Radny z Lubaczowa organizuje strajki na Podkarpaciu. "Pani Teresa się mści i żąda głowy Piotrowskiego"

Podkarpacki Lubaczów liczy osiem tysięcy mieszkańców. Na proteście pojawiło się tysiąc osób. - - Tu wyjść, przedstawić się z imienia i nazwiska i powiedzieć, że jest się przeciwko czemuś, to jest akt wielkiej odwagi. I jest to rzadkie - mówi Marcin Piotrowski, radny Lubaczowa, inicjator tamtejszych protestów. - Nasi lokalni watażkowie z PiS spanikowali i zastraszają: "Że co, u nas? W naszym królestwie takie rzeczy? Przecież do tej pory bali się i byli wierni!" - dodaje radny.

Aga Kozak: Marcina Piotrowskiego kojarzy się z dwóch działalności: albo jako niestrudzonego organizatora festiwalu Folkowisko parę kilometrów od ukraińskiej granicy, w miejscowości Gorajec, która ma mieszkańców…

Marcin Piotrowski: … czterdziestu jeden. A Folkowisko przyciąga taki ekologiczny limit 1000 osób, przez trzy dni festiwalu – przed pandemią - przewijało się około 2000 osób.

Albo jako tego jedynego radnego w Lubaczowie na Podkarpaciu, który sprzeciwił się uchwale przeciwko „ideologii LGBT”.

Zgadza się, jestem Radnym Rady Powiatu Lubaczowskiego – niewielkiego, bo liczącego 54 tysiące mieszkańców. Mamy tu 17 radnych. Jestem też zastępcą Dyrektora Kultury w Centrum Turystyki i Sportu w Cieszanowie, odpowiadam za festiwal. Do tej pory Cieszanów Rock Festiwal, a teraz – z nową nazwą – Ciesz Fanów Festiwal. Zajmuję się też rozmaitymi rzeczami związanymi z promocją kultury i turystyki Roztocza.

A parę dni temu w Lubaczowie zorganizowałeś w ramach Strajku Kobiet jeden z protestów.

No właśnie nie powiedziałbym, żebym coś organizował. Po prostu w sobotę 31 października pojawiliśmy się z moją żoną Mariną na lubaczowskim rynku, bo znaleźliśmy informację, że tam będzie protest. Pojawiło się 100 osób, co było – jak na Lubaczów – ogromną liczbą ludzi.

To ilu mieszkańców ma Lubaczów?

Wedle Wikipedii – 12,5 tysiąca, ale mieszka tu na pewno o wiele mniej osób, bo wielu mieszkańców wyjechało z Lubaczowa za granicę czy do większych miast. Realnie to może osiem tysięcy osób. Więc ten spontaniczny spacer wokoło płyty rynku to było coś. Tłum zadecydował, że spotykamy się też następnego dnia, w niedzielę o godzinie 18. A że nie było żadnego sprzętu nagłaśniającego, to przyniosłem najzwyklejszą szczekaczkę.

Z której korzystasz na festiwalach. Bywasz też wodzirejem na najrozmaitszych lokalnych imprezach.

Okazało się, że było nas 700-800 osób. Przeszliśmy przez miasto bez żadnego przygotowania, skandując, ale bez żadnego specjalnego przygotowania, planu. Po tym spotkaniu zaczęliśmy obserwować, co się dzieje w Polsce, powstała w internecie grupa „Murem za kobietami – Lubaczów”, którą założył Łukasz Rydzik z pobliskich Oleszyc. Zebrało się parę osób, które nie bały się mówić publicznie i wyrażać swoich poglądów. Ustaliliśmy, że spotykamy się po raz kolejny we środę o tej samej godzinie. Zadeklarowałem, że zabezpieczę to zgromadzenie technicznie i skoordynuję wolontariuszy, bo jako organizator festiwali mam w tym wieloletnie doświadczenie. Po prostu „co mogę - to pomogę”. Wpakowałem na przyczepkę agregat, głośnik, mikrofon i zrobiliśmy mobilną scenę na przyczepce samochodowej.

Była środa. Środek tygodnia.

Dlatego spodziewaliśmy się, że będzie tych osób mniej, może 300, 400. Ale za banerem „Ogólnopolski Strajk Kobiet Lubaczów” i flagami ustawiła się grupa około 1000 osób. W tym ośmiotysięcznym Lubaczowie! Tutaj tych osób, które nie boją się przemawiać, wyrażać swoje poglądy nie ma tak wiele. Nie ma u nas zawodowych polityków, ale nawet nie za dużo jest aktywistów. Większość dziewczyn, które przemawiały, pierwszy raz wyszło na ulicę, pierwszy raz zwracała się do tłumu. Pełniłem funkcję pomocniczą. Przygotowały świetne przemówienia.

No dobra. A padały wulgaryzmy? Wy***ć albo je***ć PiS?

Ludzie krzyczeli. Ja nie. Bardzo lubię hasło „trzeba było nas nie wku***ać”, ale nawet jak skandowałem „trzeba było!” to tłum odpowiadał za mnie. Więc tak, byłem inicjatorem tego zgromadzenia, uważam, że byłem tam potrzebny, bo wiem, jak ogarnąć grupę, jak nagłośnić – dosłownie i w przenośni. Przyczyniłem się do tego.

Spotkało cię za to trochę nieprzyjemności.

Posłanka PiS z naszego terenu Teresa Pamuła napisała oficjalne pismo, w którym zaznaczyła, że jestem – parafrazując – niegodny, wulgarny, a że związany z kulturą, to tym gorzej. No i że wyciągam młodzież z domów. Co akurat powinno być komplementem – biedni młodzi siedzą po domach przykuci do komputerów. To oficjalne pismo pojawiło się w prasie i na lokalnych portalach. Dały mi o nim znać dziewczyny z naszego lokalnego komitetu strajkowego, że pani Teresa się mści i żąda głowy Piotrowskiego.

Czemu twojej? Przecież tam było paręset osób.

Ale to nie były osoby publiczne. A ja jestem rozpoznawalny. W takich małych miejscowościach naprawdę trudno jest pokazać poglądy inne niż ogółu. Takich protestów zresztą chyba nie było wcześniej, zwłaszcza poza dużymi miastami. Tu wyjść, przedstawić się z imienia i nazwiska i powiedzieć, że jest się przeciwko czemuś - to jest akt wielkiej odwagi. I jest to rzadkie. A to jest właśnie ta rewolucja! Że ludzie przestali się bać!

Są reperkusje?

Młodym dziewczynom w szkołach dostaje się za używanie symboli strajku. Te starsze, które były na protestach a pracują w urzędach, słyszą, że lepiej, żeby ich już tam nie widziano. Nasi lokalni watażkowie z PiS spanikowali i zastraszają: „Że co, u nas? W naszym królestwie takie rzeczy? Przecież do tej pory bali się i byli wierni!”. Słyszymy, że to „zgniła warszawka” organizuje. Wielu po prostu nie umie sobie z tym poradzić, że do tej pory byli „wielkimi panami” okolicy a tu nagle się okazuje, że jednak ludziom się nie podoba to, co robią. To, co podpisują.

Protesty są m.in. pod biurem posłanki Teresy Pamuły.

Bo to ona była jedną z sygnatariuszek listu do Trybunału Konstytucyjnego i ona była zapalnikiem, który uruchomił cały proces. Nie może teraz wkładać głowy w piasek i grać niewiniątka! To ona spowodowała reakcję, a nie potrafi stanąć przed ludźmi i z nimi porozmawiać. Są tacy politycy – pojawiają się na dożynkach czy otwarciach mostów, gdzie można ładnie wyglądać, zrobić sobie zdjęcie z kilkoma innymi aparatczykami, a rzadko wychodzą do ludzi. Mierzi mnie to w Polsce, że ten system samorządowy w Polsce jest taki kastowy, że posłowie czy senatorowie - a nawet byle radni - sami siebie zaczynają traktować jak „nadludzi”. Przypomina się wtedy „Cesarz” Kapuścińskiego.

Strajk Kobiet pod biurem poselskim Teresy Pamuły w LubaczowieStrajk Kobiet pod biurem poselskim Teresy Pamuły w Lubaczowie Tomasz Michalski

To jakie są u was w Lubaczowie nastroje społeczne? Awantury w sklepach? Przepychanki?

Na razie o niczym takim nie słyszeliśmy. Ja co prawda podczas protestu nawoływałem, że „to jest wojna”, ale uzupełniałem, że to nie wojna z sąsiadem, tylko z przepisami, złym prawem. Zresztą u nas naprawdę na tym spotkaniu w sobotę wypowiedzieli się rozmaici ludzie: nawet pan, który był agresywny wobec kobiet – jak przyszedł ponownie we środę, to policja i służby porządkowe nie dały mu tak podskakiwać. Była też pani, która wzięła mikrofon – bo każdy mógł – i przedstawiała bardzo odmienne poglądy, mówiąc, że „wy siksy jeszcze nie wiecie, co to seks, a już chcecie aborcji!”. Ale my jakoś to szanujemy. Spotykamy się, żeby pokazać, że zmiana potrzebna jest też w małych miejscowościach, bo wyszło tyle osób na ulice, a jeszcze ludzie nam z balkonów machali. To była niezwykle spokojna demonstracja. Najbardziej uporządkowany bunt, jaki widziałem.

Chroniła was policja?

Tak, ale też my od początku mówiliśmy głośno, że nie jesteśmy tu od łamania prawa. Nasze prawa są łamane, ale my nie możemy go łamać. Ludzie byli wku*wieni, ale mimo to chodzili po przejściach dla pieszych i chodnikami. Policja była zachwycona współpracą, mówili, że też są ludźmi i są tu tylko po to, żeby wykonywać obowiązki.

Będziecie protestować w poniedziałek?

Pewnie tak. Ale my też nie przestaliśmy tu protestować: dziewczyny, w grupach po trzy, cztery czy pięć  osób, codziennie wychodzą na rynek z plakatami, co jest jeszcze trudniejsze niż „pójście na spacer”, bo rozmawiają z ludźmi, nie mogą schować się w tłumie. My pokazaliśmy dużym protestem naszą siłę. Rozmawiamy z organizatorami innych protestów na Podkarpaciu.

No właśnie, jak jest z protestami na Podkarpaciu?

Są. Nawet się śmialiśmy, że niektóre z większych podkarpackich miejscowości zwracały się do nas o pomoc w organizacji czy wzorowały na tym malutkim Lubaczowie. Protestowały tu Rzeszów, Jarosław, Przemyśl, Jasło, Krosno, Przeworsk. A na razie wszyscy schodzimy, jak to ja się śmieję, do partyzantki: ulotki, banery, plakaty, ludzie malują hasła na prześcieradłach i wywieszają za okno. A to dlatego, że myślimy po prostu o zdrowiu ludzi. Ale jak będzie trzeba, wiadomo - wyjdziemy. Ale zobacz, tak nas hejtowano – „oddzielcie Podkarpacie od Polski” mówiono po wyborach – a my pokazujemy, że nie jesteśmy wszyscy tacy sami, że jesteśmy bardzo zróżnicowani. Niełatwo tu być „inaczej myślącym”. Zamiast fali hejtu przydałaby się nam fala pomocy i miłości. Bo naprawdę - u nas tyle osób protestowało - powiedzmy, że co dziesiąty mieszkaniec wyszedł na ulicę, że w Warszawie musiałoby protestować 200-300 tysięcy osób, żeby oddać tę proporcję!

Marcin Piotrowski - socjolog, animator kultury, dziennikarz. Wicedyrektor Centrum Kultury i Sportu w Cieszanowie. Radny powiatowy, przewodniczący komisji promocji, kultury i turystyki rady powiatu lubaczowskiego. Dyrektor Folkowiska, wybranego do grona najlepszych festiwali Europy. Twórca i koordynator licznych kampanii społecznych, np. „Jestem ze wsi”. Od czerwca kieruje CKiS w Cieszanowie oraz sierpniowym Cieszanów Rock Festiwalem. Społecznie zasiada w zarządach Podkarpackiej Regionalnej Organizacji Turystycznej oraz Lokalnej Organizacji Turystycznej „Roztocze”. Działa na tzw. terenach defaworyzowanych (małe miasteczka i wieś). Koordynuje projekt „Aktywne pogranicze” na terenie powiatu lubaczowskiego.