałabym mu zajęcia pokazowe – jeśli moją mocną stroną są teatrzyki, zrobiłabym zajęcia w tym stylu.

To zgodne z ideą przejęcia inicjatywy. Powszechne jest przychodzenie do pracodawcy z problemem, a nie rozwiązaniem. Powiedzenie na spotkaniu rekrutacyjnym: "Szukam lepiej płatnej pracy, bo mi do pierwszego nie starcza", to za mało. Warto przed spotkaniem przyjrzeć się ofercie przedszkola, poczytać opinie na jego temat i na rozmowę stawić się z własnymi propozycjami, które będą mogły wnieść do tego miejsca coś nowego. Osoba po drugiej stronie biurka nawet jeśli w tym momencie nie będzie miała wakatu, taką przedsiębiorczą osobę zapamięta i ponownie zaprosi na spotkanie, kiedy będzie miała stanowisko do obsadzenia.

Przypominać się?

Tak, ale nie natarczywie.

Zdarza się, że pracodawca, u którego byliśmy na rozmowie, później daje ogłoszenie. Aplikować czy uznać, że skoro o nas wie, ale się nie odezwał, to nie jest nami zainteresowany?

Najgorsze, co można zrobić, to się poddać, zniechęcić i obrazić na świat. Wysyłamy ponownie CV i przypominamy się – że byliśmy już na spotkaniu, ale wtedy akurat nie szukał pracowników. Możemy pójść krok dalej – zamiast wysyłać CV mailem, zawieźć je i w ten sposób przypomnieć swoją twarz. Być może dyrektor przedszkola zobaczy nas i olśni go, jakie na nim kiedyś zrobiliśmy wrażenie.

Bądźmy jak woda, która wpływa w każdą szczelinę, nie poddaje się, wykorzystuje możliwości, a nie jak taran, który uderza w jedno miejsce i nic z tego nie wynika. Statystycznie to jest największa trudność – znalezienie w sobie systematyczności, nieustępliwości, siły,  żeby się nie poddawać. Dla niektórych to może być trudne, bo są nieśmiali, introwertyczni, skupieni na pracy, a nie na reklamowaniu siebie.

Za mną od lat chodzi praca w służbach bezpieczeństwa wewnętrznego, ale nie wiem, na ile taki pomysł nie wynika z romantycznej wizji takiego zajęcia pokazywanej w filmach sensacyjnych. Bo praca w filmach, serialach i programach telewizyjnych przedstawiana jest w sposób mocno wyidealizowany. W rzeczywistości pewnie bym umarła z nudów, spędzając godziny na obserwacjach i analizach tysięcy maili.

Jeśli coś jest naszą pasją, to szanse na to, że np. robione przez nas torty i ciasta okażą się sukcesem komercyjnym, są większe. Bo nie zniechęcimy  się po pierwszym niepowodzeniu, a nasi klienci zauważą wyjątkowość wypieków. Jeśli to słomiany zapał i letnia woda, suma telewizyjnych iluzji, będziemy musieli włożyć więcej wysiłku w pracę, a ostatecznie się do niej zniechęcimy.

Reklamy, które nakłaniają ludzi do pracy np. w wojsku, pokazują wiatr we włosach podczas lotu wojskowym helikopterem czy jazdy czołgiem. A realia tego zawodu to ciężka fizycznie i psychicznie praca, często w spartańskich warunkach i brudzie. Wiatr we włosach to 10 procent bycia żołnierzem.

.. Fot. Shutterstock

Dobrze rozumiem, że wyznaje pan zasadę, że do wykonywanej pracy trzeba mieć cieplejsze uczucia?

Nie trzeba, choć warto. Powinniśmy mieć świadomość tego, czym jest dla nas praca. Wcale nie musi być miejscem, w którym się realizujemy, bo możemy spełniać się także poza nią. Wtedy uczciwie robimy swoje w określonym czasie, zarabiając pieniądze, które nas satysfakcjonują, a po godzinach oddajemy się pasji. Sami musimy ustalić, gdzie będzie nasz życiowy środek ciężkości.

.. Fot. Shutterstock

Miałem studenta na studiach MBA w SGH, którego pasją było żeglarstwo. Osią jego rozwoju zaplanowanego na kilkanaście lat były udziały w kolejnych – coraz trudniejszych - regatach, przy czym zwieńczeniem miał być start w słynnych wyścigach Sydney-Hobart. Ten mężczyzna chciał być członkiem coraz lepszych załóg. Praca była kwestią równoległą, wspomagającą i dającą środki finansowe.

I nie chciał doprowadzić do sytuacji, w której mógłby pływać także zarobkowo?

Nie. Chciał, żeby żeglarstwo pozostało jego odskocznią. Bo pasja powinna wyciągać nasze umysł i ciało z pracy.

Przed naszą rozmową zastanawiałam się nad kwestią planowania. Ja robię sobie cele kwartalne, z których sama siebie rozliczam, ale dotyczą one zdrowia, spraw domowych, finansów. Jestem także mistrzynią planowania wakacji. Zawodowych planów jednak nie robię.

Dwight Eisenhower, dwukrotny prezydent USA i głównodowodzący kampanią na froncie zachodnim w czasie drugiej wojny światowej, powiedział: „Plan jest niczym, planowanie jest wszystkim”. Trzeba mieć swój plan, bo w przeciwnym razie będziemy częścią planu kogoś innego. Planowanie polega na aktywnym  dostosowywaniu się do zmiennych na drodze do celu. Bo wszystkiego nie przewidzimy. Ba, sam cel może się zmienić. Za 10 lat może już nie być naszej profesji, ale my, widząc, co się dzieje, tak pokierujemy karierą, że nie znikniemy z rynku pracy w wieku 40 czy 50 lat.

Elementem planowania jest również mądre zarządzanie pensją i wydatkami. Warto żyć w zrównoważony sposób – nie wydawać więcej, niż się zarabia. A przy wzroście pensji nie dopuścić do równie dynamicznego wzrostu wydatków.

Jaki błąd najczęściej popełniamy w kategoriach kariery?

Mamy przekonanie, że coś się wydarzy samo. Prawdopodobieństwo, że zadzwoni do mnie Bill Gates i powie, że o mnie słyszał, i wysyła po mnie samolot, bo chciałby się spotkać, jest niewielkie. Zamiast czekać lepiej przejąć inicjatywę. Chyba że ktoś świadomie (!) chce żyć pasywnie. To też jest w porządku, byle taki człowiek później nie marudził.

Drugi błąd to brak konsekwencji – zapalamy się, ale ogień szybko gaśnie, bo wysłałem trzy CV i nikt nie odpowiedział, napisałem dziesięć maili i nikt się nie odezwał.

Trzecia sprawa to przeświadczenie, że świat jest nam wrogi. To bzdura, bo jesteśmy światu co najwyżej obojętni. Jeśli więc my wyjdziemy mu naprzeciw i pokażemy, że mamy pomysł, to może się okazać, że "kosmos" nam zacznie sprzyjać. Ale to my uruchamiamy ten proces, a nie jakiś kosmos z bajek mówców motywacyjnych.

Są ludzie na wysokich stanowiskach, którzy marzą, żeby rzucić wszystko i otworzyć pensjonat w Bieszczadach.

Spotykam takie osoby – w większości przypadków te wizje to banialuki. Jak ktoś mi mówi, że za dekadę widzi się w Bieszczadach we własnym hotelu, to pytam, co taka osoba robi dzisiaj, żeby rzeczywiście za dekadę być w wymarzonym miejscu. Jeśli odkłada pieniądze, robi kolejne kursy hotelarskie, szuka ziemi pod pensjonat – to OK. Większość jednak nie robi nic, co by ich przybliżyło do realizacji planu.

.. Fot. Shutterstock

Zdarza się, że ktoś po latach na wysokim stanowisku decyduje się na mniej dochodowy zawód, ale taki, który kocha wykonywać?

Siedzi przed panią taka osoba. Po dekadzie bycia dyrektorem zarządzającym w dwóch firmach konsultingowych powiedziałem sobie, że już nie chcę nim być. Kiedy head hunterzy dowiedzieli się, że wróciłem na rynek, zasypali mnie propozycjami wysokich stanowisk menedżerskich, które mnie kompletnie nie interesowały.

Menedżerowie wysokiego szczebla mają już pokupowane mieszkania, pospłacane kredyty, wykształcone dzieci, ich potrzeby finansowe są niższe niż kilkanaście lat wcześniej, mogą sobie świadomie pozwolić na obniżenie zarobków i zajęcie się czymś innym. Zostają więc konsultantami, którzy sami decydują o tym, kiedy, dla kogo i jak dużo pracują.

Wybitna tenisistka Serena Williams najchętniej zostałaby manikiurzystką. I wcale nie chce inwestować w sieć salonów czy linię lakierów, ona kocha "robić pazy".

Myślę, że Serena Williams ma tyle doskonale zainwestowanych pieniędzy, że na koniec dnia to ona decyduje, co chce robić ze swoim życiem. Spokojnie może zostać manikiurzystką – i nie będzie musiała pracować na akord, żeby przeżyć, tylko na zasadzie wyboru. Oczywiście świat będzie próbował na nią naciskać, ale jeśli nie podda się presji, to postawi na swoim. Ona nic już nie musi, a wszystko może.

Co zrobić, kiedy zrealizujemy założony plan i okaże się,  że ten wyśniony pracodawca i wymarzone stanowisko to jednak duże rozczarowanie?

Samo życie, zdarza się i tak. Poczucie zawodu może wynikać ze złego rozpoznania miejsca, w które chciało się trafić. Na tym etapie można się zastanowić, czy nie warto w tym miejscu jednak popracować – bo to nam za jakiś czas stworzy nowe możliwości, pozwoli na rozwój. Trzeba to rozważyć. Jak wszystko, co ma związek z karierą. Jeśli nie widzimy takich możliwości, lepiej przyznać się do błędu i znaleźć właściwsze miejsce.

Pamiętajmy, że dynamika rynkowa jest dzisiaj taka, że z dnia na dzień nasza stabilna sytuacja w pracy może przestać taka być. W czasach, kiedy jest dobrze, warto budować sieć kontaktów, z których będziemy mogli skorzystać, kiedy zajdzie taka potrzeba. Bo firmy się łączą, przechodzą restrukturyzacje, zmieniają się szefowie. I to nie jest kwestia tego, "czy" tak się stanie, ale "kiedy".

 

Dariusz Użycki - konsultant Executive Search, wykładowca studiów Executive MBA (CEMBA, MBA-SGH). Prowadzi procesy mentoringowe dla kadry zarządzającej. Autor książki "Czy jesteś tym, który puka?" dotyczącej rozwijania autorefleksji oraz strategicznego planowania i wdrażania ścieżki własnego rozwoju. Współautor szeregu publikacji w "Harvard Business Review" i "Przeglądzie Corporate Governance". 

Dariusz UżyckiDariusz Użycki Fot. Archiwum prywatne

Ola Długołęcka - redaktorka, która inspirację do tematu potrafi znaleźć w podbitym niechcący oku. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.

Więcej o:
Komentarze (84)
Powiedzenie: "Szukam lepiej płatnej pracy, bo mi się budżet nie spina", to za mało
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • guitar_shark

    Oceniono 22 razy 22

    Piszecie " mżonki" na głównej stronie???
    Gimbazo, obudź się!!!

  • foolbuster12

    Oceniono 20 razy 20

    Mżonka to jest mrzonka snuta podczas mżawki przy mrożonce.

  • bzychnur

    Oceniono 19 razy 13

    Co za bzdety! Jedyne co może zrobić przedszkolanka, to poszukać bogatego męża. Jeśli jest młoda i ładna, to może znajdzie... wWęc lepiej z tym nie czekac. Natomiast zajęcia w obrębie przedszkola to chyba mało realne. Co niby ma robic? Prowadzić zajęcia z angielskiego? Gdyby znała dobrze angielski to by niebyła przedszkolanka tylko anglistka. Chodzenie do dyrektora to strata czasu. Przedszkole to nie jest biznes z niesamowitą rentownością. Zamiast do dyrektora przedszkola idzie się od razu do dyrektora biedronki. Podwyżka pewna imię trzeba uczyć cudzych dzieci

  • nelsonpuszysty

    Oceniono 14 razy 12

    Czytaj o takich "mżonkach" nie mogę się doczekać na teksty, pisane przez sztuczną inteligencję. Będą zapewne równie "kreatywne", co obecne, ale za to poprawne ortograficznie. Chyba, że przeceniam programistów...

  • eurotram

    Oceniono 12 razy 10

    Ad meritum: jestem po czterdziestce, pracuję w wyuczonym zawodzie i choć (nazwijmy to umownie) strumieni nie płynie tak szeroko jak jeszcze kilka lat temu (i być może dla mnie za kilka lat wyschnie), to najzwyczajniej w świecie nie mam pojęcia ani w jakim kierunku się dokształcać ani w jakim miałbym się przekwalifikować? Po prostu nic mi zupełnie nie przychodzi do głowy, bo nie ma ani zawodu który chciałbym wykonywać choć w połowie tak bardzo jak mój obecny ani też za bardzo nie mam do jakiegoś innego predyspozycji (i bynajmniej nie jestem fizolem). To nie chodzi o niechęć do doksztalcania; czuję się jedynie totalnie wyjałowiony z pomysłów co do kierunku tego dokształcania.

  • adstr

    Oceniono 10 razy 10

    Mżonki?
    Zatrudnijcie kogoś, kto wie co oznaczają czerwone podkreślenia w edytorze tekstów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX