Matylda Damięcka o hejterach: Kto nie spotkał geja, nie rozmawiał z ateistą, opiera się na mitologii

- Przyjęło się, że nie wylewamy tak po prostu swoich frustracji na bogu ducha winnego człowieka. Kiedyś się umówiliśmy: "hej, a co powiecie na to, że jednak nie będziemy rozwiązywać wszelkich sporów wyzywaniem, krzykiem, biciem czy wybijaniem się nawzajem?". Już werbalna agresja ma na nas ogromny wpływ i kto wie, jaki efekt domina uruchomi. Hejt jest wyborem. Wyborem, który rezonuje z czyimś samopoczuciem, z czyimś życiem. Pora sobie to uświadomić i brać odpowiedzialność - mówi Matylda Damięcka, aktorka i ilustratorka w rozmowie z Agą Kozak.

Aga Kozak: Gdy zapytałam cię o czułość w twoim życiu zaczęłaś mi opowiadać o tym, jak rozmawiasz z hejterami. Znalazłam potem taką piękną grafikę u ciebie na instagramie, która mówi „PRZYTUL HEJTERA. MOŻE MIAŁ ZŁY DZIEŃ”.

Matylda Damięcka: Na wstępie powiem tak: myślę, że hejt magicznie nie pojawił się wraz z internetem. Internet jedynie, znalazł mu chwytliwą nazwę. Swoją drogą, jestem wielkim fanem fonetycznego spolszczania anglojęzycznych słów, więc brawa dla matki lub ojca tejże nazwy. Hejt. Doświadczam go od najmłodszych lat. Za brata, tatę, nazwisko a nawet błędy postaci, które grałam w produkcjach telewizyjnych. Tu zaznaczę, że nie szukam współczucia i się nie żalę, stwierdzam tylko fakt. On był, jest i będzie, z tą różnicą, że kiedyś miałam z nim kontakt "live", organoleptycznie, zdarzało się, że fizycznie ktoś mnie opluł czy naruszył moją cielesność, natomiast teraz plwociny zamienili na słowo pisane czy urocze emotikony.

A w ogóle to według ciebie skąd się ten hejt bierze? Taka potrzeba, żeby kogoś opluć czy upomnieć w internecie?

A to już sprawa bardzo indywidualna. Każdy z nas jest poturbowany przez życie, ale od odnotowania tego faktu, oswojenia go do akceptacji jest daleka i wyboista droga. Zrzucenie tego balastu agresji wobec siebie i świata na obcą osobę z internetu jest najszybszym, ale tylko doraźnym "lekiem". Może po części to kwestia wychowania? Nie mówiąc już o odgórnym przyzwoleniu, co jest odrębną kwestią. Choć nie jestem fanem zrzucania całej winy na polityków, to głupota.

Czemu?

Zrzucając całą winę na polityków, nazywamy ich "autorytetami", demiurgami, którzy kierują naszym życiem, w którym staję się tylko postacią drugoplanową, pozbawioną wolnej woli, która we własnym życiu wykonuje tylko czyjeś polecenia. Nie ma "my i "oni". Jestem "ja". Zacznę szanować siebie, łatwiej przyjdzie mi szanować ciebie. Bądźmy dla siebie lepsi i bierzmy odpowiedzialność za własne czyny i słowa.

Ale też jak mówisz "my" czy "ja", to widzisz tego hejtera w sobie, czy hejterów w swojej internetowej "bańce"?

No tak! Jestem wielkim fanem niegeneralizowania. A jak już musimy generalizować, to wkładajmy się w jak najpojemniejszą przegródkę. Czyli nawet nie "my - kobiety" i "my - mężczyźni", tylko ludzie. Ja - człowiek. Jak przetniesz nam wszystkim skórę, to pod spodem będą te same mięśnie, ta sama krew. Podobne rzeczy nas motywują do działania. Płeć ma na to jakiś wpływ, bardziej kulturowy niż jakikolwiek inny, ale to się zmienia. Tylko cierpliwości. Dajmy sobie jeszcze trochę czasu, za długo funkcjonowaliśmy w pewnym systemie i zdążył się mocno zakorzenić.

A wracając do hejterów?

Dobrze, że mnie nakierowujesz. Mam naturę dygresyjną. Jak zaczynam zauważać, że sama, kiedy wstanę nie tą nogą, kiedy się nie wyśpię, kiedy jestem zmęczona, to zaczynam źle reagować na świat, być rozdrażniona, mam mniejszą wyporność na interakcję i mała rzecz jest mnie w stanie wyprowadzić z równowagi, zaczynam rozumieć mechanizm.

Ale nie idziesz od razu przed ekran albo nie chwytasz za telefon, żeby kogoś zwyzwać. Najwyżej robisz o tym rysunek lub filmik.

Kulturowe przyzwolenie. Przyjęło się, że nie wylewamy tak po prostu swoich frustracji na drugiego bogu ducha winnego człowieka. Kiedyś się umówiliśmy: "hej, a co powiecie na to, że jednak nie będziemy rozwiązywać wszelkich sporów wyzywaniem, krzykiem, biciem czy wybijaniem się nawzajem?". Już werbalna agresja ma na nas ogromny wpływ i kto wie, jaki efekt domina uruchomi. Hejt jest wyborem. Wyborem, który rezonuje z czyimś samopoczuciem, z czyimś życiem. Pora sobie to uświadomić i brać odpowiedzialność.

No dobrze, to przejdźmy do meritum: ty nie tylko wysyłasz serduszka ludziom, którzy obrzucają cię inwektywami – ty też z nimi podejmujesz dialog.

Im dłużej jestem na tym padole, tym jestem ciekawsza drugiego człowieka, mechanizmów naszego działania. Metodą poznawczą dochodzę do własnych wniosków na temat nas, ludzi. Własnych, bo niestety skończyłam tylko jedną zawodówkę – Akademię Teatralną – ale kto wie, może to nie koniec mojej edukacji… Ale do rzeczy. Od trzech lat prowadzę profil na Instagramie The Girl Who Fell On Earth, na którym umieszczam rysunki komentujące bieżące wydarzenia. Uzbierało się już prawie 90 tysięcy ludzi o tożsamym poczuciu humoru, wrażliwości i z dystansem do wszechświata. Lecz raz na parę ilustracji, zwłaszcza przy tematach światopoglądowych, jakaś wychodzi poza "moją bańkę" i trafiają odbiorcy z przypadku. Nie znając kontekstu profilu, myśląc swoimi kategoriami, zakładają intencje autorki, które zazwyczaj daleko odbiegają od tych właściwych.

 

Więc jakie są te właściwe?

Po co rysuję? Po prostu mam myśl, którą chcę wyrazić, coś poddać w wątpliwość, zadawać pytania, otworzyć temat do dyskusji. A kiedy wrzucam coś, co jest natury politycznej lub religijnej, to często trafiają na mój profil osoby tak zacietrzewione w danym temacie, że czytają i widzą, co chcą zobaczyć i pole do dyskusji zalewa teza, z którą przyszli. Oskarżając mnie o obrazę – obrażają mnie. Krzywdzą, bo myślą, że sami są krzywdzeni.

No i co w tym złego? "W końcu taki jest internet" – że odpowiem słowami, które sama słyszę, kiedy mi się przydarza coś podobnego.

Co w tym złego? Ciągle słyszę, że "musimy się opanować, bo KIEDYŚ stanie się coś złego". Coś złego już się stało! Paweł Adamowicz "się wydarzył". Na chwilę się tym przejęliśmy, zjednoczyliśmy, ale to minęło. Takie nasze rodzime, polskie zrywy - jednorazowe. Zrywanie szat i gesty bezradności w niebo są tylko reakcją, a nie działaniem zapobiegawczym. Ukrywanie się, bądź kogoś za tym pojemnym, chwytliwym słowem "hejter" jest złudne, a wręcz niebezpieczne. Odbiera jego czynom namacalność, wagę, bo przecież jest anonimowym zlepkiem słów z internetu. Zacznijmy traktować ich jak ludzi i rozmawiać z nimi jak z ludźmi. Im szybciej zobaczysz po drugiej stronie człowieka, tym szybciej zrozumiesz, że coś nim kieruje. Jakaś historia. Najczęściej bardzo smutna historia. A tu już tylko chwile dzielą nas od włączenia empatii.

I co się wtedy dzieje?

Widzę tego wyniki. Ktoś, kto jest werbalnie na początku bardzo agresywny wobec mnie – niby wirtualnego, nieczującego bota, którego przecież nie może skrzywdzić – mięknie. Skoro ten człowiek ma na mnie wpływ, ja również mogę go mieć, tylko na skrajnym biegunie energetycznym.

Ale to bywa chyba nieprzyjemne, taka interakcja?

No tak, i wielokrotnie słyszałam pytanie "po co to sobie robię?". Że jak ktoś jest agresywny dla bycia agresywnym, to nie ma dla niego żadnego usprawiedliwienia.

A jest?

Jest dużo usprawiedliwień! Dopóki system edukacji, odpowiedniej pomocy od państwa czy rodziny nie będzie funkcjonował prawidłowo i sprawnie, jest mnóstwo powodów, aby czuć się osamotnionym ze swoimi problemami a permanentna frustracja potrafi poważnie nadszarpnąć człowieka.

Rozmawiasz ze wszystkimi? Jak leci?

Nie, wybieram ludzi, którzy dają mi jakiekolwiek przeświadczenie, że jest tam przestrzeń do dyskusji. Którzy po jednym moim żarcie – bo staram się rozładować napięcie humorem - odbiją piłeczkę, odpowiedzą sarkastycznie. Jeśli widzę absolutny brak dobrej woli, to nie dyskutuję, nie bronię się, to nie ma sensu. Ale staram się znaleźć jakieś połączenie z tą drugą osobą: cień, zarys tego, co nas łączy jako ludzi. No bo przecież widać, że te osoby mają o mnie jakieś wyobrażenie: o tych z telewizji, o tych nazwiskiem, o tych rozpoznawalnych.

Znajdujesz to, co was łączy i co?

To taki człowiek zaczyna cię widzieć. Dostrzegać po prostu.

Jako żywą osobę, tak?

Tak. A jak zobaczy w tobie człowieka, to już zaczyna z tobą rozmawiać inaczej: nie jak z botem, którego nie można zranić. Często zdarza się tak, że od największej obelgi płynnie przechodzimy do żartu i rozmowy. Zabarwienie konwersacji się zmienia z czerwonego na niebieski. I żeby nie było, nie mam złudzenia, że mam jakiś ogromny wpływ na te osoby!

Nie?

Nie! To chodzi tylko to tę konwersację, ten moment. Internet nie jest miejscem do rozwikływania odwiecznych światopoglądowych sporów. To nie jest miejsce, żeby łechtać swoje ego czy przekonać do swojej racji. Skoro nie widzimy się, nie rozmawiamy oczami, tylko literkami, skoro każdy tekst można zinterpretować na miliard rozmaitych sposobów i skoro wszystko zależy czasem od przecinka – to to nie ma sensu. Bo jak się nie widzimy, to łatwo dopisujemy sobie swoje interpretacje czyichś intencji – a to mylne! Dodajmy do tego to, że niektórzy rozumieją sarkazm i ironię, a inni nie. Niektórzy odczytują emocje ogólnikami. Więc zamiast rozmijać się w sieci, spotykajmy się w realu.

Ale wtedy spotykalibyśmy się tylko z ludźmi ze swojej "banieczki", którzy myślą podobnie do nas, prawda?

Pewnie byłoby ciężej spotkać kogoś, kto wychował się w innym od nas miejscu, ma kompletnie różne od naszych doświadczenia i z tego biorą się wartości, które wyznaje. Ktoś, kto nie spotkał geja, lesbijki, wegetarianina lub nie rozmawiał z ateistą, opiera się na jakiejś mitologii, czymś, co mu o nich opowiedziano, albo co widział na memie. I faktycznie, jak nie będziemy się spotykać, mieszać, to pozostaniemy w impasie. Internet nam to umożliwia, ale mamy tu skutek odwrotny od zamierzonego. Choć bywają wspaniałe wyjątki. Mam takiego jednego. Zero obserwowanych, zero obserwujących, bez zdjęcia, nick też wskazuje na fake konto. Nazwijmy go Pan K.

Czyli jest to postać bez twarzy? Można by go uznać za bota lub stwierdzić, że się chowa, a ty z nim gadasz?

Tak. Pan K. bardzo często się pojawia u mnie na profilu, pisząc nieprzyjemne rzeczy, szpile, których celem jest sprawić ból. Ale zawsze w granicach przyzwoitości i wymieniamy się paroma dowcipnymi złośliwościami. Choć ja nawet tym, co piszą nieprzyjemne rzeczy staram się zawsze dawać kredyt zaufania w kwestii inteligencji interlokutora. Nie ma nici porozumienia, nim wymiana myśli zabłądzi w odmęty inwektyw czy skrajnych złośliwości, daję serduszko lub życzę po prostu miłego dnia. Polecam.

Ale co z Panem K.?

A propos podniesienia płac polityków zrobiłam obrazek z napisem „UFF… NA SZCZĘŚCIE OD MARCA NIE MAM PRACY, WIĘC TO NIE Z MOICH PODATKÓW” na co Pan K. napisał: "Pani Matyldo, w Biedronce pełno wolnych miejsc, do pracy celebryci".

Skądinąd słusznie.

Szczerze mówiąc - jestem tylko człowiekiem - chciałam mu od razu w pierwszym odruchu odpisać: "Ale proszę pana, ja zajmuje się kulturą, zostaliśmy zepchnięci na szary koniec tarczy, żyję z oszczędności, moje koncerty są przekładane z marca na maj, a z maja na listopad, że muzycy jeżdżą Uberem, że ja jestem pracoholikiem i żadnej pracy nigdy się nie bałam… ", itd. Więc zacisnęłam ząbki i napisałam: "dzięki za cynk, zawsze można na Pana liczyć. Celebryci :) Ale na to miano trzeba sobie zasłużyć, a ja nawet tym nie jestem". I pan odpisał: "Powiem prawdę, bardzo lubię te zaczepki z Pani strony, pozdrawiam". Przyznam, że była to jedna z fajniejszych i odkrywczych rzeczy, które mi się ostatnimi czasy przytrafiły. Pokazuje to między innymi, jak daleko zabrnęliśmy w tych internetowych potyczkach, jak bardzo zatraciliśmy dystans, a co najistotniejsze, że zaczęliśmy podświadomie stawiać znak równości między drzewkiem komentarzy w social mediach a prawdziwą rozmową przy kawie.

Matylda Damięcka obok Magdy Mołek, Lidii Popiel, Justyny Szyc-Nagłowskiej, Oriny Krajewska i Ewy Woydyłło była gościnią Festiwalu Kręgi tworzonego przez kobiety dla kobiet. I - jak kręgi - opartego na demokratyczności: bo w końcu w kręgu wszyscy jesteśmy równi. Twórczynie festiwalu postanowiły skupić się na temacie czułości. Dlaczego? Bo uważają, że to właśnie jej najbardziej potrzebujemy w tych ciężkich czasach. Stworzyły więc dwa dni targów na Mysiej 3 z wystawcami tworzącymi swe produkty z czułością, warsztaty rozwojowe oraz panele dyskusyjne z inspirującymi kobietami w pięknych i komfortowych przestrzeniach warszawskiego Hotelu Puro. O czułości rozmawiały psycholożki, dziennikarki, seksuolożki, artystki, badaczki, joginki i celebrytki.