Prawdziwy macho szanuje jedynie Matkę Boską z Guadalupe. To nie jest kraj dla kobiet

Kobiety to zdrajczynie lub szalone. Zwłaszcza te, które mają odwagę mówić swoim głosem. Pozostałe udają, że wszystko jest w porządku. Beata Kowalik w swoim reportażu "No pasa nada! Nic się nie dzieje. Kobiece oblicze Meksyku" opowiada o współczesnych niewolnicach bez przywilejów, które od pokoleń muszą mierzyć się z wszechobecną przemocą, maczyzmem i bezprawiem.

Urszula Abucewicz, Kobieta.Gazeta.pl: Czy spotkała pani szczęśliwą kobietę w Meksyku?

Beata Kowalik: Tak. Estellę, matkę pięciorga dzieci. Mimo że miała kłopoty finansowe, kłopoty z mężem, choroby, była pogodną osobą, taką, która jest gotowa cieszyć się z tego, co ma.

Często różne trudne sytuacje w książce kwituje pani hiszpańskim stwierdzeniem: "asi es" ("tak jest"). Nic nie da się zmienić?

Wiele kobiet w Meksyku wychowywanych jest w atmosferze bezsilności. Trudno w takich warunkach zmotywować się do działania. Jednak aktywistki, które poznałam, zaprzeczają stereotypowi, że nic się nie da zmienić. Biorą własny los, a często innych kobiet, w swoje ręce i próbują coś zrobić.

Odkryciem było dla mnie to, że one same nie wybierają tej roli. Często stoi za nimi traumatyczna historia, same doświadczały przemocy. Stały się aktywistkami na skutek okoliczności.

Żyją w wiecznym strachu, grozi im się śmiercią.

Silvia rzeczywiście czuje się zagrożona. Była napadana i grożono jej śmiercią, musiała się ukrywać, zmieniać miejsce zamieszkania. Zdarza się, że aktywistki giną w Meksyku. To nie jest chwyt retoryczny. Dotyczy to polityków, dziennikarzy, ludzi, którzy występują przeciwko jakimś układom. To nie zawsze są układy mafijne, często są to lokalne układy polityczne, a czasami rodzinne, które są zaburzone na skutek czyjejś aktywności. To są pogróżki, oczernianie, rękoczyny, porwania, zaginięcia, gwałty, zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem (jeśli dotyczą kobiet, nazywa się je feminicidio).

A ponoć kobiety i mężczyźni powstali z jednej i tej samej kolby kukurydzy. Jak to się więc stało, że kobiety nie mają właściwie żadnych praw w Meksyku?

Myślę, że tak naprawdę sytuacja nie dotyczy tylko Meksykanek. Czy w Europie kobiety nie musiały długo i ciężko pracować, żeby stać się równoprawnymi partnerami w dyskusji, żeby ich głos był słyszalny? Opisuję to, co obserwowałam w Meksyku, mieszkając między tamtymi kobietami. Sytuacja tutaj jest o tyle szczególna i dotyczy całej części kultury latynoamerykańskiej, ponieważ kobieta żyje według wzorca kulturowego zakładającego przewagę mężczyzny. Są to kraje, gdzie toczy się wojna na wielu poziomach, a ofiarami padają najsłabsi, w tym wypadku kobiety i dzieci. Ważny jest kontekst - kobiety są zamknięte w domach, zależne finansowo, dyskryminowane, gorzej wyedukowane itd. Chociaż - chcę to podkreślić - przemoc dotyczy także mężczyzn.

Aktywistka LGBT Gabriela CortezAktywistka LGBT Gabriela Cortez Beata Kowalik

Skąd wziął się maczyzm?

Na pewno dużą rolę w ukształtowaniu takiego wzorca odegrała kultura maczystowska przywleczona przez konkwistadorów, rasę panów, zdobywców, wespół z misjonarzami. Dokonując podziału na kasty, negując zastane tradycje, biorąc z nowych kolonii, co im się podoba, ustanowili pewien wzorzec - braku szacunku, agresywności, bezwzględnej władzy. To jest miejsce, gdzie spotyka się maczo z posłuszną służebnicą. Kobieta jako ta czysta, poddana, gorsza, w milczeniu znosząca przeciwności, prawie święta.

Patriarchalne, przemocowe wzorce okrzepły przez wieki i, jak pisała antropolożka meksykańska Sara Sefchovich, kobiety są na niższej pozycji, ale jest jeszcze jeden, gorszy krąg hierarchii: kobieta Indianka. To jest ostatni stopień piekła. O niej się myśli: źle ubrana, głupia, niewarta uwagi, niezasługująca na prawa. Niema. Do tego wykluczona przez biedę. Mam na myśli biedę dotkliwą, wykluczającą, gdy nie chodzi o zaciskanie pasa, by pojechać na tygodniowe choćby wakacje, ale o sytuację, gdy nie wiadomo, co jutro dać dzieciom do jedzenia, a na wakacje nie ma najmniejszej szansy.

I dochodzi do tego brak dostępu do edukacji.

Nawet jedna czwarta dziewczynek przerywa edukację po kilku klasach szkoły podstawowej. Dotyczy to głównie najbiedniejszych stanów w Meksyku, południowych, które są bardziej indiańskie niż (generalizując) metyska północ. Ogólnie mówiąc, dzieci nie zawsze mają warunki, żeby się uczyć. Najpierw trzeba zdobyć coś do jedzenia, pomóc w domu, znaleźć męża, to są priorytety. Brak aspiracji czy analfabetyzm częściej dotyka dziewczynki niż chłopców. Takie są statystyki. Więcej kobiet niż mężczyzn ani nie pracuje, ani nie uczy się.

Pisze pani, że 10 na 10 meksykańskich kobiet doświadcza przemocy.

To były słowa aktywistki, Viridiany. Z jej obserwacji wynika, że każda kobieta w Meksyku doświadcza przemocy. Badania są takie, że 60 proc. kobiet powyżej 16. roku życia padło ofiarą przemocy słownej lub emocjonalnej. Ponad połowa fizycznej, a 20 proc. to ofiary przemocy seksualnej. Ale trzeba pamiętać, że według niektórych szacunków tylko siedem na 100 przestępstw jest zgłaszanych na policję! To efekt m.in. braku wiedzy i siła tradycji, a także braku zaufania do instytucji publicznych, więc na pewno skala przemocy jest dużo wyższa.

Pisze się o 100 tysiącach gwałtów rocznie. A przecież jakaś znacząca część tych seksualnych napaści nie jest zgłaszana.

A gwałt stygmatyzuje dziewczynę i to dziecko, które z niego powstało.

W tradycyjnych społecznościach na pewno. Poznałam Paulinę, która była ze stanu Oaxaca. Jej rodzice mieli małe gospodarstwo, na którym uprawiali kukurydzę. Gdy dorośli przepisali gospodarkę w ręce synów, jej pozostawiono drogę szybkiego znalezienia męża. Zaszła w ciążę, narzeczony się ulotnił, więc nie była już mile widziana w domu rodzinnym. Wędrowała za pracą po dużych miastach. Sama wychowuje syna, utrzymuje się ze sprzątania. Nikt jej nie pomaga, nie ma mowy o żadnych alimentach, ponieważ nie ma takiej instytucji, która by je egzekwowała.

To mi nasuwa skojarzenie z Malintzin. Fascynująca postać historyczna, ofiarowana jako seksualna niewolnica Cortesowi i jego przyjaciołom. Dzięki sprytowi i inteligencji oraz znajomości lokalnych języków awansowała szybko na prawą ręką Cortesa. Mówi się, że dzięki niej podbój dokonany przez kilkusetosobową grupę Hiszpanów był w ogóle możliwy. Są w literaturze określenia Malintzin jako matki pierwszego metysa, czyli mieszańca, ale też symbolicznie pierwszej kobiety, która została wykorzystana przez najeźdźców, a jej dziecko to przeklęty owoc grzechu - owoc gwałtu.

Dziewczynka w ChiapasDziewczynka w Chiapas Wioletta Radzikowska

Jeden z pani rozmówców, mówi: "Nie ma tu rolnictwa, nie ma szkół, nie ma pracy. Są kobiety i jeśli można je sprzedać, póki nie są to nasze córki, co nam szkodzi". Feminizacja biedy to codzienność w Meksyku?

To mówi alfons, który żyje z tych kobiet. Jest wiele takich miejsc, gdzie się zwabia kobiety, by je prostytuować. To, że te kobiety są łatwym łupem i dlaczego, to jest temat na dłuższą dyskusję.

Porwania, sekseksploatacja kobiet, handel ludźmi. Meksyk znajduje się w czołówce najbardziej niebezpiecznych państw. Zastanawiam się, czy kobieta może poczuć się bezpiecznie na ulicy?

Nie da się zaprzeczyć, że w Meksyku od 2006 r., kiedy wybuchły tzw. wojny narkotykowe, przestępczość rośnie, zginęło ponad 200 tys. osób. To nie jest kraj, w którym możemy się zupełnie spokojnie poruszać. O atmosferze przemocy i aktach przemocy dyskutuje się w domach, w mediach, wśród polityków. Chyba każdy, kto mieszka w Meksyku, ma świadomość, że poziom przestępczości jest bardzo wysoki i że należy na siebie uważać.

Ponadto zdjęcia zmasakrowanych ciał są publikowane na pierwszych stronach gazet, więc trudno je przeoczyć. Oglądamy ciała bez głowy, sponiewierane, obcięte członki, egzekucje. Tego typu zdjęcia są publikowane. To powoduje, że nawet gdybym chciała zamknąć oczy i nie interesować się tym tematem, to jest to niemożliwe.

Jak się żyje na co dzień z perspektywą, że mieszka się w bardzo niebezpiecznym miejscu?

To miejsce bywa niebezpieczne, ale jest też piękne, magiczne, kolorowe, pulsujące. Meksyk ma wiele twarzy. Gdy piszę o kobietach, przekazuję historię nie tylko przemocy, lecz także pasjonatek, które robią to, co kochają i jak sobie radzą w różnych, nawet opresyjnych warunkach.

Sama na początku miałam ogólną wiedzę na ten temat. Wiedziałam, że jest niebezpiecznie, że toczą się wojny narkotykowe, a bardzo wielu obcokrajowców wyjeżdża w obawie o swoje życie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, jakie to odciska piętno na codziennym życiu mieszkańców. Tym bardziej że media rządowe informowały opinię publiczną, że przestępczość dotyczy grup związanych z gangami narkotykowymi. Przekaz był taki, że porządne osoby nie mają się czego obawiać, a to nieprawda. Przemoc rozlewa się na ulice miast, wsi i dotyczy każdego.

Po dziewięciu latach w Meksyku podjęliście decyzję o powrocie do Polski.

Zdecydowaliśmy się wrócić, ponieważ chciałam być bliżej polskich spraw, gdy wiedziałam, że moja książka jest bliska wydania. Ale też nie ukrywam, że z mojego punktu widzenia - matki dwojga dzieci (10 i 13 lat) - mieszkanie tam wydawało się zbyt trudne.

W Meksyku sytuacja takich rodzin jak nasza jest trochę bardziej skomplikowana. Żyliśmy w zamknięciu, nie ma takiej możliwości, żeby dzieci spacerowały same po ulicach, poszły grać w piłkę czy pojechały autobusem na dodatkowe zajęcia pozalekcyjne. To jest po prostu niespotykane. Dotyczy to całej klasy osób pracujących, dobrze zarabiających, przedsiębiorców, wyższej klasy średniej. Mam znajomych Meksykanów, których dzieci już studiują, a oni wciąż je odbierają z uczelni, bo nie mają zaufania do komunikacji miejskiej. Myśl, że ten strach o rodzinę będzie mi towarzyszył przez kolejne lata, była dla mnie zbyt dużym obciążeniem.

W pani książce pojawia się też magia. To ważna część meksykańskiej kultury. Opisuje pani m.in. szamankę Marię Sabinę Magdalenę Garcię. Częściej w kulturze popularnej mówi się o szamanach-mężczyznach. Odnoszę jednak wrażenie, że to kobiety mają wyjątkowy dar komunikowania się ze światem niematerialnym.

Może dlatego, że kobiety są dużo bardziej receptywne na sygnały duchowe i rzeczywiście interesują się magią. I proszę pamiętać, że mnie w tych tekstach interesowały wyłącznie kobiety.

Ogólnie mogę powiedzieć, że dla Meksykanów świat duchowy jest bardzo ważną sferą życia. Wyczuwalne jest połączenie religijności z wiarą w różne energie, w moce, które nam się objawiają za pomocą snów, wizji czy są uruchamiane pod wpływem halucynogenów. To mnie zaskoczyło jako osobę z Europy. My rzadko w rozmowach powołujemy się na takie doświadczenia, a w Meksyku jest to nagminne i bardzo ważne.

Jak to się to objawia na co dzień?

Opisuję np. doświadczenia Polki, która wżeniła się w rodzinę meksykańską. Dziecko źle się czuło, było marudne, więc ciotki, teściowe i babcie znalazły uzasadnienie dla tego samopoczucia i zastosowały zabiegi magiczne. My w cywilizacji zachodniej tłumaczymy sobie zjawiska w racjonalny sposób, a w Meksyku tłumaczy się je w sposób magiczny i stosuje się odpowiednie rytuały, które bardzo często działają. Jeśli dziecko ma obniżony nastrój, to stosuje się kadzidła i wypowiada zaklęcia. Jak dziecko tęskni za ojcem, to można mu włożyć brudne majtki pod poduszkę.

Bardzo często strażniczkami tych rytuałów są kobiety, które są lokalnymi mędrczyniami i do których ludzie zwracają się po pomoc, bo wiedzą, że te osoby wiedzą więcej i czują więcej. Dzieje się też tak dlatego, że nie ma tam dostępu do lekarza czy do wiedzy książkowej. Jedyne, co pozostaje, to świat tradycyjny funkcjonujący od pokoleń.

ChiapasChiapas Wioletta Radzikowska

Jednym z takich magicznych rytuałów jest temazcal. Ponoć leczy depresję. Czy brała pani w nim udział?

Temazcal to tradycyjna łaźnia indiańska. Brałam wielokrotnie w nim udział, w różnych miejscach i z różnymi przewodnikami. Ważne, żeby prowadziły ten rytuał osoby, które są do tego przygotowane, bo tu nie chodzi o to, żeby się tylko spocić jak w naszej saunie, a o to, żeby wyrzucić z siebie złą energię czy rozświetlić umysł. Podczas rytuału dużo się śpiewa, dużo medytuje, wraca do tradycji poprzez afirmację czterech żywiołów.

Byłam np. na takim rytuale, podczas którego przewodnik mówił bardzo wiele o wdzięczności, także za rzeczy złe, bo de facto to są też nasze doświadczenia. I dla wielu osób jest to bardzo oczyszczające. Nie wiem, czy to może leczyć z depresji, na pewno może pomóc, jak każde zagłębienie się w siebie, gdy człowiek ma wgląd do swoich emocji. Do wnętrza. Dosłownie. Bo temazcal to jest takie ciemne jądro, w którym czujemy się jak w łonie matki (Ziemi). Wracamy podczas tej ceremonii do pozycji dziecka otwartego i szukającego, które może urodzić się na nowo.

Zastanawiam się, jak kościół reaguje na szamanizm.

Myślę, że nie możemy przekładać naszej kalki pojęciowej na kultury tradycyjne, bo trudno jest to zrozumieć z punktu widzenia europejskiego czy racjonalnego. Wiara w Boga w ogóle nie przeszkadza w wierze w duchy, w demony czy inne zagubione dusze, które gdzieś mogą na nas się zaczaić. To po prostu pięknie razem funkcjonuje i jest akceptowane. To są współistniejące światy.

Pisze pani, że w niektórych domach, w których notorycznie kobiety są bite i gwałcone w ramach spełniania małżeńskiego obowiązku, są ołtarze dedykowane Marii z Guadalupe.

Wiele Meksykanek żyje w takim świecie. Dlatego potrzebni są ludzie, tam w tych lokalnych społecznościach, jak aktywistki, które poznałam, by uświadomić rodzinom, że nie powinny się godzić na takie sytuacje i że kobiety mają prawa. W Durango był zapis, że sytuację przemocową można zgłosić wtedy, gdy rany lub ślady na ciele utrzymują się dłużej niż 15 dni, bo dopiero wtedy jest zagrożenie dla życia. Uznanie przemocy za przestępstwo to jest osiągnięcie dopiero XXI w.

Wciąż więc żywy jest rozdźwięk pomiędzy świętą kobietą, zdrajczynią i tą, która jest niewidoczna, która nie ma żadnych praw, czyli niemal każdą Meksykanką, która jest codziennie bita, co rok lub co dwa lata rodzi kolejne dziecko, nie ma wykształcenia - a te dziewczynki, którym różne organizacje pomagają, nie potrafią potem znaleźć wspólnego języka z ich bliskimi. Rzadko im się też udaje funkcjonować w tzw. normalnej społeczności.

Myślę, że nie jest aż tak źle, bo są kobiety polityczki, dziennikarki, aktywistki. Uważam, że jest to bardzo ważne i chcę to podkreślić, że to nie ci mężczyźni w domu mają pilnować praw kobiet. To nie jest żaden przywilej, że oni wyrażają zgodę na to, żeby ich żona się uczyła czy pracowała. Mężczyźni nie są ich panami. Powinni zaakceptować to, że kobiety mają prawo do tego, żeby być sobą, żeby zdobywać wykształcenie lub nie i wybierać własną drogę. Prawa, które wynikają z faktu, że są obywatelkami powinny być gwarantowane przez państwo, które niestety zawodzi.

Czy jest jakaś nadzieja dla Meksykanek?

Jak mówi jedna z moich bohaterek, młyny świadomości mielą powoli, ale zostały wprawione w ruch, więc trudno, żeby Meksyk pozostał na uboczu zmian cywilizacyjnych. Postępu nie da się zatrzymać. Czas, żeby kobiety uwierzyły, że nie są słabe i bezbronne. To się po prostu musi zmienić i to na szczęście dzięki edukacji i działalności międzynarodowych organizacji zaczyna się dziać. Sylvia jest zapraszana na międzynarodowe konferencje, otrzymuje narzędzia, które potem może nieść do kobiet ze swojego środowiska. Zmiany są wymuszane na rządzie meksykańskim przez naciski polityczne czy ze strony organizacji pozarządowych i jest to bardzo dobra wiadomość, a zarazem nadzieja. To, co złe, powinno się skończyć.