Małgorzata Rozenek: Ogromnym wrogiem działalności charytatywnej są nie tyle trudne czasy, co nieprzewidywalność tych czasów

- Ja nie wiem, czy aż tak by mi się chciało to robić, gdyby nie to, co się dzieje wokół. Mam czasami takie poczucie, że biorę na siebie za dużo. Ja jestem taką osobą, która budzi się co rano z energią, apetytem na życie, więc wchodzę w różne projekty, oczywiście nie wszystkie są tak bliskie mojemu sercu jak fundacja, na którą mam bardzo konkretne, długofalowe plany. Ale paliwem dla mnie jest wk*rw - Małgorzata Rozenek-Majdan i Radosław Majdan w wyjątkowej rozmowie o pomaganiu, niezwykłym roku 2020, w którym założyli fundację, doczekali się upragnionego synka i pokonali Covid-19.

Materiał jest częścią akcji “Jeden prezent więcej”, podczas której namawiamy Czytelniczki i Czytelników do wsparcia jednym przelewem dowolnej inicjatywy, która niesie pomoc innym. Przeczytaj, dlaczego warto.

Aleksandra Pajewska-Klucznik: Spotykamy się w Fundacji Małgorzaty Rozenek-Majdan. Opowiesz o tym przedsięwzięciu?

Małgorzata Rozenek-Majdan: Inauguracja działalności fundacji miała miejsce dosłownie kilka dni przed pierwszym lockdownem. Nie ukrywam, że bardzo nam to skomplikowało wszystkie działania, ponieważ nasze plany rozpisane na ten rok to były dwa projekty – jeden związany ze służbą zdrowia i drugi związany ze szkolnictwem.

Pierwszy był taki, że razem z laboratoriami ALAB, partnerem tego projektu, mieliśmy w planie przebadać kobiety badaniem AMH – to jest badanie rezerwy jajnikowej. To badanie wskazuje kobiecie, ile jej zostało czasu do tego, żeby w ogóle myśleć o macierzyństwie. O tym się bardzo mało mówi, ale to właśnie badanie jest w stanie stwierdzić, czy zostały nam dwa lata, pięć czy np. trzy miesiące, by starać się o dziecko. Coraz więcej pojawia się dramatów, gdy kobiety coraz młodsze, w wieku trzydziestukilku lat trafiają do klinik leczenia niepłodności lub do ginekologów, bo chcą się starać o ciążę. Mają pobierane AMH i okazuje się, że ten czas dla nich minął. Z tym nie można już nic zrobić, w żaden sposób odwrócić! Wtedy jedyna opcja na macierzyństwo, jaka pozostaje, to wzięcie komórek od dawczyni, od innej kobiety. A to jednak dla wielu kobiet nie jest obojętne, bo wtedy dziecko ma geny innej osoby.

My przede wszystkim chcemy edukować ludzi, budować świadomość kobiet, że takie badanie w ogóle jest. Zależy nam, by wprowadzić to na stałe do takiego kanonu badań każdej kobiety, która kończy 30 lat – żeby to było normalne, że trzeba w tym wieku zrobić USG piersi, badanie AMH i badanie szyjki macicy. To są takie badania, które definiują naszą kobiecość i są istotne. To badanie AMH kosztuje ok. 150 zł, a nasza fundacja razem z ALAB-em miała to fundować za przysłowiową złotówkę. Jest znacznie łatwiej planować, kiedy zrobisz sobie to badanie i wiesz, że zostały ci np. trzy miesiące. Jesteś w stanie wtedy pobrać te komórki i zamrozić, jeśli akurat nie masz partnera, nie jesteś w odpowiedniej sytuacji życiowej, czy pojawia się jakikolwiek inny powód. Jeśli wynik pokaże, że masz na to dwa lata, to też wiesz, jak sobie ustalać życie, priorytety.

A ten drugi projekt?

MRM: Drugi projekt mieliśmy robić wspólnie z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Polegał na tym, że mieliśmy wprowadzić do szkół edukatorów na jedną godzinę zajęć rocznie do klas maturalnych, żeby mówili o profilaktyce niepłodności. To się oczywiście może wydawać absurdem, bo mając te 18 lat myśli się raczej o tym, jak nie zajść w ciążę. Ale jest bardzo wiele rzeczy, które mając świadomość, możesz robić, żeby się przygotować i które zaowocują, gdy będziesz mieć lat 30. Wiele z nich dotyczy mężczyzn, tego, jak dbają o siebie, jaką noszą bieliznę itp.

Obydwa te projekty wstrzymała nam pandemia, więc przenieśliśmy całą naszą energię na to, żeby zbierać środki. Nie chcemy ruszać z programami, które będą na pół gwizdka. Co więcej, z klinikami, z którymi pracujemy, wpadliśmy na pomysł, żeby przenieść te zebrane środki na konkretnych pacjentów, do tego pozyskaliśmy dużego partnera biznesowego i z nimi na pewno to zrealizujemy, żeby zrefundować starania o dziecko, całą procedurę in vitro dla konkretnych par. Chcieliśmy z tym wystartować wiosną, ale problem pojawił się taki, że kliniki mają wprowadzone takie reżimy sanitarne teraz, że mają trudności w ogóle z zadbaniem i prowadzeniem swoich pacjentów, którzy już rozpoczęli procedury, więc wprowadzenie nowych osób jest dziś niemożliwe…

Więc w jaki sposób teraz działacie?

MRM: To wszystko oczywiście nie oznacza, że nic nie robimy. Zbieramy cały czas środki, konto mojej fundacji cały czas rośnie. To co jest kluczowe to fakt, że sto procent tego, co wpływa na konto fundacji, jest przekazywane na cele statutowe. To znaczy, że wszelkie koszty wynikające z prowadzenia fundacji – wcale nie małe – są po mojej stronie, jest to mój wkład w robienie dobra. Chcę, żeby tak było. Transparentność mojej fundacji jest również stuprocentowa, każdy może sprawdzić, na co wydajemy środki. Absolutnym, choć niedoścignionym wzorem tego, jak powinna wyglądać dobroczynność, jest Jurek Owsiak. U nas też każda złotówka, każdy grosz jest rozliczony, pokazany.

Małgorzata Rozenek w fundacji swojego imieniaMałgorzata Rozenek w fundacji swojego imienia zdjęcie fundacji

Mówisz o współpracy z Ministerstwem Edukacji. Obecny rząd – otwarcie przeciwny in vitro – może stwarzać wam jakieś trudności. Spotkaliście się z jakimś oporem?

MRM: Nie. Moja fundacja nie zajmuje się tylko in vitro. W celach statutowych jest profilaktyka niepłodności, wspieranie niepłodności, również leczenie metodą in vitro, ale to tylko wycinek. Zajmujemy się badaniami AMH, edukacją. Rozmawialiśmy z przedstawicielami ministerstwa, żeby takie zajęcia prowadzić, ale ostatecznie i tak wszystko wstrzymał lockdown i zamknięto szkoły. Inauguracja fundacji, która została odwołana dosłownie cztery dni przed datą, miała mieć miejsce w senacie, na zaproszenie pani marszałek Gabrieli Morawskiej i pana marszałka senatu Michała Kamińskiego.

Organizowaliśmy 8 marca konferencję "Dzień Kobiet dla Kobiet", gdzie byli zaproszeni wspaniali prelegenci. To miało taką formę, że to kobiety miały podejmować tematy kobiet. Sylwia Chutnik miała mówić o tak zwanym wynagradzaniu kobiet za pracę domową, było też wiele innych prelegentek. Chcieliśmy pokazać przykłady kobiet, które w świecie zdominowanym przez mężczyzn zrobiły spektakularną karierę. To wszystko miało się wydarzyć i wtedy przyszło rozporządzenie, że jest zakaz wprowadzania jakichkolwiek obcych osób do Sejmu. To jest absolutnie zrozumiałe. Ale opowiadam o tym, żeby pokazać, że nam bardzo zależy na tym, żeby wyjąć z układów politycznych leczenie niepłodności. Ale straciłam tę nadzieję…

Patrząc na sytuację w Polsce i słuchając wypowiedzi rządzących, nietrudno mi wyobrazić sobie nagłówki "Rozenek chce wprowadzać lekcje o seksie dla naszych dzieci"…

MRM: To wszystko, o czym opowiedziałam to są plany i moje odczucia z lutego, marca. Po ostatnich wydarzeniach ja już nie mam żadnych złudzeń, teraz to jest przerażająco inny kraj. Już wiem, że to jest projekt, którego nam się na pewno nie uda w ten sposób zrealizować. Oczywiście złożę stosowne dokumenty, ale bez wiary w sukces.

Jest taka okładka, z której chyba jestem najbardziej dumna… Okładka "Gazety Polskiej", gdzie występuję w doborowym towarzystwie, jestem wrzucona do grona siewców śmierci i zarazy. Więc myślę, że z tą moją pracą może być trudniej.

 

Nie wyobrażam sobie, żebyś miała się poddać, więc pewnie znajdziesz inną drogę, żeby nieść tę pomoc. Jakie plany ma fundacja na przyszły rok?

MRM: Absolutnie nie składamy broni. Projekt z badaniami AMH nie jest odwołany, tylko czeka i będzie zrealizowany. Ta pandemia działa negatywnie, ale są też aspekty, na które zadziałała pozytywnie. Jest bardzo dużo specjalistów na rynku, miejsc na bilbordach, czasu antenowego na kampanie społeczne – bo wiele kampanii reklamowych odwołano. Chcemy zrobić kampanię społeczną dla kobiet, żeby pokazać im, że takie badanie w ogóle istnieje i jest dla nich dostępne. Lekarze oceniają, że to badanie może sprawić, że będzie o 50 proc. mniej dramatów kobiet na korytarzach klinik, gdyby zdecydowały się zbadać AMH w odpowiednim wieku. To badanie naprawdę daje jasny sygnał, a niewiele kobiet zdaje sobie z tego sprawę.

Naszym ogromnym wrogiem, nie tylko działalności charytatywnej, ale też telewizyjnej czy komercyjnej, są nie tyle trudne czasy, co nieprzewidywalność tych czasów. Tydzień temu np. były zapewnienia, że stoki będą otwarte, potem ogłoszono coś zupełnie innego. Nic się nie da zaplanować. Gdyby chociaż ta stagnacja wprowadziła jakąś pewność, że wiemy z czym mamy do czynienia… Ale my nie wiemy. Jesteśmy zaskakiwani z dnia na dzień. Ja rozumiem, że rządzący również spotykają się z płynną sytuacją, ale mam wrażenie, że jednak można to zrobić spokojniej i dając ludziom szansę, żeby cokolwiek zaplanować. Obserwujemy też wyraźnie, że portfele naszych darczyńców też odczuły COVID.

Nie można powiedzieć, że znani nie angażują się w akcje charytatywne – robią to coraz częściej. Ale dla większości jest to jednak wpis w social mediach, zdjęcie z karteczką z odpowiednim hasztagiem. Ty idziesz znacznie dalej, inwestując swój czas i prywatne pieniądze. Dlaczego?

MRM: Tak naprawdę, powiem wprost: to jest wynik wk*rwu. Ja nie wiem, czy aż tak by mi się chciało to robić, gdyby nie to, co się dzieje wokół. Mam czasami poczucie, że biorę na siebie za dużo. Ja jestem osobą, która budzi się co rano z energią, apetytem na życie, więc wchodzę w różne projekty, oczywiście nie wszystkie są tak bliskie mojemu sercu jak fundacja, na którą mam bardzo konkretne, długofalowe plany. Ale paliwem dla mnie jest wk*rw.

My, kobiety, trochę mamy obowiązek coś robić. To nie jest już tak, że możesz, ale nie musisz. Ja się budzę każdego dnia i patrzę na troje moich dzieci, których po prostu fizycznie by mogło nie być. Chyba nie ma mocniejszej motywacji! I teraz ja słyszę tych panów polityków, którzy pie*rzą takie głupoty… Realnie okłamują swoich wyborców! Każdy ma prawo mieć swoje zdanie na temat światopoglądowych wyborów, ale to są osoby, bardzo często lekarze lub ludzie związani ze środowiskiem medycznym, które kłamią – dosłownie! Przedstawiają nieprawdziwe informacje na temat procedur medycznych, żeby ograniczyć mentalnie kobietom dostęp do tej metody. Powiem więcej – ja, ty, nasze koleżanki z dużych miast nie dadzą sobie wmówić, że to jest metoda szkodliwa, niemoralna czy w jakikolwiek sposób "zabijająca życie", bo to jest nieprawda. Ale już kobiety w małych miejscowościach, na wsiach będą miały po pierwsze problem z dostępnością, a po drugie – mówi się, że kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą i te kobiety nie będą miały tej możliwości. A każdy rok to jest dla nich to ziarnko piasku w klepsydrze i w pewnym momencie ten czas minie. I nie ma od tego odwrotu.

Nie możemy na to pozwolić, bo to są nasze siostry! Ja zawsze byłam bardzo daleka od takiej pompatyczności, ale Strajk Kobiet daje mi ogromne poczucie takiego "siostrzeństwa". Każda z nas ma teraz obowiązki wobec innych kobiet. O mnie walczy pani Lempart i inne kobiety na ulicach, o mnie i o przyszłość moich dzieci, żon moich dzieci. Kobiety są bite, gazowane, mają łamane ręce. Ja mam psi obowiązek zrobić coś dla innych, a że jedyne na czym się znam, to robienie zdjęć na Instagram, robienie programów w telewizji i in vitro, to stawiam na in vitro. No, i skończyłam jeszcze prawo.

Czymś innym jest opowiadanie o tym w wywiadach, a czym innym poświęcanie swojego czasu, pracy i pieniędzy na funkcjonowanie fundacji.

MRM: Wiesz, to jest tak, że w pewnym momencie mówisz, mówisz, mówisz i już czujesz, że musisz wreszcie coś zrobić. Mówienie to za mało, choć oczywiście też jest ważne, bo bardzo oswaja temat. To nie jest tak, że ja się nie czułam skrępowana. Wiem, że jestem postrzegana przez wiele osób jako osoba, która ma wszystko na sprzedaż, dużą potrzebę ekshibicjonizmu. To wbrew pozorom nie jest prawda. My z Radosławem świadomie i bardzo selektywnie pokazujemy pewien wycinek naszego życia, a bardzo wiele pozostaje nasze.

To nie jest tak, że nie czułam się skrępowana mówiąc publicznie o in vitro, mówiąc o niepłodności, macicy, jajowodach, plemnikach. Nasz polski język też przez sposób, w jaki mężczyźni przez lata prowadzili i prowadzą dyskurs, jest nasycony wstydem, a najwięcej tego wstydu mają słowa dotyczące kobiecości i reprodukcji. Seks i organy kobiece mają ten ładunek, więc nie było mi łatwo – ale też dostawałam od wielu kobiet taki feedback, że np. "dziękuję, bo nauczyłam się z córką o tym rozmawiać". Ja wiem, że wszystkie celebrytki tak mówią (śmiech), ale naprawdę dostałam bardzo wiele sygnałów tej wdzięczności.

Dostrzegam w tym ten sam schemat, co w mówieniu głośno o depresji. Jeszcze kilka lat temu to było tabu, a teraz to jest normalne. Także z in vitro w pewnym momencie poczułam, że już wystarczy gadania, czas na "robienie".

Wspominałaś o tej okładce, ale to nie jedyna nieprzychylna publikacja. Jest sporo negatywnego odbioru Rozenek, nie zniechęca cię to?

MRM: Absolutnie nie! Powiem więcej: ja od samego początku mojego życia w show-biznesie, mojej pracy w telewizji – a niedługo mija pierwsza dekada, bardzo intensywna – jestem jedną z najbardziej hejtowanych osób w branży – tak to odczuwam. Ale ten hejt jest też bardzo równoważony przez ogromne wyrazy wsparcia i sympatii. Wiem, że mam mocną i silną grupę hejterów, ale jak już ktoś ma mnie hejtować, to niech to będzie za ważne rzeczy, niech mają dobry pretekst.

Rok 2020 dla większości ludzi był w najlepszym wypadku czasem stagnacji, a dla wielu jednym z najgorszych w życiu. Dla was z kolei mnóstwo się działo i to głównie dobrych rzeczy. Jak go oceniasz?

MRM: Dla nas ten rok przez urodzenie się Henryka zapisze się naprawdę bardzo dobrze w naszej pamięci. Ale też – co dla mnie ważne – ta pandemia dała mi przeżyć ciążę w takim pięknym skupieniu. Ja do końca ciąży miałam wszystko zaplanowane, w ostatnich dwóch miesiącach miałam kręcić "Projekt Lady", pandemia wszystko wstrzymała. I dzięki temu ten marzec, kwiecień, maj miałam w takim pięknym zatrzymaniu. Wreszcie miałam czas, żeby spędzić tę ciążę z chłopakami, z psami. Dużo mi dał ten czas.

Ale jednak nie udało się uciec przed covidem, bo zachorowaliście.

MRM: Ja jestem osobą, która wyrzuca z głowy i ze świadomości choroby, bo twierdzę, że myślenie o tym je przyciąga. Nie myślę negatywnie, o chorobach, złych rzeczach i mam nadzieję, że dzięki temu nie przyciągam tego zła do siebie. Natomiast Radosław opowie ze szczegółami (śmiech). Ja to przeszłam jak grypę, natomiast Radosław… Robiliśmy wszystko, żeby nie trafił do szpitala, bo mi było bardzo trudno sobie wyobrazić, że mam męża w szpitalu, do którego nie mogę pójść, nie mogę go zobaczyć, muszę zostawić rzeczy pod drzwiami. Więc kiedy trafił do tego szpitala, to było dla mnie bardzo trudne.

Staraliśmy się jak najdłużej tego uniknąć, ale w pewnym momencie już mu saturacja tak spadła, że lekarz powiedział, że już nie ma dyskusji i go zabrali. Tam spędził tydzień pod tlenem. Jak tylko stanął na nogi na tyle, żeby zwolnić łóżko, natychmiast wrócił do domu i znowu wszyscy byliśmy na kwarantannie. My mieliśmy w sumie 24 dni kwarantanny.

Radosław Majdan: Ja miałem pierwszy tydzień lżejszy, natomiast w drugim tygodniu – jak Małgosia już z tego wychodziła – ja zacząłem mieć bardzo wysoką gorączkę i uciążliwy kaszel. Wzywaliśmy lekarza, i kiedy on przepisał mi antybiotyk, a potem wrócił po kilku dniach i zobaczył, że nie ma żadnej poprawy, uznał, że stan jest na tyle poważny, że muszę jechać do szpitala. Tam zrobili mi tomografię komputerową płuc i stwierdzili, że mam zmiany na dole płuc i w jednym na górze. Ale tak naprawdę najbardziej mnie dojechało to, że lekarz powiedział, że to choroba zakaźna, więc ja się bardzo bałem o Henia. Bo to, że byłem zmęczony, obolały, to wiadomo, każdy tak choruje, to typowe objawy – masz wszystkiego dosyć, marzysz tylko, żeby iść spać. A do tego to jest taka sinusoida, choroba tak cię prowokuje trochę, np. rano odpuszcza, wydaje ci się, że jest ok, a za trzy godziny masz mega nawrót. Ale naprawdę najbardziej martwiłem się o dziecko, od razu się przeniosłem do drugiego pokoju, w nocy nasłuchiwałem, czy nie zaczyna kaszleć, sprawdzałem, czy nie ma gorączki… To było takie straszne. Bo chłopcy – Stasio i Tadzio – już mają tyle lat, że jak ich coś boli, czy źle się czują, to mogą powiedzieć. Ten najcięższy czas miałem w domu, w szpitalu najgorsza była pierwsza noc, po podłączeniu tlenu stan się poprawiał, także leżałem i oglądałem sobie mecze na telefonie (śmiech). Żona o mnie dbała, przynosiła mi wałówkę.

Wyszedłem ze szpitala 25 października, potem kwarantanna, ale teraz chciałbym jeszcze przed świętami oddać osocze.

Dla ciebie ten kończący się rok 2020 jest całkowicie wyjątkowy – pokonałeś covid i zostałeś tatą!

RM: Tak, w takim czasie, gdzie jednak większość ludzi narzeka, że to jest fatalny okres dla świata, dla nas 2020 kojarzy się z wielkim szczęściem. Nawet ta pandemia nam pomogła – wiedząc, że zależy nam na świeżym powietrzu i odcięciu od innych ludzi, wyjechaliśmy sobie nad morze, zwolniliśmy. Byliśmy bez pracy kompletnie, można powiedzieć, że na wakacjach. Wyjechaliśmy na tydzień, a wróciliśmy do Warszawy po dwóch miesiącach.

 

No i przed wami pierwsze święta z Heniem. Czy musieliście zmienić jakoś plany przez pandemię?

RM: Jedziemy do Małgosi rodziców. Długo zastanawialiśmy się, co zrobić, mieliśmy plan jechać do Szczecina do moich rodziców na drugi i trzeci dzień świąt, ale to trzeba było odwołać.

MRM: Nie przyjedzie brat Radzia z Norwegii, ani jego siostra z Niemiec. Jakbyśmy my jechali do rodziców, to też musielibyśmy ich narazić na przygotowania specjalnie dla nas, nie chcieliśmy im stawiać wszystkiego na głowie. A do moich rodziców zawsze, co rok, wpadamy na wigilię.

RM: No to są inne święta. W sumie to chciałem się przebrać za Mikołaja, ale Henio jest chyba jeszcze za mały, mógłby się przestraszyć. Poczekam.

MRM: Już nawet zaczynasz mieć swoją siwą brodę!

RM: Teraz i tak będziemy siedzieć w domu, bo jest "narodowa kwarantanna", ale wszystko da się załatwić przecież. Jeżeli będzie możliwe, to będziemy wychodzić tylko na spacery z Heniem i tyle. Ja wychodzę z założenia, że jeżeli nie masz na coś wpływu, to nie ma sensu się tym stresować i tyle. Trzeba patrzeć na pozytywy – mamy więcej czasu dla siebie. Kiedy mamy taką gonitwę życiową, to taki czas, kiedy siedzisz w domu, zwalniasz, oglądasz z dziećmi telewizję na kanapie jest potrzebny. Także w ogóle nie robię z tego tragedii. Święta na tym tracą o tyle, że nie możesz się spotkać z całą rodziną. Ale dla dzieci święta to głównie choinka, prezenty, spotkanie z dziadkami, a to na tyle, na ile to możliwe, im zapewnimy. My jako dorośli możemy sobie więcej rzeczy wytłumaczyć. A nastrój świąteczny i tak mamy – na pewno widziałaś na Instagramie jak mamy cały dom wystrojony Małgosi ręką (śmiech). A nawet słyszałem, że ma spaść śnieg na Wigilię – a przecież od kilku już lat nie było śniegu na święta!