Justyna Wydrzyńska z Aborcji Bez Granic: Nasz kraj bardzo nie lubi swoich obywatelek, nie lubi kobiet, osób zachodzących w ciążę

Stało się. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego został opublikowany w Dzienniku Ustaw, a to znaczy, że wszedł w życie. Co mają zrobić Polki i Polacy, którzy są zmuszani do heroizmu? - Nie jesteście sami. Jesteśmy z wami w tej sytuacji. Macie nasze bezwarunkowe wsparcie i zrozumienie. Czekamy na telefony, bo jesteśmy na to przygotowane - mówi w rozmowie z Kobieta Gazeta.pl Justyna Wydrzyńska z Aborcji Bez Granic.

Urszula Abucewicz, Kobieta Gazeta.pl: Z jaką myślą obudziła się dzisiaj pani w nowej-starej Polsce?

Justyna Wydrzyńska: Pomyślałam, że czeka mnie bardzo trudny dzień.

Przed pójściem spać celowo nie oglądałam telewizji. Chciałam sobie oszczędzić nerwów i móc w miarę normalnie przespać noc. Przypuszczałam, co się stanie.

Przed snem nie wiedziała więc pani, że jeszcze we środę wyrok TK został opublikowany?

Nie, jeszcze nie wiedziałam. Spodziewałam się, że zostanie opublikowany w nocy.

Jak więc przyjęła pani fakt, że kompromis aborcyjny został zerwany i dołączyliśmy do państw typu Wenezuela, Nikaragua czy Salwador?

Moje emocje już trochę opadły. 22 października były największe. Pamiętam, że wtedy od rana siedziałam, oglądałam obrady pseudotrybunału i płakałam ze złości. Wypłakałam już wszystkie łzy, dziś ta złość przerodziła się w działanie i na tym się skupiamy.

Uważam, że nasz kraj bardzo nie lubi swoich obywatelek, nie lubi kobiet, osób zachodzących w ciążę. Nie zależy im na tej części społeczeństwa, nie liczy się w ogóle z ich zdaniem. Liczy się natomiast ze zdaniem swojego środowiska. Kosztem kobiet spłaca różne zobowiązania i własne prawa wprowadza tylnymi drzwiami, ustanawiając np. swój trybunał. To nie jest w porządku.

Ludzie znowu wyszli na ulice. Co może pani powiedzieć Polkom i Polakom, wierzącym i niewierzącym, prawakom i lewakom? 

Mój przekaz jest taki: "Nie jesteście sami. Jesteśmy z wami w tej sytuacji". Macie nasze bezwarunkowe wsparcie i zrozumienie. Czekamy na telefony, bo jesteśmy na to przygotowane. 

Aborcja Bez Granic to inicjatywa, która powstała właśnie po to, żeby pomagać ludziom w organizowaniu wyjazdów w celu przerwania ciąży. Udzielamy wsparcia finansowego.

Jeżeli osoba zgłaszająca się do nas posiada pieniądze, żeby chociaż w części opłacić wyjazd za granicę, to super, jeżeli nie, zdarzało nam się finansować w 100 proc. wyjazd takim osobom. Nie klasyfikujemy osób, biorąc pod uwagę zasoby portfela, nie podajemy limitów, jakie kwoty trzeba posiadać, żebyśmy mogły zająć się sprawą. Pomagamy każdemu niezależnie od jego statusu materialnego.

Do wczoraj, kiedy obowiązywało jeszcze stare prawo, osoby wyjeżdżały przerywać ciąże z różnych powodów. I to się działo i będzie dziać się nadal. Skala będzie inna. Jako Aborcja Bez Granic będziemy mieli dużo więcej pracy, ale nasz serwis na jakości z tego powodu nie straci.

Działamy już rok i dwa miesiące i mamy już za sobą dwa kryzysy. Pierwszy to pandemia, a drugi to ogłoszenie orzeczenia trybunału i publikacja wyroku.

Inauguracja inicjatywy  Aborcja Bez GranicInauguracja inicjatywy Aborcja Bez Granic Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

W jakich krajach kobiety mogą skorzystać z aborcji? Do jakich krajów je wysyłacie?

Współpracujemy z organizacjami w różnych krajach, takich jak: Niemcy, Austria, Czechy, Holandia, Anglia, Belgia i Hiszpania. Wiemy, w jaki sposób uzyskać aborcję w Szwecji i Danii. Czekamy na ustalenie danych z organizacjami na Ukrainie, gdzie też dostęp do aborcji jest legalny.

W Holandii aborcja może być wykonana do 22. tygodnia, w Anglii do 24. tygodnia, natomiast jeżeli jest to ciąża z wadami i mamy dostęp do pełnej dokumentacji i diagnostyki prenatalnej, to nawet po 24. tygodniu zabiegi mogą być wykonywane w szpitalach. Zdarzało nam się w ciągu ostatniego roku pomagać osobie w 32. tygodniu ciąży i wysłać ją do Belgii.

Ilu osobom pomogłyście od października?

Od 22 października do 27 stycznia chęć wyjazdu zgłosiło 120 osób. Dla porównania - od 11 grudnia do 21 października ubiegłego roku było to 180 osób. Jest to praktycznie tyle samo, ile w ciągu 10 miesięcy. Przeprowadziłyśmy ponad cztery tys. rozmów od wyroku trybunału. W większości dotyczyły zamówienia tabletek do aborcji farmakologicznej. Większość osób przerywa ciążę tą metodą. Spora grupa osób, która jest w drugim trymestrze ciąży, wybiera się do kliniki aborcyjnej.

W Polsce około tysiąca ciąż jest przerywanych z powodu wady letalnej płodu. Takie są oficjalne dane.

To dane z 2019 roku. Dwa lata temu w szpitalach legalnie wykonywano ok. 1100 terminacji ciąży w ramach dozwolonych w Konstytucji trzech przypadków wykonywania aborcji. Szacuje się, że ok. 90 proc. wszystkich zabiegów to zabiegi z powodu wad genetycznych, czyli około tysiąca. Jeśli rozbijemy ten tysiąc na 12 miesięcy - to wychodzi, że miesięcznie będzie potrzebowało naszej pomocy 83 osoby, czyli trzy dziennie. Jesteśmy więc przygotowane na przyjęcie tysiąca kobiet.

Mamy świadomość, że dzisiaj wiele osób zostało wypisanych ze szpitali, bo zabieg zaplanowany na dziś może już nie zostać wykonany. Mam cichą nadzieję, że lekarze, którzy przyjęli pacjentki na zabiegi, jeszcze wczoraj do północy zdążyli je wykonać. I zrobili wszystko, żeby osoby, które trafiły na oddział, zostały zaopiekowane, a ich prawa uszanowane.

Inauguracja inicjatywy Aborcja Bez GranicInauguracja inicjatywy Aborcja Bez Granic Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Kto do was dzwoni? W jakim stanie są te osoby?

Bywa bardzo różnie. Są osoby, które bardzo chłodno opowiadają o swojej sytuacji, a są takie, które, zanim zaczną mówić, płaczą przez kilka minut. Dajemy im czas, żeby mogły się wypłakać, żeby ten pierwszy szok minął i żebyśmy mogły spokojnie rozmawiać.

Często zdarza się, że jeśli jest podejrzenie wad genetycznych, to dzwonią do nas partnerzy, którzy potrafią rzeczowo rozmawiać i nie są tak emocjonalnie zaangażowani jak osoby w ciąży. Często prowadzimy rozmowy właśnie z mężczyznami, którzy biorą na siebie organizację wyjazdu, piszą maile, rezerwują bilety. A bywa i tak, że zadzwoni matka, bo jej córka jest tak roztrzęsiona, że to rodzicielka bierze sprawę w swoje ręce i wszystko załatwia.

Spada na was fala hejtu. Nie boicie się?

Nie boimy się, bo nie robimy niczego, co wykracza ponad polskie prawo. Rozmawianie na temat aborcji i mówienie o tym, jakie są możliwości w innych krajach Europy nie jest zbrodnią.

Aborcja Bez Granic jest tak zorganizowana, żeby nas, które odbieramy telefony, nie mogły spotkać żadne prawne restrykcje i prawne konsekwencje wykonywania takiego właśnie rodzaju pracy. Nie mamy dostępu do danych osób, które wyjeżdżają, nie wiemy kiedy, nie jesteśmy zaangażowane w logistyczną część, nie organizujemy wyjazdów, robią to zupełnie inne osoby, które nie przebywają na terenie kraju.

Hejt? Niestety tak. Dotyka nas. Odbieramy często głuche telefony, nasz telefon jest specjalnie blokowany, żeby osoby zainteresowane nie mogły się dodzwonić, ale radzimy sobie. Nie jesteśmy osobami, które wczoraj zaczęły wykonywać tego typu pracę, wspieramy osoby od 2006 roku. Wtedy powstała organizacja Kobiety w Sieci. Początkowo (i nadal) jako forum internetowe maszwybor.net, na którym osoby uzyskują informacje oraz wsparcie w trakcie aborcji farmakologicznej. Od 2013 roku prowadziłyśmy swoją infolinię (która działa do dziś), tam udzielałyśmy podobnych informacji, jak teraz na Aborcji Bez Granic, jak zamówić leki do aborcji farmakologicznej, jak wpłacić darowiznę, jak długo się czeka na leki, co się dzieje w trakcie ich przyjmowania. To jest już piętnasty rok naszej działalności.

Potrafimy sobie radzić z hejtem i z osobami, które są przeciwne dokonywania zabiegów aborcji. Jeśli ktoś jest milszy, to chwilę porozmawiamy, a jeśli ktoś zachowuje się w sposób mniej kulturalny, to szybko kończymy rozmowę.

Wspomniała pani o dwóch kryzysach: wyroku TK i pandemii. Jak epidemia odbiła się na organizowaniu wyjazdów?  

Z pandemią jesteśmy za pan brat od marca ubiegłego roku. To pierwszy nasz kryzys, którego doświadczyłyśmy jako Aborcja Bez Granic. Początki były trudne, bo w zasadzie nie istniał ruch turystyczny. Osoby podróżowały swoimi samochodami do Holandii czy Anglii. 

Sytuacja się trochę ustabilizowała, kliniki wystawiają pisma, że osoba wybiera się do danego kraju na zabieg medyczny. W takim przypadku obecnie nadal nie jest potrzebny test na COVID-19. Osoby wracające do kraju, korzystające z transportu publicznego, mają obowiązek poddać się 10-dniowej kwarantannie. To jest najpoważniejsze utrudnienie dla niektórych osób, bo jak wyjaśnić sytuację, kiedy normalnie nie można podróżować służbowo, że nagle musimy w czasach pandemii wyjechać za granicę.

Więcej o: