Dorota Gardias: Testy kasetkowe pokazywały, że ani ja, ani Hania nie mamy koronawirusa

Dorota Gardias bardzo ciężko przeszła zakażenie koronawirusem. Zakaziła się COVID-19 od swojej siedmioletniej córki Hani, która znacznie łagodniej przeszła chorobę. U dziewczynki pojawiła się tylko niewysoka gorączka. Gardias natomiast była hospitalizowana. - Objawy zupełnie inne niż zwykle przy infekcjach - w moim przypadku był to ból mięśni pleców na tyle silny, że przekręcanie się na łóżku sprawiało ogromny dyskomfort. Druga rzecz - ból oczu, dosłownie tych mięśni, które poruszają okiem, to było coś zupełnie niezwykłego dla mnie, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Pojawił się także ból głowy typu migrenowego, bardzo silny - prezenterka telewizyjna opowiedziała nam o swojej walce z chorobą.

Aleksandra Pajewska-Klucznik: Jak wyglądał początek zakażenia – jakie były pierwsze objawy i skąd pani wiedziała, że to akurat koronawirus?

Dorota Gardias: W szkole mojej córeczki było ognisko koronawirusa, więc miałam świadomość, że będąc w tej społeczności jest duże prawdopodobieństwo, że my również zostałyśmy zakażone. Oczywiście najpierw córka, a dalej tą samą drogą ja. Dlatego byłam czujna i obserwowałam siebie i Haneczkę. U mnie objawy rozpoczęły się właściwie niepozornie, bo od takiego drapania w gardle – po prostu było suche i podrażnione, towarzyszył temu suchy kaszel, ale nie mocny czy napadowy, takie pokasływanie.

Czyli tak jak przy zwykłym przeziębieniu?

Dokładnie tak. Ja często łapię takie infekcje górnych dróg oddechowych, więc początkowo jedynie to obserwowałam, ale już byłam czujna. Drugiego dnia pojawił się stan podgorączkowy, więc to był dla mnie kolejny sygnał, że coś się dzieje. Następnego dnia pojawiły się już takie konkretne objawy – przede wszystkim ból. Objawy zupełnie inne niż zwykle przy infekcjach – w moim przypadku był to ból mięśni pleców na tyle silny, że przekręcanie się na łóżku sprawiało ogromny dyskomfort. Druga rzecz – ból oczu, dosłownie tych mięśni które poruszają okiem, to było coś zupełnie niezwykłego dla mnie, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Pojawił się także ból głowy typu migrenowego, bardzo silny. Miałam też bardzo tkliwą skórę w okolicach żeber i ból brzucha, taki w odczuciu, jakby bolały mnie dosłownie wnętrzności. Co ciekawe, moja koleżanka, która ma dzieci w tej samej szkole, co ja, też przechodziła COVID-19 i miała dokładnie takie same objawy, oprócz bólu brzucha jedynie.

Czy pani córka też doświadczyła tych objawów?

Córeczka miała tylko podwyższoną temperaturę i to wszystko. Nie miała ani kaszlu, ani bólu pleców. Miała stan podgorączkowy praktycznie cały czas i przez jeden dzień gorączkę. Oczywiście było widać po dziecku osłabienie, czerwone oczka. No matka widzi takie rzeczy, że dziecko ewidentnie z czymś walczy. Ale naprawdę przeszła to bardzo łagodnie. Po trzech dniach od pierwszego dnia jej objawów stan podgorączkowy ustąpił.

Czyli gdyby nie pani objawy typowe dla COVID-19, to choroba córki mogłaby być wzięta za zwykłe przeziębienie?

Właściwie, to nie do końca. Jeżeli dziecko jest zdrowe, nie ma kaszlu ani kataru, to rzadko się zdarza, żeby miało podwyższoną temperaturę. Ja się nie spotkałam u córki z czymś takim, musi być jakaś przyczyna, organizm musi z czymś walczyć. A ona nie miała żadnych objawów poza gorączką. To plus fakt, że mamy pandemię, jasno wskazało na koronawirusa.

W którym momencie udało się pani zrobić test?

Ja go zrobiłam bardzo szybko. Zrobiłam test prywatnie, bo chciałam to właśnie jak najszybciej załatwić. Testy kasetkowe pokazały, że ani ja, ani Hania nie mamy koronawirusa. To są te testy, które wyglądają tak jak testy ciążowe – daje się kropelkę krwi i w okienku paski pokazują wynik.

To są te tańsze testy, kosztują w okolicach 200 zł?

Tak, dokładnie. Niestety to nie ma sensu – jeśli oczywiście mogę coś komuś polecić. Ważne też jest to, że ten kasetkowy w ogóle nie jest brany pod uwagę w sanepidzie. Równolegle do tych testów zrobiłam wymaz – na początku tylko sobie, bo badanie jest nieprzyjemne i nie chciałam tego od razu córce fundować. Zaczęłam od siebie i kiedy dostałam pozytywny wynik, zleciłam test również dla córki i też był pozytywny. Kiedy trzeciego dnia pojawiły się te bóle pleców, oczu, cały czas gorączkowałam, byłam bez sił… Było mi naprawdę wszystko obojętne, czułam się beznadziejnie, próbowałam obniżyć temperaturę i tylko leżałam. To był wtorek. W czwartek poczułam się trochę lepiej, spadła temperatura, za to straciłam smak. Kolejnego dnia, w piątek, straciłam węch, ale czułam się coraz lepiej.

Można powiedzieć, że spotkało panią całe spektrum tych objawów covidowych, bo zwykle ludzie doznają tylko niektórych, a pani miała wszystkie na raz…

Tak, miałam wszystko! Konsultowałam się ze znajomymi lekarzami i na podstawie ich obserwacji dostałam takie informacje, że decydująca jest siódma doba. Oczywiście ta choroba wciąż jest niezbadana do końca i nie ma pewności, że właśnie tak jest, ale to się często powtarza. Usłyszałam nawet taką opinię, żeby mnie nie zwiodło to, że się lepiej poczuję, bo to może być zwodnicze. I faktycznie siódmej doby pojawił się ból w płucach, takie jakby pieczenie przy próbie wzięcia głębszego oddechu. Trudno to dokładnie określić, a chciałabym ludziom jakoś obrazowo opisać, co się wtedy czuje – można powiedzieć, że przy głębokim oddechu takie rozpieranie, pieczenie i ból. To była sobota, w niedzielę ten ból był znacznie większy, więc już wiedziałam, że coś złego się dzieje.Trzeciego dnia tego objawu już ból był tak silny, że nie mogłam nabrać powietrza, mogłam wziąć tylko płytki oddech. Skonsultowałam się z lekarzem i trafiłam do szpitala. Po wykonaniu tomografii wyszły typowo covidowe zmiany w płucach – taką dostałam informację.

To oznaczało, że musi pani zostać w szpitalu. Jak wyglądało leczenie?

Oczywiście nie leczono mnie na koronawirusa, bo nie ma leku na koronawirusa. Leczono mi płuca, czyli jak był zainfekowany ten miąższ płucny, to są dwie drogi leczenia – ja się nie kwalifikowałam na antybiotyk, bo wyniki krwi nie wskazywały na zakażenie bakteryjne. Mogłam być tylko leczona lekami przeciwzapalnymi, na początku w dużych dawkach, potem z nich schodzili. Walczono ze stanem zapalnym płuc, w czwartej dobie stan zaczął się poprawiać. Jak trafiłam do szpitala, to miałam też gorszą saturację, czyli natlenienie krwi przez to, że ten oddech był płytki. Na szczęście ja nie trafiłam pod respirator, cały czas oddychałam samodzielnie, ale towarzyszyły mi ciągłe duszności, to jest dosłownie takie wrażenie, że brakuje tlenu, nie da się wziąć głębszego oddechu, dlatego podawano mi też tlen.

Ile trwało leczenie w szpitalu?

Spędziłam w nim dokładnie 7 dni, od poniedziałku do poniedziałku. Córka była razem ze mną, miała pobieraną krew, robione wszystkie badania, ale jej stan był już dobry, nie musiała być poddana hospitalizacji.

 

Mówi się, że po wyleczeniu z koronawirusa mogą się pojawić długofalowe skutki uboczne, uszkodzenia płuc.

Właśnie tego się obawiam, bo jestem przed tomografią i wtedy zobaczę, jakie są zmiany w płucach. Po wyjściu ze szpitala dostałam takie wytyczne. To, co mogę teraz powiedzieć to, że mam na pewno gorszą wydolność płuc. Nie uprawiam teraz sportu, wcześniej byłam bardzo aktywna, teraz nie mogę tego robić. Po pierwsze, bo jestem świeżo po infekcji i naraziłabym się na jakaś kolejną, a po drugie, bo najzwyczajniej w świecie nie mam siły. Słyszałam o tym, że ludzie się tak czują, że nawet najmniejsze codzienne czynności sprawiają im trud i faktycznie tak jest. Teraz jest już trochę lepiej, bo ja bardzo dbam o siebie, jeszcze bardziej niż wcześniej.

W jaki sposób?

Bardzo zdrowo się odżywiam – to są różne zakwasy z buraka, napary z kurkumy, mikstury z cytryny i imbiru… Cała doba to jest walka o odporność i o ten organizm, żeby go odbudować, o to, żeby był w jak najlepszej formie. Już wcześniej, przed chorobą, starałam się zdrowo jeść, unikałam mięsa, jadłam je bardzo rzadko. Teraz przyznam szczerze, że pomimo że mój brzuch nie bardzo to znosi, to pozwalam sobie, bo to takie najłatwiejsze, najszybsze źródło białka. Ale to tylko z dobrego źródła i tylko przez chwilę, bo nie chcę jeść mięsa ze względu na to, że ta przemysłowa hodowla ma ogromny wpływ na ekologię i chcę też dawać dobrzy przykład, nie dokładać się do tego. Także teraz chwilowo tak, ale chcę znów od tego odejść i na pewno nie będę jadła.

Czy po wyjściu ze szpitala dostała pani jakieś wytyczne właśnie w temacie tej odbudowy organizmu?

Nie, ale ja sama, we własnym zakresie już od dawna się edukuję w tym temacie, dużo czytam, mam sporą wiedzę, a teraz jeszcze więcej rzeczy dodatkowo wdrożyłam. Robię sobie takie "mikstury" z pieprzem cayenne, z cytryną, imbirem, wodą i miodem manuka wieczorem, żeby rano to pić. Do tego oczywiście też probiotyki naturalne, czyli kiszona kapusta, ogórki kiszone, zakwas z buraka. Zdrowe, naturalne rzeczy, bo nie jestem fanką brania leków bez konieczności. Tak się buduję i czuję coraz lepiej. Myślę, że jak się weźmie to do serca, to jesteśmy w stanie dać temu organizmowi takiego powera. Oczywiście, że najłatwiej wciąć tabletkę, ale to też jest chemia. Skoro i tak musimy jeść, to lepiej niech to, co dobre będzie w tym jedzeniu.

Muszę powiedzieć, że właśnie pani przypadek jest dla mnie – o ile można użyć takiego słowa – bardzo ciekawy, bo przecież jest pani osobą młodą, w dobrej formie fizycznej, a jednak przechodziła pani bardzo ciężko chorobę. To taki dowód na to, że nie tylko seniorzy powinni się obawiać.

No mnie to też zastanawia! Jak to się stało w ogóle? To chyba dowód na to, że to każdego dotyczy. Ja bardzo dużo ćwiczyłam, dwa tygodnie przed chorobą byłam na najwyższym szczycie Tatrach, miałam super kondycję! Byłam mówiąc szczerze w najlepszej formie życiowej. Ja nie palę papierosów, nie miałam żadnych chorób. Mało tego! Właśnie przez to, że przestałam jeść to mięso, trenowałam, miałam bardzo dużo w sobie takiej energii życiowej, bardzo się czułam silna, wyjątkowo jak nigdy. A tu taka sytuacja!

Czy córka wróciła do normalnego nauczania w szkole?

Początkowo, jak zamknęli całą szkołę, to miała tylko nauczanie zdalnie. Później, kiedy wyszła ze szpitala, miała dwa negatywne wyniki testu i mogła wrócić do szkoły. W ogóle wszystkie dzieci na zlecenie szkoły miały wykonywane testy. Tam teraz bardzo się pilnuje tego, żeby dzieci chodziły w maskach.

Czy nie było żadnych problemów ze strony rówieśników? Bo czytałam, że pani na osiedlu sąsiedzi unikają…

Tak, ale ja nie mam żadnych pretensji! To oczywiste, że ludzie nie wiedzą do końca, nie wszyscy mają świadomość, ile trwa ta kwarantanna, czy mam to za sobą. Taka anegdota – spotykałam się z pewną grupą na takich wymianach ubrań i teraz pojawiły się takie propozycje, że może jednak kurierem (śmiech). Ale ja się nie obrażam, rozumiem tych ludzi, boją się. Skoro sami lekarze mówią, że nie znają jeszcze dobrze tej choroby! Ludzie nerwowo reagują, jak się pojawiła w mediach ta informacja, że jestem w szpitalu z koronawirusem, to jedna z sąsiadek podniosła alarm, żeby zdezynfekowano klatkę schodową. Ja faktycznie się przemieszczałam – co prawda byłam zawsze w pełnym reżimie, ale wiadomo... Gdybym ja miała taką sąsiadkę, to też bym chciała tej dezynfekcji. Mówię to w takim kontekście, że to bardzo dobrze – super, że ta pani zwróciła na to uwagę! Teraz stale dezynfekują – w tych czasach to powinno być normalne. A to, że sąsiedzi zachowują dystans – to bardzo dobrze, wzorowo wręcz – trzeba brać przykład. W szkole na szczęście nie było żadnych problemów, bo dużo dzieciaków było w podobnej sytuacji.

Kiedy dowiedziała się pani, że ma koronawirusa, sanepid panią przepytywał, przeprowadzono śledztwo pod kątem tego, kogo mogła pani zarazić?

Tak. Proszę sobie wyobrazić, że nie zaraziłam ani jednej osoby. Wie pani dlaczego? Właśnie dlatego, że ja stale zachowywałam ten reżim sanitarny. Ja byłam w grupie ryzyka, wiedziałam, że mogę zachorować i mogę zarażać. Mając tę wiedzę, pomimo że nie byłam wtedy jeszcze w kwarantannie, byłam bardzo ostrożna. Chciałam się zachować przytomnie i odpowiedzialnie w stosunku do ludzi, z którymi pracowałam. Bo to w pracy zaczął mi się ten kaszel. Od razu udałam się do oddzielnego pokoju, nosiłam maseczkę, kiedy mogłam, na antenie miałam chusteczkę, w którą pokasływałam. Jak skończyłam pracę, zdezynfekowałam swoje biurko. Naprawdę wierzę, że to uchroniło moich kolegów z pracy, nikt nie zachorował. Każdy kaszelek, każde kichnięcie – apeluję, nie zakładajmy, że to przeziębienie, to są takie czasy. Lepiej założyć, że to to i zapobiec rozprzestrzenianiu, bo będzie jeszcze gorzej.

Co pani powie "koronasceptykom", którzy nie wierzą w istnienie pandemii?

To jest najgorsze pytanie! Bo ja naprawdę nie wiem, co jeszcze można powiedzieć? Ci, co są odpowiedzialni, to nic im nie trzeba mówić. Mi ręce czasami opadają, jak czytam niektóre rzeczy.

Mam nadzieję, że dzięki pani świadectwu choć do jednej osoby coś dotrze. Nawet jeśli tylko jednej - to już będzie sukces.

Ci, co myślą, że wirusa nie ma, to chyba w ogóle nie ma o czym z nimi dyskutować. Ale ci, co myślą, że to zwykłe przeziębienie i się śmieją, że nie ma się czego bać… Faktycznie, tak jest, w wielu przypadkach jest łagodnie i to jest super. Ale czasem jest bardzo ciężko – i ja jestem tego przykładem. Na szczęście większość przechodzi dobrze i daje radę, ale ze względu na tych, którzy nie mają tyle szczęścia - lepiej być jednak odpowiedzialnym za siebie i za innych.