Gwałt, a po nim kolejna trauma. "Boi się, że będzie musiała urodzić dziecko gwałciciela" [ÓSMY DZIEŃ MIESIĄCA]

Rocznie w Polsce dochodzi do dwóch lub trzech legalnych aborcji ciąży powstałych w wyniku gwałtu. Tymczasem organizacje kobiece informują, że rocznie dochodzi do ok. 30 tys. gwałtów, a to znaczy, że niechcianych ciąż jest znacznie więcej. - Proszę sobie wyobrazić, co może czuć taka kobieta. Nie dość, że jest przerażona, nie dość, że musi sobie poradzić z ciążą po gwałcie, to jeszcze boi się, że będzie musiała urodzić dziecko gwałciciela. A państwo jej nie pomaga, tylko chce, żeby była wtórnie wiktymizowana, przechodziła przez całe piekło procedur prawnych, żeby dać sobie szansę na przerwanie ciąży w szpitalu, bezpiecznie - mówi w rozmowie z Kobieta Gazeta.pl Kamila Ferenc z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Czytasz artykuł związany z cyklem "Ósmy dzień miesiąca". Począwszy od Dnia Kobiet 2019, co miesiąc publikujemy teksty dotyczące równouprawnienia płci i walki ze stereotypami. Wszystkie "Ósme dni miesiąca" znajdziesz tutaj.

Martwy przepis

Zgodnie z Ustawą o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, która weszła w życie 7 stycznia 1993 roku, do 12. tygodnia legalnie można przerwać ciążę, która powstała w wyniku gwałtu. W takiej sytuacji wymagane jest zaświadczenie prokuratora, który stwierdzi, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że do zapłodnienia doszło w wyniku przestępstwa. Wówczas taki zabieg wykonywany jest ze środków Skarbu Państwa.

– Przepis o dopuszczalności aborcji, jeżeli ciąża powstała z gwałtu, jest zupełnie martwy. Co roku korzysta z niego jedna, czasem dwie osoby, a bywa, że nikt. Oczywiście oficjalnie, bo lekarze, którzy w ciągu dnia zasłaniają się klauzulą sumienia, wieczorami świetnie zarabiają na zakazie aborcji. Zależy im, by trwał. Nie należy jednak mylić tych usług z tymi, które świadczą międzynarodowe organizacje aborcyjne. Zwykle po godzinach, pracując za darmo, pomagają zdesperowanym Polkom za pieniądze bogatych Brytyjek czy innych mieszkanek krajów zachodnich, które współczują nam sytuacji – mówi w rozmowie z Kobieta Gazeta.pl Patrycja Wieczorkiewicz, współautorka książki "Gwałt polski".

W raporcie fundacji STER czytamy, że niemal 90 procent Polek doświadczyło jakiejś formy przemocy seksualnej. Ponad 20 procent – gwałtu. Ale aż 91,8 proc. ofiar gwałtu nie zgłosiło go policji. Z powodu wstydu i braku wiary w realną pomoc.

– Z szacunków policji wynika, że codziennie dochodzi do 200 gwałtów. Z czego zgłaszanych jest pięć – informuje w rozmowie z Kobieta Gazeta.pl Katarzyna Łagowska, dyrektorka Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia w Warszawie. – Policja gwałty w statystykach dzieli na przestępstwa stwierdzone (które są w toku śledztwa, złożony został akt oskarżenia i odpowiednie działania prowadzi prokuratura) oraz przestępstwa wykryte (w których ustalono przynajmniej jedną osobę podejrzaną i udowodniono jej popełnienie przestępstwa w zakończonym postępowaniu przygotowawczym). W 2019 roku stwierdzonych przestępstw było 1354, a wykrytych 1163. Jeśli więc policja sama zauważa, że jest to niewielki odsetek zgwałceń zgłaszanych przez kobiety, to jest to statystycznie nieprawdopodobne, żeby jedna lub dwie zaszły w ciążę na skutek gwałtu. Trzeba też założyć, że nie wszystkie kobiety podejmą decyzję o usunięciu ciąży pochodzącej z gwałtu. Będą też takie, które postąpią inaczej.

Droga przez mękę 

Patrycja Wieczorkiewicz, współautorka książki "Gwałt polski", tłumaczy, że wystąpienie o wydanie zaświadczenia, że doszło do gwałtu, wiąże się ze zgłoszeniem przestępstwa. A większość ofiar tego nie robi – system skutecznie je zniechęca.

– Ponad 90 proc. zgwałconych osób nie zgłasza przestępstwa. Wstydzą się, boją, że zostaną obwinione, oskarżone o kłamstwo, nie chcą na lata ugrzęznąć w swoim horrorze. By dokonać legalnej aborcji, wymagane jest zdobycia zaświadczenia od prokuratora, który stwierdzi, iż zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że doszło do gwałtu. Prokuratorzy po prostu tych zaświadczeń nie wydają. A jeśli komuś uda się je zdobyć, trafia na kolejny mur. Musi znaleźć szpital, w którym lekarz przeprowadzi aborcję. A większość zasłania się klauzulą sumienia. Na to wszystko masz 12 tygodni. Musisz w tym czasie zdać sobie sprawę, że jesteś w ciąży, a także, że zostałaś zgwałcona. Efekt wyparcia, naturalny mechanizm obronny, sprawia, że ofiary późno zdają sobie sprawę ze swojej krzywdy. W tym czasie trzeba wystąpić o zaświadczenie, zdobyć je, a następnie znaleźć szpital, w którym aborcja zostanie przeprowadzona. To się nie dzieje – zauważa Wieczorkiewicz. 

Katarzyna Łagowska z Centrum Praw Kobiet również zwraca uwagę na fakt, że 12 tygodni na załatwienie wszelkich formalności to zbyt krótki okres.

– Nie zawsze kobiety w wymaganym ustawowo czasie odkryją, że są w ciąży. Zmagają się z doświadczeniem gwałtu, próbują sobie z tym poradzić, a tu dochodzi jeszcze trauma, że doszło do zapłodnienia. A gdy termin 12 tygodni upłynął, kobiety nie mają jak użyć tej jedynej w tym momencie przesłanki do legalnej drogi do aborcji. Dla wielu z nich procedura, aby uzyskać zgodę na legalne przerwanie ciąży, jest drogą przez mękę. To jest martwy zapis, który nie odzwierciedla rzeczywistych potrzeb kobiet – zauważa Łagowska z CPK.

Z danych organizacji kobiecych wynika, że rocznie dochodzi do ok. 30 tys. przypadków seksualnychZ danych organizacji kobiecych wynika, że rocznie dochodzi do ok. 30 tys. przypadków seksualnych Antonio Guillem / shutterstock

Rocznie ofiarą gwałtu pada 30 tys. polskich kobiet

"Według policyjnych statystyk co roku w Polsce do gwałtów dochodzi od 1800 do 2300 razy. Z kolei ze statystyk Niebieskiej Linii wynika, że rocznie ofiarą gwałtu pada 30 tys. polskich kobiet. Ale – jak alarmują eksperci i znawcy tematu – ta liczba może być nawet dwa razy większa, bo wiele ofiar zwyczajnie wstydzi zgłosić się na policję. Dodatkowym czynnikiem, który wyzwala w kobietach niechęć do takiego zawiadomienia, jest to, że stają się one ofiarami swoich najbliższych. Aż 80 proc. wszystkich sprawców gwałtów jest wcześniej znanych kobiecie" – czytamy na stronie Centrum Praw Kobiet.

Informacje te potwierdza moja rozmówczyni, Katarzyna Łagowska, dyrektorka Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia w Warszawie. – Najczęściej do przemocy seksualnej dochodzi w związkach czy to partnerskich, czy to małżeńskich. Towarzyszy innym przejawom przemocy. Zdarzają się sytuacje, gdy kobiety mówią, że chcą odejść, że mają dość i wtedy dochodzi do gwałtu. Mężczyzna dąży do tego, żeby mocniej związać ze sobą partnerkę, żeby zaszła w ciążę, bo wtedy na pewno przy nim zostanie. Są więc gwałcone po to, żeby zaszły w ciążę. A gdy tak się stanie, to bardzo trudno udowodnić kobiecie, że w tym konkretnym przypadku została zgwałcona lub nie chciała uprawiać seksu.

– Pamiętam kobietę, która chciała odejść od partnera. Miała już dwoje dzieci i spodziewała się trzeciego. Jak mówiła, zaszła w ciążę na skutek gwałtu. Nie chciała zgłaszać sprawy na prokuraturę. Gdy jednak mężczyzna dowiedział się, że jest w ciąży, to potem jeszcze bardziej utrudniał jej życie. Ona też miała poczucie, że sobie nie poradzi, więc musi z nim zostać, bo jest w ciąży – słyszę od Łagowskiej.

– Jedna z naszych klientek została zgwałcona przez toksycznego partnera. Chciała od niego odejść, ale najpierw chciała uniezależnić się ekonomicznie. Po gwałcie bała się zemsty z jego strony, nie chciała więc zgłaszać tego faktu ani na policję, ani na prokuraturę. Nie mogła więc spełnić przesłanek formalnych, żeby przerwać ciążę w szpitalu – mówi w rozmowie z Kobieta Gazeta.pl Kamila Ferenc z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

– Proszę sobie wyobrazić, co może czuć taka kobieta. Nie dość, że jest przerażona, nie dość, że musi sobie poradzić z ciążą po gwałcie, to jeszcze boi się, że będzie musiała urodzić dziecko gwałciciela. A państwo jej nie pomaga, tylko chce, żeby była wtórnie wiktymizowana, przechodziła przez całe piekło procedur prawnych, żeby dać sobie szansę na przerwanie ciąży w szpitalu, bezpiecznie. Tym bardziej że nie ma pewności, że prokurator wyrazi zgodę na zabieg aborcji. Prawo milczy na temat zaskarżenia odmowy albo zaniechania prokuratora do wydania takiego zaświadczenia – a czas leci. 12 tygodni to naprawdę bardzo mało czasu na załatwienie wszystkich formalności. A gdy minie ten czas, kobieta słyszy: "przykro mi, nie ma pani już na to szansy, żeby przerwać ciążę w oficjalny sposób". To jest dramat. Jeżeli rocznie dochodzi do kilkudziesięciu tysięcy przypadków przemocy seksualnej, to wydaje mi się, że ciąż może być znacznie więcej, aniżeli podają to statystyki – uważa Ferenc. 

Oddać do okna życia

Działacze anti-choice wskazują, że dziecko poczęte w wyniku gwałtu można oddać do adopcji lub zostawić w okna życia.

– Jest dla mnie zadziwiające, z jaką lekkością można mówić o oddaniu dziecka, a z jaką zaciekłością broni się życia poczętego. Zostawienie dziecka w oknie życia niesie konsekwencje pozbawienia go szansy na adopcję. Taka jest rzeczywistość. Nie można oddać dziecka do adopcji w momencie, gdy ma ono nieustaloną sytuację prawną, gdy nie wiemy, kto jest jego rodzicem. Dzieci dorastające w domach dziecka czy w niespokrewnionych rodzinach zastępczych borykają się z wieloma deficytami emocjonalnymi. Mają poczucie braku zakorzenienia. To też jest dla nich komunikat, że nie były chciane, że są znikąd. Dla mnie w tej sytuacji jest niezrozumiałe, że nie pozwala się podjąć decyzji matce, rodzicom poczętego dziecka, tylko decyduje o tym państwo, że ono ma się urodzić, a potem niech się dzieje, co chce – zauważa Łagowska.

Zakaz nie sprawia, że nie odbywają się aborcje

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny informuje, że statystyki o liczbie przerwanych ciąż w szpitalach nie obejmują aborcyjnej rzeczywistości. Ignorują fakt, że aborcja jest doświadczeniem co trzeciej kobiety w Polsce.

– Prawo w Polsce zakazujące aborcji jest fikcją, bo zakaz nie sprawia, że nie odbywają się aborcje. Mówi się, że 200 tys. kobiet rocznie dokonuje aborcji w różny sposób i z różnych powodów. Są badania, które pokazują, że 25 proc. kobiet w Polsce dokonało przerwania ciąży. Taka też jest norma na świecie. 25 proc. populacji światowej kobiet miało aborcję – zauważa Łagowska. – Jeśli wprowadza się restrykcyjne prawo, którego się nie przestrzega, to pytanie, czemu ono ma służyć. Bo na pewno nie temu, żeby odpowiadać na potrzeby życiowe obywatelek. Powinno być rozsądne prawo, które reguluje zasady podlegania zabiegom i ich wykonywania, które będzie odpowiadało na potrzeby kobiet, a nie takie, które będzie ideologiczną fasadą. Teraz prawo nie odpowiada na potrzeby obywateli, tylko jest wyrażeniem pewnego poglądu pewnej grupy osób. Czy temu ma służyć prawo? – zastanawia się dyrektorka ośrodka wsparcia.

Do sejmu zgłoszono projekt ustawy Obywatelskiego Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej "Legalna Aborcja. Bez Kompromisów". Jeden z punktów zakłada możliwość przerwania ciąży po 12. tygodniu w przypadku wykrycia wad płodu lub gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego.

– W prawodawstwie państw europejskich przesłanka o aborcji ciąży powstałej w wyniku gwałtu nie została oddzielnie ujęta, ponieważ w krajach Starego Kontynentu legalnie można dokonać aborcji do 12. lub 14. tygodnia bez pytania o powód. Zdecydowałyśmy, żeby zostawić w projekcie ustawy możliwość przerwania ciąży z gwałtu przy wsparciu państwa, czyli za darmo, na NFZ do 24. tygodnia, ponieważ 12 tygodni na załatwienie wszystkich procedur jest niewystarczające. Myślę, że jednak wiele kobiet, które zaszły w ciążę w wyniku przemocy seksualnej, skorzysta z możliwości jej przerwania w ramach tych 12. tygodni, kiedy odbywałoby się to, jak zakłada projekt "Legalna aborcja. Bez kompromisów", bez konieczności tłumaczenia swojej decyzji i bez żadnych zaświadczeń – wyjaśnia Kamila Ferenc.

– Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że przesłanka o przerwaniu ciąży powstałej w wyniku czynu zabronionego zostanie skreślona. W praktyce zmieni to bardzo niewiele, osoby, które potrzebują aborcji, będą mogły przerwać ciążę, kontaktując się z jedną z organizacji aborcyjnych. Może tego potrzeba, by ludzie zrozumieli, że kobiety w tym kraju traktuje się przedmiotowo, niegodnie. Że nie chodzi o żadne płody, zwane dziećmi nienarodzonymi. Chodzi o kontrolę nad naszym ciałem, życiem i zdrowiem – zauważa współautorka książki "Gwałt polski". – Chciałabym, by ludzie wściekli się tak, jak powinni byli dawno, dawno temu. By zrozumieli, że zakaz jest po to, by nas kontrolować. Bo przecież nie zmniejsza liczby przerywanych ciąż. I działacze anty-choice o tym wiedzą - mówi Wieczorkiewicz.

Weź udział w dyskusji:
Gwałt, a po nim kolejna trauma. "Boi się, że będzie musiała urodzić dziecko gwałciciela" [ÓSMY DZIEŃ MIESIĄCA]
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl