Podręcznik do geografii podaje zaskakujące dane o 500 plus. "Brak profesjonalizmu i prymitywizm przekazu jest niepokojący"

Minister Czarnek zapowiada reformę podstawy programowej, gdy tymczasem już formowany jest nowy Polak. Jedna z internautek opublikowała zdjęcia z podręcznika do geografii dla klasy siódmej. Autorzy, pisząc o kształtowaniu przyrostu naturalnego, podkreślają wpływ państwa i wymieniają znaczenie programu 500 plus. Co myślą na ten temat demografowie? Czy ktoś miesza propagandę z edukacją?

W podręczniku Nowa Planeta do lekcji geografii dla klasy 7, który został wydany przez wydawnictwo Nowa Era, poruszono kwestię ludności i przyrostu naturalnego. Postawiono pytanie, dlaczego w Polsce rodzi się mało dzieci? W odpowiedzi zwrócono uwagę na sytuację ekonomiczną (np. brak środków na utrzymanie kilkorga dzieci lub złe warunki mieszkaniowe) i względy społeczne (lepsza znajomość planowania rodziny, skupianie się na karierze zawodowej).

Dalej możemy przeczytać, że "Bardzo ważną rolę w kształtowaniu przyrostu naturalnego odgrywa polityka państwa. Dlatego właśnie w ostatnich latach podejmuje się działania mające na celu zwiększenie przywilejów rodzin z dziećmi. Należą do nich m.in.: wydłużanie urlopów macierzyńskich i rodzicielskich (także dla ojców), wypłacanie świadczeń wychowawczych (program Rodzina 500 plus) czy zapewnianie dzieciom miejsc w żłobkach i przedszkolach".

Planeta Nowa. Podręcznik do geografii dla klasy siódmej szkoły podstawowej, Wydawnictwo Nowa Era, s. 95Planeta Nowa. Podręcznik do geografii dla klasy siódmej szkoły podstawowej, Wydawnictwo Nowa Era, s. 95 Gazeta.pl

Liczby nie kłamią

Czy rzeczywiście program 500 plus wpłynął na zwiększenie dzietności w Polsce? Minister Rodziny Marlena Maląg zapewnia, że tak, dane jednak mówią co innego. W 2018 r. współczynnik spadł, a dane z 2019 i 2020 roku wskazują, że spada nadal.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w pierwszym kwartale 2020 r. w Polsce urodziło się 88 tys. dzieci. To o prawie 3 tys. mniej niż w I kwartale 2019. I aż o 12 tys. mniej niż w 2017 r. W pierwszym kwartale urodziło się wtedy 100,1 tys. dzieci, a w skali roku zanotowano 400 tys. urodzeń.

Z danych za pierwsze półrocze 2020 roku wynika, że spadek wciąż się utrzymuje. Urodziło się 177 tys. dzieci. To o 5 tys. mniej niż rok wcześniej. Jeśli ten wynik utrzymałby się w drugim półroczu (354 tys.) – to byłby trzecim najgorszym wynikiem od 1946 roku. W najgorszym po wojnie roku 2003 urodziło się 351 tys. dzieci.

Splot wielu czynników

Dr Anita Abramowska-Kmon, kierownik Zakładu Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie zwraca uwagę, że chwilowy wzrost dzietności w latach 2016-2017 był splotem wielu czynników.

- To wynik z jednej strony odroczonych decyzji prokreacyjnych kobiet urodzonych w wyżu lat 80., zaś z drugiej - przyspieszonych decyzji o urodzeniu (kolejnego) dziecka wśród par, które i tak miały takie plany. Innymi słowy ten wzrost wynika ze zmiany kalendarza urodzeń. Kobiety podejmowały odwlekaną decyzję o drugim (lub trzecim) dziecku ze względu na większe poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia, które było wynikiem m.in. poprawy sytuacji na rynku pracy - zauważa Abramowska-Kmon.

Profesor Irena E. Kotowska z tego Instytutu, członkini Komitetu Nauk Deomograficznych PAN, nie ma wątpliwości na ten temat. Uważa, że nie mamy podstaw do tego, żeby stwierdzić, że program 500 plus zadziałał.

- Program ten został wprowadzony w kwietniu 2016 r., obserwowaliśmy wprawdzie wzrost urodzeń w 2016 r. i 2017 r., ale nie zauważa się, że od 2013 r. sukcesywnie wprowadzonych zostało wiele rozwiązań polityki rodzinnej, przy czym niektóre wchodziły w życie w 2016 r. Krótko mówiąc, już wcześniej wprowadzono wiele zmian w polityce rodzinnej (urlopy rodzicielskie od 2013 r. i ich uelastycznienie od 2016 r., świadczenie rodzicielskie dla niepracujących matek, Karta Dużej Rodziny od 2014 r., mechanizm "złotówka za złotówkę" od 2016 r., modyfikacja ulg podatkowych na dzieci w 2013 r. i 2016, podwyższenie zasiłków rodzinnych od 2015 r.), które zmieniały warunki funkcjonowania rodzin z dziećmi – tłumaczy profesor Kotowska.

I dodaje: - Program 500 plus jest dużym transferem pieniędzy do rodzin. Oczywiście był odpowiednio propagandowo obudowany, by sprawiać wrażenie, że dopiero nowy rząd  zatroszczył się o rodziny z dziećmi i poprawę dzietności w Polsce. I w takim duchu interpretowano okresowy wzrost urodzeń w latach 2016-2017, nie przyjmując innych argumentów.

Prof. Kotowska tłumaczy, że ta celowa manipulacja sprowadziła politykę rodzinną do programu Rodzina 500 plus, czyli do bezpośredniego transferu finansowego, co dewastuje rozumienie polityki społecznej wśród Polaków. A ponadto analizy urodzeń wskazują, że okresowy wzrost liczby urodzeń wynikał z tego, że Polacy decydowali się częściej na drugie i trzecie dziecko. Natomiast nadal liczba urodzeń pierwszych nadal niestety spada.

Demografka wskazuje, że nie ma danych, które w sposób jednoznaczny pozwoliłyby wyizolować wpływ jednego instrumentu polityki rodzinnej. Trzeba by mieć dokładne dane, które pozwoliłyby określić, z czego korzystały te rodziny, w których urodziło dziecko i te, w których nie nastąpiło powiększenie rodziny.

Informacje opublikowane w podręczniku prof. Kotowska komentuje w sposób jednoznaczny:

- To nie tylko ignorancja dotycząca procesów demograficznych, ale także pewien prymitywizm myślenia o ich uwarunkowaniach i możliwości manipulacji procesami społecznymi. Chęć ta jest skazana na porażkę. 

 Wątpliwości ma także kierownik Zakładu Demografii Szkoły Głównej Handlowej.

- Moje wątpliwości budzi jednoznaczne przypisanie wzrostu dzietności i liczby urodzeń do świadczeń społecznych. Wyniki analiz dla innych krajów pokazują, że związek ten jest nieistotny. Poziom dzietności jest wypadkową wielu czynników (np. sytuacji na rynku pracy, elastycznej formy zatrudnienia, elastycznych urlopów rodzicielskich, dostępności i jakości opieki nad najmłodszymi dziećmi, a także podziału obowiązków domowych oraz tych związanych z opieką nad dziećmi w rodzinie) - wyjaśnia Abramowska-Kmon.

Po czym dodaje, że zanim program 500 plus został wprowadzony, demografowie sugerowali, że jeśli będzie miał wpływ na liczbę urodzeń, to tylko taki, że przyspieszy pewne decyzje. Osoby, które planowały dzieci zdecydują się na rodzicielstwo szybciej niż później. Zapowiadano także po krótkotrwałym wzroście dalszy spadek i współczynnika dzietności i liczby urodzeń.

- To też widać w danych. Współczynnik dzietności trochę wzrósł do 1,44, ale nawet gdyby w niedalekiej przyszłości wzrósł do prawie 1,88 jak we Francji czy 1,76 jak w Szwecji – to i tak liczba urodzeń w Polsce będzie mniejsza. Wynika to z faktu, że spada liczba kobiet w wieku rozrodczym (15-49), poza tym w tej grupie są kobiety w wieku 35+, które charakteryzują się dużo niższą płodnością, zwłaszcza te po 40 r.ż. - tłumaczy kierowniczka Zakładu Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Współczynnik dzietności to średnia liczba dzieci urodzonych przez kobietę w wieku rozrodczym, przy założeniu stałego wzorca płodności według wieku z danego roku. Przyjmuje się, że współczynnik dzietności na poziomie 2,10-2,15 charakteryzuje prostą zastępowalność pokoleń, poniżej 1,5 oznacza niską dzietność, a poniżej 1,3 - bardzo niską dzietność. Wartości współczynnika dzietności utrzymujące się w dłuższym okresie poniżej 1,5 prowadzą do nieodwracalnych zmian w strukturze wieku ludności. A taką sytuację obserwujemy od wielu lat w Polsce.

Zdaniem dr Anity Abramowskiej-Kmon przedstawione informacje w podręczniku są nieprawidłowe. Badaczka zwraca uwagę, że nie można mierzyć efektów działania programu 500 plus (ani innych programów społecznych mających na celu podniesienie dzietności) współczynnikiem przyrostu naturalnego.

- Współczynnik przyrostu naturalnego to różnica pomiędzy współczynnikiem urodzeń a współczynnikiem zgonów. W przypadku przyrostu naturalnego ważne są te dwie składowe ruchu naturalnego: nawet gdyby liczba urodzeń znacząco wrosła, to ważny jest drugi element, czyli liczba zgonów, których w czasach pandemii obserwujemy więcej niż w poprzednich latach, a przede wszystkim więcej niż to wynika z prognoz demograficznych. Dlatego należałoby także wymienić inne programy społeczne związane np. z ochroną zdrowia i opieką zdrowotną - zauważa kierowniczka Zakładu Demografii.

Demografka podkreśla, że z jej pobieżnych analiz opartych na dostępnych wynikach prognoz (czyli nieuwzględniających obecnej pandemii Covid-19) wynika, że aby osiągnąć przyrost naturalny na poziomie 0, tzn. żeby liczba urodzeń zrównała się z liczbą zgonów, to do 2060 r. współczynnik dzietności musiałby wzrosnąć do niemal 3 dzieci na kobietę w wieku rozrodczym. A to jest nierealne 

Dr Anita Abramowska-Kmon dodaje: - Według wyników dotychczasowych prognoz można sądzić, że liczba ludności Polski będzie maleć i do 2060 r. może spaść do 32,5 miliona osób. Co ważne, zmiany są przewidywane przy zakładanym systematycznym wzroście współczynnika dzietności do 1,53 w 2060 roku. Należy jednak pamiętać, że w najbliższym okresie liczba zgonów będzie większa niż przewidywano, co pogłębi spadek liczby ludności.

Nie ma czym się przejmować

Dr Paweł Strzelecki nie zauważa kontrowersji w zamieszczonym w podręczniku materiale.

- W książce jest napisane, że "ważną rolę w kształtowaniu przyrostu naturalnego odgrywa polityka państwa" i wymienione są działania, nie tylko 500 plus, lecz także wydłużanie urlopów macierzyńskich i zapewnienie miejsc w żłobkach i przedszkolach - słyszę od demografa z SGH w Warszawie.

- Cieszy mnie, że w podręcznikach dla dzieci omawiane są poważne kwestie. Nie pamiętam, żeby w czasie, kiedy sam chodziłem do szkoły, ktoś zwracał uwagę na tego typu problemy. Wzmianki o programie pomocowym nie odebrałem, jako reklamy działań konkretnego rządu. To raczej tłumaczenie pojęć znanych z mediów tak, aby młody człowiek mógł zapamiętać, z czym się wiążą - dodaje.

Jednocześnie Strzelecki tłumaczy, że nie można postawić znaku równości pomiędzy wzrostem wskaźnika dzietności a programami socjalnymi.

- Z dzietnością i demografią nie jest tak, że wystarczy dać ludziom pieniądze i od razu wzrośnie wskaźnik. Składa się na to wiele czynników. Jednym z nich są zmiany generacyjne. Młodsze pokolenie ma inne podejście do zawierania i trwałości związków, a także posiadania potomstwa. Na pewno ważna jest sytuacja na rynku pracy, gdy młodzi ludzie widzą, że ich sytuacja finansowa jest stabilna i będzie ich stać na wychowanie dziecka.

Dr Strzelecki podkreśla, że ze względu na złożoność problemu i jego długofalowość, nie ma jeszcze przekonujących badań naukowych, które potwierdziłyby lub zanegowały zależności pomiędzy programem 500 plus a dzietnością. W jego opinii musi upłynąć trochę czasu, żeby powstały rzetelne analizy.

To nie 500 plus

Wszystko wskazuje więc, że program 500 plus nie przyczynił się do znaczącej zmiany sytuacji demograficznej w Polsce.

"Absolutnie się nie zgadzam" - mówiła minister Marlena Maląg w pierwszym programie Polskiego Radia. "Oczywiście inwestycja w rodzinę, jaką jest 500 plus, to jest ponad 120 mld złotych, które od początku funkcjonowania programu trafiło do polskich rodzin. Ale oprócz tego wsparcia, podniesienia godności rodziny, także ten aspekt pronatalistyczny przyświecał programowi Rodzina 500 plus. I ten aspekt też został osiągnięty" - powiedziała.

Innego zdania jest dr Anita Abramowska-Kmon.

- Jak pokazują badania, najbardziej na dzietność wpływają programy pozwalające łączyć pracę zawodową z wychowaniem dzieci, czyli elastyczne formy zatrudnienia i dobrej jakości opieka instytucjonalna - podkreśla kierowniczka Zakładu Demografii.

- Na wzrost dzietności wpływa także zapewnienie miejsc w żłobkach i przedszkolach. Dodajmy - dobrej jakości, w których dzieci rzeczywiście rozwijają swój potencjał, a nie marnują czas w tzw. przechowalniach - dodaje pani Anita.

- Na wskaźnik dzietności i liczbę urodzeń moim zdaniem w pewnym stopniu wpłynie negatywnie zaostrzenie prawa antyaborcyjnego i orzeczenie wydane przez Trybunał Konstytucji o niezgodności z konstytucją aborcji w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu - kontynuuje. - Osoby po 35. roku życia, dla których istnieje większe ryzyko urodzenia dziecka z wadami genetycznymi czy niepełnosprawnościami, mogą nie decydować się na zachodzenie w ciążę. Ponadto rezygnacja z programu in vitro sprawiła, że rocznie rodzi się kilka tysięcy dzieci mniej - zauważa badaczka. - Uważam, że to wszystko będzie negatywnie wpływać na decyzję o rodzicielstwie.

Często rządzący podkreślają, że program 500 plus zlikwidował nędzę. Z raportu Szlachetnej Paczki o biedzie wynika zaś, że 300 tys. dzieci wciąż boryka się z systemową biedą.

- Program 500  plus przyczynił się do ograniczenia ubóstwa, ale część osób otrzymujących te środki nie potrafi gospodarować finansami, ma różne problemy, długi. Moim zdaniem należy wspierać rodziny, zwłaszcza te borykające się z różnymi problemami i trudnościami -  zauważa dr Anita Abramowska-Kmon.

-  Niemniej jednak uważam, że należałoby do tej kwestii podejść bardziej kompleksowo, uwzględniając różne czynniki zarówno dotyczące funkcjonowania rodziny, jak i indywidualnych charakterystyk, kompetencji i możliwości jej członków. Co ważne, w centrum działań usług społecznych powinno się znajdować przede wszystkim dziecko i jego dobro i prawidłowy, wszechstronny rozwój, a działania te powinny być oparte na wynikach najnowszych badań naukowych - podkreśla badaczka.

Planeta Nowa. Podręcznik do geografii dla klasy siódmej szkoły podstawowej
Wyd. Nowa Era, s. 104Planeta Nowa. Podręcznik do geografii dla klasy siódmej szkoły podstawowej Wyd. Nowa Era, s. 104 Gazeta.pl

Migracja zagrożeniem polskości

To nie koniec kontrowersji. Na stronie 104. podręcznika możemy przeczytać zdanie: "Osiedlanie się w Polsce ludności o innej religii i kulturze może doprowadzić do napięć obserwowanych w innych krajach Europy".

- Tak nie wolno pisać o imigracji. To stwierdzenie sugeruje, że napięcia wynikają z odmienności religijnych i kulturowych. Przekaz ten jest niepoprawny z punktu widzenia wiedzy o procesach, ale też dokonywana jest manipulacja, bowiem może budzić określone skojarzenia. Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że nie ma napięć na tle migracyjnym, ale wynikają one głównie z narastających nierówności materialnych i społecznych. Imigranci mają bowiem często niskie kwalifikacje, co wraz z ograniczeniami językowymi powoduje nie tylko trudności w podjęciu pracy, ale i podejmowanie pracy na ogół w gorszych segmentach pracy. Inne jest więc źródło ewentualnych napięć - oburza się prof. Kotowska.

- Zamiast pisać "osiedlanie się ludności o innej religii i kulturze może doprowadzić do napięć" powinno się napisać, że to otwiera populację w kraju napływu na inne kultury, a to może wzbogacać poprzez zainteresowanie odmiennością, ale także dostrzeżenie tego, co nas łączy – tłumaczy.

Kotowska dodaje: – Nie możemy mówić, że napływ migrantów powoduje niepokoje. Migracje są trwale związane z rozwojem gospodarczym i społecznym, choć pojawiają się różne wyzwania także natury humanistycznej czy humanitarnej. Jednym z nich jest traktowanie migrantów w sposób instrumentalny. Jesteśmy otwarci na napływy, kiedy potrzebujemy ludzi w określonych sektorach. Wielka Brytania otworzyła się na napływy imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej, ale gdy napływ ten był rozmiarowo zbyt duży – to uznano, że już imigranci nie są potrzebni.

Profesor wyjaśnia, że imigranci nie tylko wypełniają luki w określonych sektorach gospodarki, ale też mogą stanowić konkurencję dla rodzimych zasobów pracy. To, zdaniem Kotowskiej, wymaga pewnych dostosowań, jeśli chodzi o podnoszenie kwalifikacji, nieprzyjmowania gorszych warunków pracy itp.

– Natomiast gdy następuje pogorszenie sytuacji gospodarczej, to już was nie potrzebujemy. Nie można patrzeć na to migracje tylko przez pryzmat korzyści własnej danego kraju, postrzeganej zresztą krótkookresowo – zauważa profesor.

Jeśli w 2060 r. Polaków ma być ok. 32 milionów, to może migranci wypełnią tę lukę?

– Musimy się liczyć z tym, że będzie nas mniej, ale moim zdaniem to nie jest największy problem. Ważniejsze jest pytanie: jacy będziemy? Jaka będzie struktura wieku - ile będzie dzieci i młodzieży, ile będzie osób między 20-65. rokiem życia, a ile w wieku powyżej 65, jaki będzie stan zdrowia, jakie będą nasze kwalifikacje i kompetencje. Należy zwracać uwagę, że zmiany struktur wieku są największym wyzwaniem nie tylko z punktu widzenia gospodarki, ale też społecznego. Starzenie się populacji, czyli rosnąca liczba osób starszych, to nie tylko wyzwanie rozwojowe, ale i szansa cywilizacyjna, ponieważ coraz więcej osób dożywa coraz bardziej starszego wieku - wyjaśnia demografka.

Profesor zwraca uwagę, że w wymiarze indywidualnym to ogromna szansa, zarówno dla młodszych, jak i dla starszych.

– Chodzi o to, że coraz więcej osób dorosłych ma szansę współegzystowania  ze swoimi dziadkami, rodzicami i ze swoimi dziećmi. Coraz więcej dziadków może doczekać dorosłości wnuków. To ogromna szansa współistnienia ze sobą różnych generacji. Jednak w skali całego kraju jest to także kwestia tego, że – z jednej strony osoby starsze mają określone potrzeby, z drugiej zaś – mają potencjał ekonomiczny i społeczny, którego nie wolno zmarnować. Musimy więc dostosować funkcjonowanie gospodarki i społeczeństwa do tego, że osób starszych jest coraz więcej, a w dodatku w Polsce zmniejsza się liczba osób w wieku produkcyjnym. O tym dyskutujmy, a nie dramatyzujmy, że Polaków będzie mniej – słyszę od pani profesor.

Kotowska dodaje: - Wynika to z faktu, że procesy odtwarzania populacji, czyli reprodukcji ludności, przebiegają w określony sposób. Rośnie rola migracji w kształtowaniu wielkości populacji i jej struktury,  powinniśmy więc  inaczej patrzeć na migrację. Podejście do imigracji musi się zmienić. I to powoli się dzieje.

Demografka wyjaśnia, że będzie to spowodowane pogłębiającym się niedoborem zasobów pracy. Niedostatki pracowników  na rynku pracy nie są wynikiem tego, że tak wiele osób z Polski wyjechało, ale tym, że coraz mniejsze liczebnie są roczniki wchodzące do zasobów pracy. To skutek utrzymującej się dzietności poniżej zastępowalności pokoleń od trzech dekad, w tym niskiej dzietności od 1998 r.

– Nie mam wątpliwości, że ten przymus ekonomiczny zmieni podejście do imigrantów. U Polaków powinna też pojawić się refleksja, że skoro my chcieliśmy wyjeżdżać i robimy to, to także inni będą przyjeżdżać do nas. Będą korzystać oni, przybyli do naszego kraju, i my z ich obecności i pracy.  Wszelkie próby ideologizacji i instrumentalizacji tych procesów demograficznych, moim zdaniem, są nie tylko szkodliwe, ale także prędzej czy później będą kompromitowane. I to już się dzieje – podkreśla.

Jak prof. Kotowska ocenia fragmenty podręcznika do lekcji geografii?

– Brak profesjonalizmu i prymitywizm przekazu jest niepokojący. Chodzi o to, żeby dzieciom wytłumaczyć jak się rozwija ludność, jak kształtują się urodzenia i zgony, jakie znaczenie na zmianę liczby ludności mają migracje. I wytłumaczyć, od czego to zależy. Z jednej strony jest niepoprawny z punktu widzenia wiedzy o procesach, z drugiej strony ten przekaz jest dość prymitywny, zawierając określone podteksty. Np. utrzymanie dodatniego przyrostu naturalnego nie zależy jedynie od wzrostu liczby urodzeń, bo kształtuje go także liczba zgonów, która będzie rosła. Nie tylko z powodu pandemii, a głównie dlatego, że nasze społeczeństwo jest coraz starsze. Ponadto, nawet gdyby dzietność wzrosła, na czym nam bardzo zależy, to liczba urodzeń nie wzrośnie, bo coraz mniej jest kobiet w wieku rozrodczym - mówi demograf.

- Autorzy podają, że mniej rodzi się dzieci, bo skupiamy się na karierze zawodowej. Kto? Pewnie kobiety. Polityka państwa (w domyśle rodzinna lub społeczna) nie polega na zwiększaniu przywilejów rodzin z dziećmi. To są świadczenia na rzecz rodzin, do których państwo jest ustawowo zobowiązane. Zresztą środki na te świadczenia pochodzą naszych podatków - stwierdza na koniec prof. Kotowska.

***

Planeta Nowa. Podręcznik do geografii dla klasy siódmej szkoły podstawowej został napisany przez autorów: Romana Malarza, Mariusza Szuberta i Tomasza Rachwała. 

Wydawnictwo Nowa Era, rok dopuszczenia: 2019, wydanie drugie: 2020

 Opinię wydali rzeczoznawcy: dr Marek Walczak, dr Monika Panfil, dr hab. Andrzej S. Dyszak