Tabu, stygmatyzacja i zasłona milczenia. "Gdy powiedziałam dziadkom, czym się zajmuję, zapadła cisza"

Miliony kobiet na całym świecie są upokarzane, stygmatyzowane i wykluczane społecznie tylko dlatego, że dostały miesiączkę. W wielu kulturach uznawane są za nieczyste. Do tego dochodzi jeszcze ubóstwo menstruacyjne. I pewnie myślisz, że problem dotyczy krajów Globalnego Południa. Nic bardziej mylnego. Być może twojej koleżanki, sąsiadki, znajomej nie stać na zakup środków higienicznych. O ubóstwie menstruacyjnym rozmawiam z Emilią Kaczmarek, pomysłodawczynią projektu społecznego #Akcja Menstruacja.

Emilia Kaczmarek, Magdalena Demczak i Julia Kaffka 1,5 roku temu jeszcze będąc w szkole ponadpodstawowej zaczęły realizować projekt społeczny "Akcja Menstruacja", którego celem było zebranie pieniędzy na zakup tysiąca kubeczków menstruacyjnych dla potrzebujących. Dziewczynom udało się zebrać wówczas 15 tys. zł. 

Projekt społeczny przerodził się w organizację i dziś Emilia, Magdalena i Julia tworzą pierwszą w Polsce fundację, której głównym celem statutowym jest walka z ubóstwem menstruacyjnym. "Akcja Menstruacja" organizuje również projekt "Hej, dziewczyny!". Do szkół dostarczają pudełka na środki higieniczne, tak aby nastolatki nie musiały już więcej opuszczać lekcji z powodu miesiączki.

 ----------

Urszula Abucewicz, Kobieta Gazeta.pl: Kiedy chodziłam do szkoły, na miesiączkę mówiło się, że przyjechała ciotka z Ameryki. A teraz jakich określeń się używa?

Emilia Kaczmarek: Zawsze mówiłam, że mam okres. Najmocniejsze określenie, jakie słyszałam to "te dni". Nie stosowałam żadnych eufemizmów. Okres to okres, choć wiem, że nie jest to normą. Co mnie bardzo cieszy, część osób zaczyna używać określenia: "Mam comiesięczną akcję menstruację".

Menstruacja wciąż pozostaje tematem tabu. I nie tylko w Polsce. W wielu kulturach wciąż traktuje się kobietę miesiączkującą jako nieczystą.

Jest to wciąż duży problem, który wiąże się z ubóstwem w różnych kręgach kulturowych. Kobiety w Nepalu podczas okresu są wyrzucane z domu. W Afryce muszą ukrywać, że krwawią. Niektóre dziewczynki nie chcąc zabrudzić posłania, wykopują dołek w ziemi, układają w nim tylną część ciała, spędzają tak noc, po czym rano zakopują go, żeby nie było widać krwi.

 

Nasz kraj nie jest wolny od tabu na temat miesiączki. I to też nie ułatwia nam sprawy, ale myślę, że powoli następuje przełamanie i mam nadzieję, że będzie tylko lepiej.

Funkcjonują też zabobony, że np. podczas menstruacji nie można kisić ogórków.

To świetnie widać w raporcie Fundacji Dominiki Kulczyk na temat menstruacji, który został przeprowadzony na terenie Polski, a jego wyniki poznaliśmy w lutym. Procenty, ale także zróżnicowanie na osoby młode i dorosłe, pokazują różnicę pokoleniową. Przyznam szczerze, że przed przeczytaniem tego raportu nie miałam pojęcia, że mając miesiączkę, nie powinnam kisić ogórków. Dopiero wtedy zetknęłam się z tym zabobonem.

Nie ukrywam, że raport o Polsce bardzo nam pomógł. Gdy zaczęłyśmy naszą działalność i opowiadałyśmy o problemie, zawsze na koniec dyskusji słyszałyśmy: "proszę pokazać dane", a my wtedy mówiłyśmy, że jeszcze nikt ich nie ma, że nikt nie przeprowadził takich badań, a nas nie stać, żeby je samodzielnie przeprowadzić. 

Dziewczyny przełamują tabu na temat ubóstwa menstruacyjnegoDziewczyny przełamują tabu na temat ubóstwa menstruacyjnego Facebook.com / #AkcjaMenstruacja

Wracając jednak do zabobonów. Niestety są wciąż żywe. Mój znajomy ginekolog powiedział mi, że całe zajęcia na studiach poświęca na obalanie mitów krążących wokół menstruacji. Część studentów była zdziwiona. Miałam szczęście, że nie zostałam im poddana.

Jakie to jeszcze mity?

Że gdy ma się okres, nie można chodzić do dentysty, nie wolno uprawiać seksu, a jeśli już to się robi - to nie zajdziemy w ciążę. No i że krew menstruacyjna jest pełna groźnych zarazków i toksyn.

Z raportu pt. "Krwawy problem" wynika, że co piątej kobiety na świecie nie stać na kupno środków higienicznych. I gdy czytam te dane, myślę sobie, że takie sytuacje zdarzają się w Indiach, Afryce, ale nie w Polsce.

Pierwsze informacje o ubóstwie menstruacyjnym dotarły do mnie ze Stanów Zjednoczonych, następnie z Wielkiej Brytanii, a dopiero potem przeczytałam, że problem dotyka też kobiet z krajów Globalnego Południa. Zakładamy, że w biednych rejonach typu Indie czy Afryka brakuje niemal wszystkiego. Logiczne jest więc, że gdy kogoś nie stać na jedzenie, to i na podpaski też nie. Okazuje się, że problem nie omija krajów lepiej rozwiniętych.

W jaki sposób dowiedziałaś się, że ubóstwo menstruacyjne dotyczy Stanów Zjednoczonych?

Szukałam pomysłu na projekt społeczny, który musiałam zrealizować w ramach programu rozwojowego z dziewczynami, z którymi obecnie tworzymy zarząd fundacji. Byłam więc bardziej wyczulona na problemy społeczne wokół mnie.

Gdy przeglądałam media społecznościowe, trafiłam na post Pani Miesiączki. Dołączony do niego był film dotyczący Stanów Zjednoczonych, który pokazywał, jak kobiety w kryzysie bezdomności przechodzą okres. To właśnie wtedy usłyszałam o ubóstwie menstruacyjnym. Było to dla mnie przejmujące odkrycie. Zaczęłam się zastanawiać, czy tak jest w Polsce.

Kiedy wpisałam hasło "ubóstwo menstruacyjne" do przeglądarki, zobaczyłam, że jest dziura. Na przełomie kwietnia i maja 2019 r. o ubóstwie menstruacyjnym nie mówiło się praktycznie wcale. Wyskoczyło mi kilka rekordów o Wielkiej Brytanii. Stąd dowiedziałam się, że na Wyspach brak dostępu do środków menstruacyjnych jest poważnym problemem. Gdy zaczęłam czytać, dowiedziałam się, że brytyjski rząd wprowadził podpaski we wszystkich szkołach. O Polsce nie było żadnych informacji.

Kiedy więc podzieliłam się swoimi przemyśleniami z dziewczynami, Magda przypomniała sobie pewną sytuację sprzed roku. Z innego projektu zostało jej kilka podpasek, postanowiła je więc zanieść do lokalnego domu dziecka i nigdy nie widziała, żeby ktoś kiedykolwiek tak bardzo ucieszył się z paczki podpasek. Ten obraz w niej został. To był nasz pierwszy trop.

Co za radośćCo za radość #AkcjaMenstruacja

Koleżanki używające skarpetek. Pani od w-fu dająca podpaski swoim uczennicom. Te przypadki rzeczywiście się zdarzają?

Nie zmyślam tych historii. Do naszej fundacji piszą różne osoby. Z racji tego, że zaczęłyśmy działać w szkołach, sporo z tych sytuacji to szkolne problemy.

Gdy rozmawiamy z osobami, które do nas trafiają, to wtedy słyszymy: "Jak dobrze, że panie są, bo ja wcześniej"... i tu się zaczyna historia.

Jaka to jest historia?

Jedną z ostatnich, jak dla mnie wstrząsających, opowiedziała nam nauczycielka, która uczy w technikum gastronomicznym. W szkole przyjęta jest zasada, że na zajęcia praktyczne z nauki gotowania dziewczyny same kupują produkty. Nauczycielka zauważyła, że regularnie nie przychodzą na zajęcia, kiedy mają okres. Pieniądze na zakup produktów wydają na kupno podpasek. Oczywiście w tym technikum już działamy.  

To dla mnie poruszająca historia, ponieważ pokazuje, że brak dostępu do środków menstruacyjnych wpływa na jakość edukacji. Na fakt, w jaki sposób te dziewczyny będą wykształcone, bo przecież ileś tych zajęć w ciągu roku opuszczą.

Problem dotyka również osoby dorosłe. Od organizacji społecznej Dom Kultury, która zajmuje się zajęciami animacyjnymi dla osób osadzonych w areszcie śledczym na Grochowie, otrzymałyśmy informację, że więźniarkom przysługuje na okres 20 sztuk podpasek. Bez względu jaki ten okres jest, jak długo trwa - wszystkie otrzymują tę samą stałą liczbę podpasek. To też jest duży problem.

Zastanawiam się, w jaki sposób przełamywałyście w sobie zahamowania, żeby otwarcie rozmawiać na ten temat? Czy może nie miałyście z tym problemu?

Nie było w nas strachu. Od początku weszłyśmy w tryb działań społecznych, na rzecz osób potrzebujących. To pomoc była na pierwszym miejscu. I czy rozdawałybyśmy jedzenie, czy podpaski - to ma to dla nas tę samą wagę.

Nie było w nas zahamowań, żeby iść do radia i zacząć na ten temat mówić. Ale oczywiście, kiedy przyszłam pierwszy raz do dziadków i musiałam im powiedzieć o moim nowym projekcie, to przez chwilę zapadła cisza. Pojawiła się konsternacja. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że cała moja rodzina jest bardzo otwarta. Mój dziadek regularnie podsyła mi artykuły o okresie, które pojawiają się w prasie, a babcia jest zafascynowana kubeczkami menstruacyjnymi. Kiedy zaczęłam jej opowiadać o rodzajach, kolorach, typach - to była zachwycona. Myślę, że to jest kwestia przełamania. 

Czy wasze działania spotykają się z hejtem?

Sformułowanie "osoby menstruujące" budzi silne emocje. Na początku podobne reakcje wzbudzało hasło "ubóstwo menstruacyjne". Myślę, że każda z nas będzie do końca życia pamiętać, kiedy ukazał się pierwszy artykuł na ten temat i przeczytałyśmy pierwsze komentarze. To już się zmieniło i myślę, że się zmieni. Myślę, że to kwestia czasu, osłuchania się.

Zmienia się świadomość społeczna. Menstruacja wciąż jest jednak powodem do wyśmiewania i prześladowania.

Wśród młodych osób na pewno ten problem jest widoczny. Ostatnio napisała do nas dziewczyna z pytaniem: "Czy widać po mnie, że mam okres? Chłopcy śmieją się ze mnie, że na pewno mam". A skąd oni mogą o tym wiedzieć?! Następuje tutaj stygmatyzowanie. Ci chłopcy zostali nauczeni prawdopodobnie w domu i wychowani na szeroko pojętej popkulturze, że jeśli dziewczyna czy kobieta ma zły humor, to na pewno ma okres i te szkodliwe wzorce niestety powielają. Myślę, że to dalej jest problem i niezbędna jest tutaj edukacja, której czasem brakuje.

Z badania wynika, że ponad 40 proc. kobiet i dziewczyn wprost mówi, że w rodzinnym domu nie mówiło się o miesiączce, a dla 23 proc. te rozmowy są krępujące.

Niestety tak jest. Starsze pokolenie zostało wychowane w ciszy, w zasłonie milczenia wokół okresu. Większość osób żyje w poczuciu, że to jest moja prywatna sprawa. Nikt nie powinien o tym wiedzieć ani tym bardziej o tym mówić. Zahamowania więc są przekazywane córkom czy synom, bo ten problem jest wciąż żywy bez względu na płeć.

W szkołach podstawowych, z którymi współpracujemy, miałyśmy kilka nieprzyjemnych sytuacji. Zgłaszali się rodzice i mówili, że oni nie życzą sobie, żeby ich córka, która jest w VI klasie, oglądała podpaskę w toalecie, bo ona jeszcze nie wie, co to jest.

W ramach projektu Hej dziewczyny w szkołach pojawiają się pojemniki na podpaskiW ramach projektu Hej dziewczyny w szkołach pojawiają się pojemniki na podpaski #AkcjaMenstruacja

Prowadzicie w szkołach akcję "Hej dziewczyny". Na czym polega? I jakie jest nią zainteresowanie?

W szkolnych toaletach umieszczamy pudełka na podpaski. Obecnie jesteśmy w 120 szkołach. W kolejnej setce placówek wiszą plakaty o naszej akcji z kieszonką na podpaskę. Zgłaszają się do nas kolejne. Mam nadzieję, że do końca roku szkolnego dobijemy do 500 placówek.

Czy większość to były szkoły z dużych ośrodków miejskich?

W pierwszej fali zgłoszeń rzeczywiście tak było. Na szczęście pocztą pantoflową informacja o naszej akcji dotarła również do małych miast, które tak naprawdę są dla nas priorytetem. Docieramy tam i nigdy nie odmawiamy udzielenia pomocy. Nauczycielki wprost nam mówią, że w mniejszych miejscowościach jest to duży problem. Bardzo nam więc zależy na tym, żeby tam dotrzeć.

Uruchomiłyście również punkty pomocy okresowej.

Tak, to są ogólnodostępne szafki, w których nasze wolontariuszki regularnie umieszczają podpaski i tampony, dzięki czemu osoby dorosłe mogą też z nich skorzystać.

A co z kubeczkami menstruacyjnymi? W jednym z wywiadów powiedziałaś, że dla wielu kobiet używanie ich to jak lot w kosmos.

Na pewno chciałybyśmy wprowadzić na szerszą skalę działania w dotowaniu kubeczków menstruacyjnych, bo od tego w ogóle zaczęłyśmy naszą przygodę z tematem ubóstwa menstruacyjnego. Nasz pierwszy projekt społeczny polegał na zbieraniu pieniędzy na kubeczki, potem trochę odeszłyśmy od tego pomysłu, ponieważ odezwały się do nas szkoły. Teraz mamy pandemię, trudno więc edukować, jak ich używać, jaki wybrać rozmiar, od kiedy można ich używać [dopiero od 14. roku życia - przyp. red.]. Bardzo byśmy chciały zająć się promocją kubeczków, ponieważ jest to rozwiązanie wielokrotnego użytku, czyli ekologiczne i obniżające koszty w ciągu życia.

Kiedy współpracowałyśmy ze Szlachetną Paczką i wysłałyśmy kubeczki, to otrzymałyśmy prośbę o podesłanie podpasek. Okazało się, że kobiety, którymi opiekuje się fundacja, dalej używają waty. Dla nich przejście od waty do kubeczka to za duży przeskok. To jak lot w kosmos. Trzeba więc do tej sprawy podchodzić stopniowo, ale z doświadczenia już wiemy po rozdaniu tysiąca kubeczków, że wiele osób korzysta z tego rozwiązania i są z niego zadowolone.