Saperzy, huragan i ekipa bez koszulek. Z Agnieszką Komierowską-Ziomek rozmawiamy o rewitalizacji rodzinnego pałacu w Komierowie

Niewiele młodych kobiet podjęłoby się zadania, jakie miała przed sobą pani Agnieszka. Najlepsze lata życia wykorzystała na rewitalizacje rodzinnego pałacu. Przez 7 lat remontu zdarzyło się tam tyle historii, że wystarczyłoby na książkę. Dzisiaj to miejsce zachwyca wszystkich przyjezdnych.

Kobieta.gazeta.pl: Jako młoda kobieta zdecydowała się Pani zająć rewitalizacją Pałacu. Co skłoniło Panią do tej decyzji? 

Agnieszka Komierowska-Ziomek: To z pewnością nie była decyzja spontaniczna. Przygotowywałam się do tego dłuższy czas, Zrobiłam "życiowy rachunek sumienia", zadałam sobie pytanie: jak najlepiej wykorzystać kilka z najbardziej produktywnych lat życia, kiedy jestem młoda, mam dużo chęci, zapału i pragnienia zrobienia czegoś, co będzie ludziom potrzebne? Jak rozpoczynałam nie miałam żadnych zobowiązań, byłam wolna i mobilna.

Pałac w Komierowie kiedyś i dziśPałac w Komierowie kiedyś i dziś fot. archiwum prywatne rodziny Komierowskich

Pałac w Komierowie to miejsce, które jest związane z Pani rodziną od dawna. Kiedy został wybudowany i kto najpierw w nim mieszkał? 

Pierwotnie był tutaj dwór obronny, który został zniszczony podczas potopu szwedzkiego. W jego miejscu Piotr Komierowski wybudował także drewniany, lecz tym razem barokowy dwór (rok 1680). Ten dwór został następnie przebudowany przez Romana Komierowskiego i wyglądał jak na zdjęciu:

Pałac w Komierowie kiedyśPałac w Komierowie kiedyś fot. archiwum prywatne rodziny Komierowsich

W 1924 roku syn Romana Tomasz Komierowski znacząco rozbudował Pałac i nadał mu kształt, który z drobnymi zmianami pozostał do dzisiaj.

We dworze, potem w Pałacu zawsze mieszkała moja rodzina, bo to był po prostu dom rodzinny. Oczywiście z przerwą na II wojnę światową, kiedy to wtargnęli i zamieszkali tutaj Niemcy i czasami PRLu, gdy był tu PGR, z w Pałacu mieściły się biura.

Czy w czasie remontu zdarzyły się jakieś nietypowe historie, którymi chciałaby się Pani podzielić? 

Zdarzyło się ich bardzo wiele i nie sposób wymienić wszystkich.

Jedną z nich był huragan, który przyszedł nagle, niespodziewanie pewnego sierpniowego popołudnia w 2017 roku. Wiał z siłą 200 kiloemtrów na godzinę taranując na swoim szlaku dosłowanie wszystko co stało na ziemi. Powstały ogromne straty na terenie całego województwa. Nasz park stracił ponad 700 zabytkowych, historycznych drzew, spośród których były i takie o obwodach 5 i 7 metrów.

To była istna katastrofa. Przerażające uczucie strachu i lęku, a potem zderzenie z nową rzeczywistością – totalnego chaosu na zewnątrz. Ciężko było rozpoznać, w którym miejscu parku się stało. Obraz był dosłownie jak po wybuchu bomby.

Skoro o tym mowa, to często podczas prac natykaliśmy się na niewybuchy. Któregoś razu pracownik, nieświadomy tego co znalazł, przyniósł mi jeden i położył na biurku! Opracowaliśmy wreszcie procedurę – co robić, jeśli znajdzie się taki niewybuch. Było ich naprawdę wiele. Potem z saperami znaliśmy się już po imieniu.

Pamiętam też jedną rozmowę telefoniczną, która mocno mnie wtedy zszokowała, a jednocześnie rozbawiła. Zadzwonił do mnie bowiem jeden z inspektorów nadzoru inwestorskiego. Zwykle łączyliśmy się przez telefon. Tym razem zadzwonił przez facetime. Pomyślałam, że może chce mi coś pokazać. Oparłam telefon o ekran laptopa, nacisnęłam przycisk „odbierz” i spojrzałam z powrotem na ekran komputera. Rozpoczęliśmy rozmowę i nagle z bardzo ciemnego obrazu facetime wyłoniło się światło i ostrość. Udało mi się dopiero dostrzec mojego rozmówcę. I oto ujrzałam go bez koszulki, z papierami przy komputerze, pracującego jak gdyby nigdy nic. W pierwszej chwili mnie zatkało! Po chwili odezwałam się: „Ależ Pan jest bez koszulki!”, a on na to z kompletnym brakiem jakichkolwiek emocji odpowiedział: „Tak”. Tyle w temacie. Kontynuował swoją sprawę bez dalszych wyjaśnień. Ja natomiast zanim dalej podążałam za tym co mówił spędziłam dobrych kilkanaście sekund na „dochodzeniu do siebie”. Takie mieliśmy czasem klimaty.

Innym razem pojechałam z jednym z inspektorów do Urzędu miasta na spotkanie. Po powrocie musiałam wstąpić na chwilę do sklepu, żeby kupić coś dla dziecka. Powiedział, że chętnie ze mną wejdzie do środka. Ale jak to zwykle bywa zamiast jednej rzeczy, przypomniało mi się jeszcze 15 innych, które muszę kupić. Te towary powoli zaczęły mi się wysypywać z rąk, na co patrzę, a mój towarzysz biegnie po koszyk. Zabrał wszystko ode mnie, następnie zanim podeszłam do półki on już tam był i ściągał wszystko potrzebowałam. Kiedy już wydawało mi się, że czas iść do kasy – on już tam był i zajmował kolejkę. To były dość nietypowe zakupy.

Miałam też taką sytuację, kiedy wykonawca dachu bardzo długo opóźniał się w swoich pracach. Podpisywaliśmy chyba z 10 aneksów do umowy, coraz zakładając nową datę zakończenia i kary za opóźnienie. Doprowadzało mnie to do wściekłości i chęci wyrzucenia go z budowy. Zresztą... wyrzucałam go kilka razy, ale on niczym osadnik – zapuścił korzenie i nie było mu w głowie się stamtąd ruszać. Któregoś dnia poszłam do sklepu koło Pałacu. Stanęłam w kolejce i wybrałam do niego numer. Nagle zaczął dzwonić dzwonek. Zobaczyłam, że stoi przede mną w kolejce, a na ekranie jego dzwoniącego telefonu wyświetla się moje zdjęcie w kostiumie kąpielowym! Kazałam natychmiast usunąć mu to zdjęcie nie poruszając już tematu opóźnienia w pracach.

Podczas siedmiu lat czuwała Pani nad pracami remontowymi wokół Pałacu. Jaki to był dla Pani czas? Jak radziła sobie Pani z zarządzaniem ekipą i pracami? 

W zasadzie to prace nad remontem rozpoczęłam jeszcze w 2011 roku. Wtedy staraliśmy się o pozwolenia, robiliśmy ekspertyzy budowlane, inwentaryzacje, badanie gruntu. Przygotowywaliśmy też budynek do remontu – sprzątaliśmy stare instalacji, skuwaliśmy tynki, usuwaliśmy posadzki , co trwało kolejny rok. Dopiero w 2014 roku rozpoczęliśmy prace sticte budowlane.

Każdy etap prac to były inne zespoły ludzi. Trzeba zacząć od tego, że nie było jednego projektanta od wszystkiego, a także nie było jednego wykonawcy.

Prace nad samym projektem, który był jeszcze później wiele razy zmieniany, aktualizowany toczyły się jednocześnie u co najmniej czterech różnych branżowców i w pracowni architektonicznej. Należało czuwać nad spójnością. Choć muszę powiedzieć, że jeszcze na etapie planowania nie dało się wychwycić rozbieżności między branżami czy po prostu błędów. One wychodziły niestety dopiero podczas realizacji... Pamiętam, jak któregoś razu przyszłam do rozdzielni kelnerskiej i stanęłam przy murowanym okienku, przez które miały być podawane przez kelnerów brudne naczynia do włożenia do zmywarki. Zdziwiłam się bardzo, jak zobaczyłam, że to okienko zaczyna się na wysokości podłogi, a kończy na wysokości kolan. Ktoś po prostu źle odczytał projekt, nie wyczytał z niego do czego tak naprawdę ma służyć to okienko i zrobił tylko tak, żeby zachować wymiary. Gdyby rozumiał sens tego okienka przypuszczam, że zorientowałby się, że to co zrobił było kompletną głupotą.

Takich sytuacji było wiele. Innym razem odczytując projekt drogi prowadzącej do strefy dostaw zauważyłam, że jest ona poprowadzona – owszem tak jak miało być – z boku Pałacu, ale około 5 metrów wyżej niż obecnie znajdował się teren. I prowadzi nie do tych drzwi co trzeba... Nie do drzwi dla dostawców, szerokich, samo otwierających się, tylko do bocznych, wąskich drzwi ewakuacyjnych znajdujących się piętro wyżej. I znowu, gdyby projektant drogi przyjechał na miejsce i zrobił wizję lokalną zanim coś narysował, to zaoszczędziłoby to wielu poprawek i odkręcania dalszych kroków projektowych. Na szczęście ta pomyłka skończyła się tylko na etapie papieru.

Wracając do pytania...  moja praca była wielopłaszczyznowa i wielowątkowa w jednym czasie, co wymagało pełnej uwagi i koncentracji. Nie udałoby mi się dotrwać do końca, gdyby nie sprawiało mi to przyjemności. Myślę, że pokonywanie trudności oraz widok, że coś się zmienia, że rośnie, że pięknieje, było dla mnie motorem do działania. Bardzo dobrze wspominam ten fascynujący czas.

Ze względu na moją pracę nie wyjeżdżałam na urlopy, a raczej organizowałam je w okolicy. Mogę powiedzieć, że poznałam Krajnę na wskroś na przykład plażę leśną w Pile Młyn – czystą, mało uczęszczaną, usytuowaną w środku lasu. Są tu też świetne szlaki rowerowe, przepiękne plenery, wioska ginących zawodów. W lecie poświęcałam się też przerabianiu mirabelek na nalewki – z czego obecnie Pałac jest znany. Jednym słowem wszystkie wakacje najpierw sama, potem z mężem, spędzałam na miejscu.

Co udało się zachować oryginalnego wewnątrz Pałacu? 

W zasadzie tylko schody główne i balustradę wraz z tralkami i pochwytami. Odrestaurowaliśmy je całkowicie, uzupełniając zniszczone lub brakujące elementy. Przetrwał także jeden obraz znaleziony przez Andrzeja Komierowskiego po wojnie, na zgliszczach Kościoła w Komierowie. Obraz ten teraz wisi w holu i przypomina o historii wojny i czasie powojennym.

Pałac jest piękny nie tylko z zewnątrz, lecz także w środku. Skąd pomysł na takie wnętrza? 

Pałac nie udaje żadnej epoki, nie odwzorowuje nawet wnętrz sprzed wojny – czyli ostatniego okresu, kiedy był w rękach rodziny Komierowskich. Wnętrza były niegdyś pełne strych obrazów, rękopisów z XV wieku – generalnie bogate i zabytkowe. Wyszliśmy z założenia, że skoro nic się nie zachowało, to nie będziemy stylizować wnętrz na tamte czasy, bo byłaby to tylko marna imitacja. Zrobimy to, na czym się znamy, czyli na tym, co współczesne. Wnętrza miały tez spełnić oczekiwania obecnych gości hotelowych – być klasyczne i eleganckie. Dodaliśmy jednak elementy Art Deco, żeby przypomnieć o epoce, w której ten Pałac powstał.

Wnętrza pałacu w Komierowie kiedyśWnętrza pałacu w Komierowie kiedyś fot. archiwum prywatne rodziny Komierowskich

Czy obecnie ktoś jeszcze z rodziny (poza Panią) jest zaangażowany w promocję Pałacu? 

Tak, razem ze mną mocno działają mój tata i siostra. Opracowali swoje programy autorskie dla gości Pałacu. Muszę powiedzieć, że są pod tym względem perfekcjonistami. Te programy są zupełnie od siebie różne, zakładają inne cele i odpowiadają na inne potrzeby.

Tata, który w wyniku swoich własnych zdrowotnych potrzeb opracował program profilaktyki zdrowotnej, zakładający zdrową dietę, regularny ruch w dużej ilości i dotlenienie w komorze normobarycznej organizuje pobyty Slim-Fit-Vit. Dieta jest korygowana po każdym pobycie i co raz dokłada się nowe aktywności, żeby urozmaicić ćwiczenia na przykład siłownię zewnętrzą czy bulodrom! Tata jest oczywiście uczestnikiem wszystkich turnusów.

Moja siostra Ania w wyniku swoich własnych doświadczeń z jogą, szkolenia się w Polsce i Tajlandii i obserwując otoczenie jego potrzeby stworzyła program Yogaretreatment. Zakłada on wiele elementów absolutnie unikatowych, których w Polsce nigdzie nie znalazła. Zajęcia prowadzi jogin Jimmy, z pochodzenia Hindus, który trenował gwiazdy Bollywod. Oprócz tego w programie są koncerty gongów, aromaterapia w pokoju czy wyciszenie za pomocą lawendy. To wszystko w połączeniu z z osobistą opieką mojej siostry – czuwającą nawet nad wygodnym położeniem osoby na materacu podczas koncertów – to bardzo osobiste podejście.

Natomiast  moi bracia, którzy działają w niezależnych biznesach, organizują w Pałacu konferencje, szkolenia i zjazdy branżowe.

Jakie są Pani wspomnienia z Pałacem z dzieciństwa?  

Dużo się o nim mówiło w naszym domu. Przewijał się przy okazji rozmów o odzyskaniu ziemi utraconej po upadku PGRów, ale też jako miejsce, z którym związani byli Janeczka i Andrzej Komierowscy – ostatni przedwojenni właściciele Pałacu. Znałam ich osobiście i nawet pamiętam jak byliśmy u nich w Pałacu, kiedy to wrócili z RPA sprzedając swój cały życiowy dobytek. W życie miała wejść ustawa o zwrocie majątków. Otrzymali nawet pisemne zapewnienie od ówczesnej Ministry Kultury Izabeli Cywińskiej. Niestety ta ustawa nie weszła w życie, a Janeczka z Andrzejem na stałe zostali nieopodal – w Sępólnie. Pozwolono im co prawda pomieszkać w Pałacu, ale sroga zima i nieprzystosowanie do warunków mieszkalnych szybko ich stamtąd przegoniły.

Czy pamięta Pani kto był pierwszym gościem Pałacu po remoncie i jakie były jego wrażenia? 

Zupełnie pierwszymi gośćmi był wszystkim znany zespół Perfect. To było jeszcze na kilka miesięcy przed otwarciem Pałacu. Byliśmy w środku ferworu budowlanego, kiedy w tym czasie odbywały się Dni Sępólna, na których mieli zagrać koncert. Zadzwoniła do mnie Pani Dyrektor Domu Kultury i Sztuki w Sępólnie, czy nie zgodzilibyśmy się ich przyjąć. To mnie bardzo mocno zaskoczyło. Po pierwsze, dlatego, że nagle, po tylu latach pracy, ktoś już wreszcie zobaczył w Pałacu hotel! Po drugie, byliśmy ciągle na etapie kurzu, pyłu, szlifowania i generalnie wstępnej wykończeniówki. Nie było jeszcze wykładzin, a restauracja nie miała nawet talerzy i sztućców. Pamiętam, jak pojechałam do Sępólna, kupiłam kilka opakowań szamponów i płynów pod prysznic, a także miniaturowe zestawy podróżne, wydrukowaliśmy plakietki z naszym logiem, a następnie rozlewałam i przeklejałam nalepki, żeby był wsad kosmetyczny do pokoju. Przyspieszyliśmy zamówienie pościeli i ręczników, kupiłam 2 zestawy naczyń i szklanek, a śniadanie podawałyśmy ja i moja asystentka – dzisiejsza dyrektor Pałacu. Pan Markowski powiedział mi, że bardzo ładne miejsce i na pewno włożyliśmy dużo pracy i żebym się cieszyła, że nie są już tacy jak 30 lat temu, bo by mi ten Pałac chętnie zdemolowali!

Podczas długiego remontu nie możemy się doczekać zakończenia kolejnych etapów. Co dla Pani było takim najważniejszym kamieniem milowym podczas trwania remontu? 

Pierwszym kamieniem milowym, było osiągniecie docelowego kształtu wewnątrz. Trzeba pamiętać, że wcześniej w środku były biura PGR. Żeby uzyskać kształt hotelu, trzeba było nie tylko postawić na nowo ściany działowe, lecz także wymienić 3/4 stropów. Do tego była jeszcze wymiana więźby dachowej i pokrycia, budowa szybu windowego, cały system klap oddymiających w dachu i tak dalej... 

Drugim kamieniem milowym, było wyjście z brudnych prac zarówno na zewnątrz (gdzie przez wszystkie lata poruszałam się w błocie w kaloszach), jak i wewnątrz Pałacu. Na zewnątrz stworzyliśmy całą infrastrukturę mediów: wodę, prąd, deszczówkę, kanalizację, rury grzewcze, a także drogi, parkingi. Ważna była też realizacja projektu architektury krajobrazu.

W środku natomiast było to skończenie nakładania tynków. Potem gładzie, farba i tapety to już była prosta robota, śmieję się, że prawie w białych rękawiczkach.

Oczywiście wymiana okien i skończenie elewacji – to był moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to na co czekałam przez te wszystkie lata.

Przełomem był jednak przyjazd Perfectu, który zmobilizował nas do posprzątania, ale i powiedzenia sobie, że to koniec budowy, bo oto pierwsi goście będą nocować w tym hotelu. Czas usunąć folie, zdjąć kartony, odkurzyć ściany i umyć okna.

Pałac nie był jeszcze wtedy otwarty i gdyby nie ich rockowe i wyluzowane podejście do życia pewnie mogliby narzekać na warunki budowlane. Ale z racji, że to jest Perfect – to byli bardzo zadowoleni, bo dla niech to też była bardzo fajna przygoda.

Czy w trakcie trwania remontu były jakieś sytuacje, które Państwa zaskoczyły, nie zostały wcześniej przewidziane? 

To była renowacja czegoś, co istniało w różnych formach od kilku stuleci. Budowane, przebudowywane, zmieniane, dorabiane. Budynek-enigma. Także takich sytuacji było od groma – jak na przykład ta, kiedy mieliśmy wymienić posadzkę w jednym pomieszczeniu. Nic trudnego, skucie starej, oczyszczenie z polepy, wyłożenie folią, styropianem czy keramzytem i zalanie nową. Ale sprawa się skomplikowała, gdy okazało się, że strop, na którym ta posadzka jest posadowiona, ma przerdzewiałą belkę nośną. Sprawa się wydłużała, bo najpierw decyzja konstruktora czy belka trzyma nadal parametry nośności, następnie jeśli wymiana, to rozbiórka starego stropu, odzyskanie cegły z rozbiórki, aby użyć jej później (bo była stara i ładna), a następnie odbudowanie stropu na nowo. Czyli ciągłe zmiany planów, konsultacje, odpowiedzialność i decyzje. Po tym wszystkim mogliśmy wrócić do wymiany naszej posadzki.

Albo inna sytuacja – po wykonaniu inwentaryzacji okazało się, że Pałac nie ma fundamentów. Posiada tylko ławy kamienne pod niektórymi ścianami nośnymi, ale to wszystko.

Liczyliśmy się z tym, że trzeba będzie wykonać w zasadzie całość nowych fundamentów. Zwykle jednak budując dom zaczynamy od fundamentów. Tutaj mamy budynek, który stoi od lat i mamy go podkopać, żeby dorobić fundamenty!

Ale tak jak powiedziałam wiedzieliśmy to już na samym początku. Zaskoczeniem było jednak to, że generalnie budując szyb windowy założyliśmy, że cały mechanizm windy znajdzie się pod windą. To był błąd. Jak się potem okazało, nie byliśmy w stanie tak głęboko wkopać się z podszybiem, aby schować całą maszynerię. Trzeba więc było szukać takiej windy, która zamiast w podszybiu wszystko ukryje w nadszybiu, zmieniać projekt i dostosowywać do realiów. Takich wind nie ma wiele. Ale udało się!

Czy jeśli mogłaby Pani jedną rzecz zmienić w Pałacu, co by to było? 

Jest niepowtarzalny, magiczny, jedyny w swoim rodzaju. Znam go wzdłuż i wszerz. Każdą cegłę, każdy otwór, każdy centymetr ukryty pod podłogą. Dla mnie jest idealny. Taki, jaki jest. Nic bym w nim nie zmieniła.

Czy nie myślała Pani o tym by zamieszkać w Pałacu na stałe? 

Nie, nigdy. To miejsce stworzone dla wielu ludzi, wielu nowych historii, które się tam wydarzą. To miejsce musi zapamiętać to, co się dzisiaj w nim dzieje, żeby za sto lat móc opowiadać nowym pokoleniom swoją historię, która się teraz wydarza.