Dorota Naruszewicz przeszła koronawirusa: W pierwszej izolacji sanepid dzwonił. Teraz nikt się nie odezwał

Dorota Naruszewicz, aktorka filmowa i teatralna, znana szerokiej publiczności między innymi z "Klanu", "Na dobre i na złe" czy "Korony królów", poinformowała niedawno na swoim Instagramie, że przeszła koronawirusa. Gwiazda napisała: "Wracam do życia. Jeszcze dwa dni izolacji. Covid pokonany. Nie muszę wam mówić, jak się cieszę". Jednak to jej słowa o pomocy państwa - czy raczej jej braku - odbiły się w sieci szerokim echem. "System nie wyrabia, nikt w tej chwili nie nadzoruje stosowania się do obostrzeń izolacji" - podkreślała Naruszewicz. W rozmowie z nami opowiedziała o swoich przejściach z koronawirusem, sanepidem i planach pomocy innym, którzy zachorowali.

Aleksandra Pajewska-Klucznik: Jak to wyglądało na początku – skąd wiedziała pani, że musi się zbadać akurat na obecność COVID-19, jakie były pierwsze symptomy?

Dorota Naruszewicz: Ja byłam w dość prostej sytuacji – znajoma osoba zawiadomiła mnie, że właśnie dowiedziała się o tym, że jest nosicielem koronawirusa. My widziałyśmy się kilka dni wcześniej, więc oczywiście mnie poinformowała, że ma wynik pozytywny i jest prawdopodobieństwo, że mogła mnie zarazić.

Rozumiem, że wtedy zdecydowała się pani zrobić test.

Tak, zwłaszcza że już w tym momencie zaczynałam sama mieć drobne objawy przeziębieniowe i to mnie zmobilizowało - zrobiłam test.

Jakie to były objawy?

Na początku typowo przeziębieniowe, tylko lekka gorączka, ból głowy, lekkie bóle w mięśniach. Później, po około dwóch dniach, pojawiła się utrata smaku i węchu. Do tego takie ogólne osłabienie, zero energii.

Przy tak słabych objawach nie pojawiło się widmo szpitala, nie było mowy o żadnej hospitalizacji?

Nie, na szczęście nie. Pojechałam samochodem zrobić test i od razu sama się odizolowałam, czekając na wynik. Te pierwsze, najbardziej nieprzyjemne objawy trwały jakieś trzy dni, później utrzymywało się jedynie to osłabienie, brak smaku i węchu. Wszystko w sumie trwało około siedmiu dni. Bardzo się cieszę, że przeszłam to tak łagodnie.

Czy kiedy zamieściła pani w sieci wpis o pani przejściach z koronawirusem, spotkało się to z jakimiś reakcjami, np. sąsiadów?

Dużo moich znajomych dzwoniło i pytało z troską o to, jak się czuję. Dopytywali też, jak się zaraziłam, w jaki sposób, jak to przechodzę.

Pytam też o to, bo np. Dorota Gardias mówiła w mediach, że sąsiedzi jej unikali.

Ja tego na szczęście nie doświadczyłam. Ale z kolei pod moim postem były komentarze bardzo życzliwe, ludzie pytali zatroskani o moje samopoczucie, czy wszystko ok. Nie znalazłam się w żadnych takich nieprzyjemnych sytuacjach, nie miałam takich doświadczeń. Póki co wróciłam do normalnego funkcjonowania.

Dziś już można powiedzieć, że jest pani zdrowa?

Na dzień dzisiejszy jestem zdrowa - nie mam już żadnych objawów, na końcu wrócił mi smak i węch, czuję się już w pełni sił. Na szczęście w moim przypadku odbyło się to chyba w tym najłagodniejszym i najkrótszym wydaniu.

W mediach społecznościowych zamieściła pani wpis, który – delikatnie mówiąc – niezbyt pochlebnie rozprawia się z opieką państwa wokół osób z pozytywnym wynikiem badania na COVID-19. Z tego co zrozumiałam, sanepid nawet się nie odezwał i wszystkie decyzje, np. tę o kwarantannie, musiała pani podjąć sama?

Na szczęście ja nie wymagałam wizyt, czy tym bardziej szpitala. Natomiast w pierwszej izolacji, kiedy moje dzieci nie mogły chodzić do szkoły, to rzeczywiście sanepid dzwonił i można się było czegoś chociaż dowiedzieć. Tym razem nikt nawet raz się nie odezwał. Nie wiem, z czego to wynika, słyszałam opinię, że jeżeli robi się test prywatnie, a tak było w moim przypadku, to sanepid nie dzwoni. Nie rozumiem, dlaczego tak jest. Skoro sama płacę, to chyba tym lepiej, że nie obciążam dodatkowo państwa, a po ich stronie mogłoby być chociaż to, żeby zadzwonić.

Tak na dobrą sprawę mi te telefony już nie były do niczego potrzebne, ale na początku chociaż raz ktoś powinien zadzwonić. Jak odkryłam, że mam koronawirusa, to nie wiedziałam do końca, co mam robić. Gdyby sanepid się odezwał, dostałabym chociażby informację od kiedy mam sobie tę samoizolację narzucić, ile ona aktualnie ma trwać? Skoro są obostrzenia i płaci się kary za przeoczenie czegoś, to wolałabym się upewnić. Dostać wiedzę np. na temat tego, kiedy mogę z tego wyjść, czy muszę wykonać powtórnie testy, czy ot tak iść na ulicę? Poza tym, że człowiek się martwi o to, by nie zachorować bardziej, by nie trafić do szpitala, to ma też wiele pytań takich organizacyjnych – co z dziećmi, co z rodziną? Ja jestem w izolacji, a czy w związku z tym muszę dzieciom zrobić testy? I kiedy one mogą wyjść z tej izolacji, którą sami sobie narzuciliśmy? Kiedy mogą wrócić do szkoły?

Nikt tego nie kontrolował, nie wymagał od nas nic. Czy to ja o tym decyduję? Taka poważna rzecz, a okazało się, że to tylko i wyłącznie moja decyzja.

 

Czy separowała się pani od dzieci?

Nie, mieszkamy razem, od razu jak zrobiłam sobie test, to razem czekaliśmy na wynik – oczywiście w tym czasie dzieci były odizolowane razem ze mną i nie poszły do szkoły. Kiedy dostałam potwierdzenie, to oczywiście podjęłam decyzję, że razem siedzimy w domu.

Ale nikt tego nie kontrolował i równie dobrze mogły iść do szkoły?

Tak. Nikt tego nie kontrolował, nikt nie sprawdzał, nikt nie dzwonił. Ja sama zadzwoniłam, poinformowałam szkołę o sytuacji, to była tylko i wyłącznie moja sprawa. Równie dobrze ktoś mniej odpowiedzialny mógł się tym nie przejąć i chodzić, zarażać dalej. Nie twierdzę oczywiście, że powinna chodzić policja i pilnować, ale jest od nas w tym momencie wymagana dość duża odpowiedzialność społeczna i samodzielność. Mimo że nie mamy nad sobą kontroli, to musimy sami sobie to wytyczyć.

Wspomniała pani, że to już druga izolacja?

Pierwsza izolacja, wcześniej była kwarantanna. Okazuje się, że to trochę różne pojęcia, czego innego dotyczą. Ale tak, drugi raz przez pandemię byliśmy zamknięci w domu. Dziewczynki były na kwarantannie, bo nauczyciel z ich szkoły został zdiagnozowany i część klas przeszła na 10 dni na tryb nauki online. To było na początku września. Ale na szczęście nikt z nas wtedy nie miał żadnych objawów, nie zaraził się. Za to wtedy po dwóch dniach zadzwonił sanepid.

To w sumie ciekawe. Kiedy była pani zdrowa - dzwonili, kiedy dostała pani potwierdzony wynik pozytywny – nikt się nie odezwał?

Tak, dokładnie. Osiem klas poszło wtedy na kwarantannę, po dwóch dniach zadzwonił ktoś z sanepidu i można było się czegoś dowiedzieć, powiadomili o tym, że będą nas sprawdzać. Ale ja to już zrzucam na karb tego, że w tym momencie jest już tak dużo osób w tym zamknięciu, że oni po prostu nie są w stanie tego kontrolować, sprawdzać. Sami musimy być odpowiedzialni, bo nie ma ludzkich zasobów, żeby wykonywali do wszystkich telefony, najwyraźniej.

Planuje pani zostać dawcą osocza?

Tak, absolutnie! Uważam, że tak trzeba robić, bo skoro nie ma szczepionki, a lekarze potwierdzają, że to pomaga, że wzmacnia tych najciężej chorych, to oczywiście, że tak. Jest nas – tych, którzy to przeszli – coraz więcej, więc myślę, że należałoby w ten sposób wesprzeć innych. Lekarze o to apelują i ja również.