Katarzyna Miller o micie romantycznej miłości. "Załatwili nas tym na szaro"

Czy walentynki są nam do czegoś potrzebne? Czy pozwalają nam wyrwać się z szarej codzienności? Czy raczej jest to kolejny przymus? Czy mit romantycznej miłości nas uskrzydla? Czy jest raczej kulą u nogi? I czy każdy jest stworzony do miłości? - Namawiałabym do świętowania bez okazji. Wtedy, kiedy przyjdzie nam na to ochota. Żeby ktoś powiedział: "Wiesz, kochanie, nie spóźnij ty mi się dzisiaj, bo będzie specjalna kolacja i specjalny wieczór" - mówi w rozmowie z Kobieta.gazeta.pl Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Urszula Abucewicz, Kobieta.gazeta.pl: Po co nam walentynki?

Katarzyna Miller: Walentynki bardziej kojarzą mi się z sytuacją z amerykańskiego filmu. Do szkoły przychodzi chłopczyk z pięknie własnoręcznie wyrysowanym sercem. Nieśmiało podsuwa je dziewczynce, która mu się podoba. Ona z kolei podobną karteczkę wysyła do kogoś innego, a może do niego? Jeśli tak, ogarnia ich szczęście. To są początki. Rodzaj niewinnego sprawdzania, czy ten ktoś, o kim myślę, zwraca na mnie uwagę. To również nauka wybierania kogoś, kto jest dla mnie ważny.

To nie nasz św. Walenty, więc trochę szkoda, ale dzień zakochanych mi nie przeszkadza. To sympatyczne święto. Poza tym, że kochamy robić wszystko to, co w Ameryce.

Jeżeli tego dnia będziemy okazywać sobie jeszcze więcej czułości i serdeczności, jeżeli wykorzystamy go do tego, żeby przekonać kogoś, że jest dla nas wyjątkowy, to jest to bardzo sympatyczne.

Katarzyna MillerKatarzyna Miller Archiwum prywatne

Czym walentynki są dla osób z długoletnim małżeńskim czy związkowym stażem?

Jeśli ktoś od dłuższego czasu tworzy rodzinę, która funkcjonuje jako tako, to myślę, że walentynki są średnio ważne. Namawiałabym do świętowania bez okazji. Wtedy, kiedy przyjdzie nam na to ochota. Żeby ktoś powiedział: "Wiesz, kochanie, nie spóźnij ty mi się dzisiaj, bo będzie specjalna kolacja i specjalny wieczór". Albo: "Spotkaj się ze mną w knajpce. Dzisiaj nie gotuję", albo: "Jak dzisiaj wrócisz z pracy, to zobaczysz nas wszystkich na dywanie. Robimy sobie piknik z tego, co mamy w lodówce". Wydaje mi się, że bardziej łączą ludzi spontaniczne pomysły i inicjatywy.

Natomiast jeżeli ktoś potrzebuje do tego dat, może świętować i wtedy, bo przecież niektóre święta są u nas bardzo ważne, ale czy walentynki urosły do rangi Bożego Narodzenia? Dla handlarzy na pewno.  

Zastanawiam się, czy ten ckliwy romantyzm nie sprawia przypadkiem, że trudniej nam funkcjonować w związku? Reklamy, komedie romantyczne, romanse. Czy to nie one sprawiają, że trudniej nam odnaleźć się w szarej rzeczywistości?

Od jakiegoś już czasu otwarcie mówię o przeraźliwym podstępie patriarchatu wysłanym do kobiet, który stworzył mit romantycznej miłości. Uważam, że załatwili nas tym na szaro.

Kobiety, które mają wielki głód miłości, zostały niedokochane w dzieciństwie, mają za sobą trudne doświadczenia, marzą o czymś nierealnym. Komedie romantyczne, książki o miłości i wiele innych przekazów wzmagają nierealne wyobrażenia o księciu na białym koniu, który gdy tylko się pojawi, spełni wszystkie pragnienia i będzie jak w filmie.

I gdy pojawi się ten chłop, który gada cudne rzeczy, trochę uwodzi i sporo oszukuje (oboje zresztą na początku udają "lepszych", niż są naprawdę), to jej się wydaje, że wszystko się spełni. A potem się okazuje, że zaczyna się normalne życie. Oszołomienie nie trwa zbyt długo. Zamiast szczęścia pojawia się rodzaj ogromnego zawodu, rozczarowania i dużo wzajemnych pretensji.

Ludzie mają wobec siebie wysokie oczekiwania, które nie są możliwe do spełnienia. Nie chcę powiedzieć, że nie ma miłości. Oczywiście, że jest miłość pomiędzy ludźmi. Bardzo różna, ale jest. To jest jedna z najtrudniejszych rzeczy, żeby kogoś kochać, bo najpierw trzeba SIEBIE pokochać, żeby móc pokochać KOGOŚ.

Jednym z moim ulubionych filmów są "Smażone zielone pomidory". W jednej ze scen kobieta owija się folią...

Stoi w drzwiach. Chłop przychodzi, nawet na nią nie patrzy, odsuwa ją jedną ręką i pyta: "Gdzie kolacja?".

A w innej scenie kobieta rozwala ściankę działową i krzyczy, że robiła wszystko, żeby spełniać jego zachcianki, a on i tak jej nie zauważał.

Kobiety na szczęście się uczą, że są ważne, sprawcze i twórcze - niekoniecznie z mężczyzną. Jest ogromna liczba kobiet, które same mieszkają, jeżdżą po świecie, mają przyjaciółki, kochanków (lub nie mają), przyjaciela (lub nie mają). Wiele par nie legalizuje związków, bo kobiety przestały naciskać na ślub. Kiedyś mieszkać ze sobą na kocią łapę to był koniec świata. Spełnieniem marzeń był ślub, biała suknia i pierścionek. Wciąż słyszę, że za najpiękniejszy dzień w swoim życiu któraś z pań uważa zaręczyny lub ślub i wtedy robi mi się troszkę smutno. Mówię: "Drogie kobiety, jest jeszcze mnóstwo innych cudownych dni w życiu, dlaczego akurat ten uznajecie za najpiękniejszy? Niech on będzie piękny, tylko dlaczego najpiękniejszy? Co z całą resztą?".

Już nastąpiła wielka zmiana. Dziewczyny weszły już we wszystkie zawody, wiele rzeczy potrafią i są doskonałymi specjalistkami. Wciąż jednak jeszcze wiele rzeczy nie zostało załatwionych. Nazywam to zjawisko syndromem współczesności kobiecej. Na zewnątrz jesteśmy silne. Udowodniłyśmy, że potrafimy pracować, że jesteśmy świetne. Tylko w sercach wciąż żywy jest XIX-wieczny mit, że szczęście znajdziemy dopiero u boku mężczyzny. Cieszę się, że wiele dziewczyn jest świadomych, że to nieprawda.

Oczywiście można być szczęśliwą z fajnym facetem, ale można też wieść spełnione, szczęśliwe życie bez mężczyzny, bo o fajnego faceta wcale nie jest tak łatwo. Chłopcy się trochę pogubili.

Mizogini mówią, że to wina feminizmu.

Myślę, że feminizm stworzył sytuację, że mężczyźni przestali być pewni, że wystarczy mieć gacie, żeby być ważnym dla kobiety. Wprawdzie są jeszcze patriarchalne kobiety, które nie wyobrażają sobie ułożenia życia bez mężczyzny, ale coraz więcej dziewczyn mówi: "Jestem otwarta na związek z facetem, z którym będę czuła, że coś dobrego pomiędzy sobą wymieniamy. A nie facetem po prostu". I taki sposób myślenia kobiet bardzo obniżył poczucie pewności siebie u mężczyzn.

Choć jednocześnie usłyszałam od seksuologów przykre wiadomości, że przez ostatnie lata nowych rządów mężczyźni z powrotem zbezczelnieli. Uważają, że nie ma co liczyć się z babami. Takie zachowanie jest widoczne nie tylko w gabinetach, lecz także w ogóle w życiu. Walka o równouprawnienie wciąż trwa.

Tak się jakoś porobiło, że w telewizji na sześciu kanałach puszczane są non stop kabarety. Oferuje nam się różne mniej lub bardziej słodkie plastereczki. A dobrej edukacji nie ma. I walentynki też są takim plasterkiem. Jestem za tym, żeby się cieszyć i bawić, żeby człowiekowi było przyjemniej, ale bardzo bym chciała, żebyśmy nie dawali się ogłupiać.

Dla wielu kobiet wciąż spełnieniem marzeń są zaręczynyDla wielu kobiet wciąż spełnieniem marzeń są zaręczyny George Rudy / shutterstock

Nietrudno zauważyć, że obecna władza pragnie powrotu do tradycyjnej roli kobiety w rodzinie.

Pracuję z ludźmi świadomymi, takimi, którzy poszukują. Głównie z kobietami, również z parami. Wśród nich zdarzają się tak straszliwe opowieści o dzieciństwie i wychowaniu, że nie wiadomo, co robić - czy płakać, czy lecieć gdzieś kogoś obić. W wielu polskich rodzinach przemoc jest chlebem powszednim. Dzieci poddawane są albo wielkiej tresurze, albo spotyka je obojętność. A pragnienie wielkiej romantycznej miłości pojawia się często u tych osób, które są zmaltretowane psychicznie. Z zewnątrz nieźle funkcjonują, bo się bardzo starają. Mają niewiarygodną siłę, energię i potrzebę wydobycia się, postawienia na coś dobrego, urządzenia życia. Niektóre myślą bardziej o zawodzie, inne bardziej o domu, niektóre myślą o jednym i o drugim, jeszcze do tego umieją to połączyć.

Te, które często postawiły na niezależność finansową i pracę, czekają samotne walentynki.

Myślę, że część tych kobiet sama sobie kupi walentynkę. To są niezwykle mądre osoby.

Wśród singli są osoby, które mówią, że jeszcze nikt wystarczająco ciekawy się nie trafił, ale część z nich naprawdę lubi być ze sobą. Niesłychanie często słyszę taki tekst: "No i się rozwiodłam i dopiero wtedy zaczęło mi być dobrze".

O rozwód łatwo, gdy zaniedbywana mężatka będąca w długoletnim związku nagle jest adorowana przez innego mężczyznę. Nagle przypomina sobie, jak to jest być kobietą. Chce zaczynać od nowa. Czy rzeczywiście podejmować takie radykalne decyzje?  

W takich sytuacjach mówię tak: "Nie zakochujcie się od razu. Poobserwujcie sobie tego faceta. Sprawdźcie go. Nie rzucajcie wszystkiego od razu. Im dłużej was zdobywa, tym pewniejsze będzie to, że będzie chciał z wami być. To nie znaczy, że macie być sztuczne i udawać, tylko nie wpadajcie od razu jak śliwka w kompot!".

Można się kimś zachwycić, ale jednocześnie nie dostać szmergla do końca, żeby nie przestać myśleć. Nie wolno sobie tego robić, ponieważ wtedy tak głupiejemy, że nie widzimy tego kogoś, a patrzymy na niego tylko przez pryzmat głodu miłości.

W ogóle, dziewczyny, powiem wam: miejcie wokół siebie facetów, kumpli, przyjaciół, kolegów. Wyjdźcie z nimi na kawę, pójdźcie do kina. Będzie wokół was absolutnie inna aura. Przestańcie być takimi mateczkami, które wyszły za mąż i nastąpił koniec koleżeństwa, przyjaźni, zainteresowań. Potem przychodzi do mnie taka siedemdziesiątka i mówi: "Trzydzieści lat życia mu oddałam". Więc ja pytam: "Czy on w ogóle o to prosił? Dziękował pani za to wszystko, co pani robiła?". A ona: "Dlaczego miał mi dziękować?".

Wiele kobiet oddaje wszystko swojej rodzinie, myśli o innych, tylko nie o sobie. Poświęca się, bo ma poczucie, że ktoś im za to wszystko odda. Nikt im nie odda.

Gdy tymczasem związek się rozpada. Mężczyzna komunikuje, że odchodzi. Przegapiamy momenty, gdy przestaje nas coś łączyć?

Kobiety też odchodzą i to one głównie wysyłają pozew o rozwód. Dla związku dobrze byłoby zauważać, gdy coś zaczyna się "rozsuwać". A nie łapać chłopa za guzik, gdy jest już źle i lamentować: "Ty już mnie nie kochasz! Ty już mnie masz dosyć!", bo on wtedy może powie: "Rzeczywiście. Mam cię dosyć". Przecież my same tworzymy te scenariusze z obawy, że "nie zasługujemy na miłość".

Warto poświęcić część czasu i energii życiowej dla siebie, uczyć się siebie, doceniać i szanować. Być zajętą także czymś swoim własnym. Warto, żeby kobieta mogła i chciała w tej sytuacji zapytać siebie: "Co ja mogę i chcę w tej sytuacji zrobić?". A nie żądać, żeby to on coś zrobił i do tego za nią. I jeszcze żeby jej się to spodobało. On przecież (najczęściej) będzie myślał o sobie...

Przyzwyczajenie sprawia, że partner staje się dla nas prawą nogą. I nie zwraca się na nią uwagi, dopóki nie boli. A tu raptem noga zaczyna kuśtykać. Co jest? Nie mogę używać mojej nogi. I może się pojawić refleksja, że ta noga jest jednak fajną kobitką lub niezłym facetem, z którymi warto być...

Mówię dziewczynom, żyjcie, cieszcie się sobą, partnerami, dziećmi, przyjaciółkami, bawcie się, uśmiechajcie, flirtujcie, spotykajcie z ludźmi, których lubicie, zajmujcie się czymś, co lubicie. Nie macie na to czasu? Jeśli prasujecie majtki albo czyścicie wszystko bez przerwy, to znaczy, że uciekacie od życia. A to się leczy.

Porozmawiajmy o kobietach, które postawiły na dom i rodzinę i zrezygnowały z pracy. Dzieci już są duże, partnerzy naciskają, żeby szły do pracy. One wprawdzie mówią, że przeglądają oferty, ale jednak formalnie nic się u nich nie zmienia.

Jak siedziała wcześniej w domu, to nie miał jej dość? Wtedy nie, bo mu dzieci wychowywała. A ona się po prostu boi. Dwadzieścia lat siedziała w domu. Na rynku pracy musi zaczynać od zera.

Kobiety za pracę w domu powinny otrzymywać pieniądze. To jest jedna z ważniejszych rzeczy na świecie. Gdyby tak było, natychmiast okazałoby się, że to zajęcie ma ogromną wagę, a panowie zaczęliby brać urlopy tacierzyńskie. Coś, za co się płaci, jest ważne.

Znam małżeństwo, które ustaliło, że skoro on lepiej zarabia, to on idzie do pracy, a ona zostaje w domu. Ale wieczorami, w sobotę i niedzielę, na wakacjach, to on zajmuje się dzieckiem, a ona sobie odpoczywa, śpi, maluje i czyta kryminały. I naprawdę tak funkcjonują, ponieważ są wobec siebie uczciwi, otwarci i sobie partnerują.

Może trzeba będzie wprowadzić takie rozwiązanie, zapis, intercyzę, że jeżeli kobieta po latach siedzenia w domu nie będzie mogła znaleźć pracy, to mąż będzie np. płacił jej pensję.

Myśli pani, że to jest realne?

Przecież w wielu sprawach sposób myślenia się zmienił. A teraz szczególnie trzeba o tym mówić, gdy nastąpił nawrót do ciemnogrodu i powrót do specyficznie rozumianych wartości chrześcijańskich. Bez miłości i bez miłosierdzia. Mam nadzieję, że odchył nastąpi w drugą stronę i zwolennicy PiS-u się ockną i zobaczą, co naprawdę dostają.

Na szczęście mamy myślącą i mądrą młodzież. To właśnie młodzi ludzie zaprosili mnie do szkoły, żeby porozmawiać o wychowaniu seksualnym, bo oni są oburzeni, że tego nie mają. Oczywiście nie wszędzie i nie wszyscy. Są enklawy poszukujące i miejsca, gdzie ludzie są bardziej zachowawczy, ale myślę, że nie jest tak, że wszyscy daliśmy się z powrotem zawrócić do XIX wieku.

Mówi się, że dziecko jest jak walizka. To, co do niej włożymy, to potem z niej wyjmiemy.

Gdyby matka mówiła do córki: "Wiedz o tym, pamiętaj, jaka jesteś atrakcyjna". Gdyby ojciec mówił do niej: "Jesteś piękna. Jesteś mądra. Masz prawo być sobą", a do syna: "Jesteś fajny, ciesz się życiem", to nie miałabym pracy. A co się u nas mówi? Jak się wychowuje dzieci? "Tylko nie przyjdź z brzuchem". A do syna: "Ożeń się, zrób babie dzieci i będziesz potem sobie robił, co będziesz chciał".

W naszym kraju dzieci dostają wstyd i strach. Ciągle tak jest. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, byli w dzieciństwie gnębieni, poniszczeni, połamani. I potem siada przede mną kobieta i mówi: "Moja matka mnie biła i wrzeszczała. Obiecałam sobie, że nie będę tego robić. I teraz jest mi wstyd, bo wrzeszczę". Pytam: "Bijesz?". "Nie". "Jesteś z siebie dumna?". "Nie". "Dlaczego?". "Bo wrzeszczę". I ja mówię: "To, że nie bijesz, jest tak wielkim osiągnięciem, że powinnaś dostać za to medal". A ona: "Ale ja tego tak nie traktuję". "To zacznij. A jak wrzeszczysz, to przepraszasz?". "Przepraszam". "To pochwal się za to" - mówię. Ale jej nikt za nic nie chwalił. Może najwyżej za dobry stopień. Zacząć chwalić siebie, szanować, doceniać, to jest ogromna zmiana.

U nas się mówi: "Ucz się. Siedź prosto. Nie odzywaj się, nie przeszkadzaj, jesteś dobra wtedy, kiedy robisz coś dla innych". Nie mówi się: "Jesteś cudna, wspaniała, kochana córeczka". Oczywiście zdarzają się tacy rodzice.

Ciągle, pomimo wielkiego krzyku psychologicznego, nie zdajemy sobie sprawy, co to znaczy nie dostać w dzieciństwie prawdziwego szacunku i uznania. Ja nie mówię o miłości. Ja mówię o szacunku dla dziecka. Kto u nas szanuje dzieci? Są u nas chowane tak, żeby spełniać oczekiwania rodziców. A to rodzice mają być gotowi dla dzieci. Oczywiście dojrzale, mądrze, umiejąc zaznaczać właściwie granice. Ale kto nas tego uczy?

Inaczej też wychowuje się dziewczynki i chłopców. I tu jest problem.

Matka nie kocha siebie, więc nie kocha córki. Koniec kropka. Córka jest wychowywana do służenia. Komu? Mężczyźnie. Niestety w dużej mierze ciągle tak jest. A chłopcu wolno więcej, bo to jest mały mężczyzna mamusi. Syn jest bardziej kochany przez matkę, również dlatego, że zawiódł ją mąż, który jest nieobecny lub słaby. Namiastkę bliskości kobieta upatruje sobie w tym swoim chłopaczku.

Ponoć w każdym związku jest gwóźdź.

Gdy prowadzę wykłady, w których bierze udział kilkaset osób i mówię: "A teraz łapki w górę, ile znacie szczęśliwych małżeństw", to nigdy nie widzę więcej rąk w górze niż pięć. To jest bardzo dużo. Najczęściej mówi się o jednym lub dwóch szczęśliwych związkach.

A mimo wszystko w jednym z wywiadów mówi pani, żeby nie rezygnować z miłości i próbować.

Nie próbować, tylko być i żyć jak najlepiej. Próba jest tuż przed przedstawieniem, a my już gramy, już jesteśmy w życiu, żyjemy teraz, a nie za trzy lata, gdy się okaże, że jednak poprosi o rękę i włoży ten upragniony pierścionek na palec. A jeśli nie poprosi o rękę? Jeśli zdradzi? Odejdzie? Znajdzie inną? A może przestanie nam się w ogóle podobać?! Teraz już żyjemy.

Są ludzie, którzy nie potrzebują partnerów. Uwielbiają być sami, ale ich jest zdecydowanie mniej. Ludzie potrzebują kogoś bliskiego. Lubimy być ze sobą razem. A rodzaje bliskości są różne. W tej chwili ludzie żyją o wiele swobodniej i na różne sposoby. Zaobrączkowane małżeństwa to połowa gospodarstw wspólnych, wcale nie większość. Ludzie żyją na kocią łapę, w różnych mieszkaniach, w innych miastach, związują sią na jakiś czas, umawiają się też na różny rodzaj bliskości. Bardzo przeróżnie się to odbywa. Także w małżeństwach.

Chcieliśmy żyć inaczej niż nasi rodzice, którzy trwali 50 lat w nieszczęśliwych związkach, a teraz nie potrafimy takich stworzyć. Gdy tylko coś się zaczyna psuć, zrywamy i szukamy kolejnej osoby.

Jesteśmy bardzo roszczeniowi. Cywilizacja i kapitalizm podążają w bardzo niedobrą stronę. Kto powiedział, że mamy mieć wszystko, czego sobie życzymy? Nauczmy się pokory wobec rzeczywistości, uczmy się relacji, odpowiedzialności za siebie. Ale programy szkolne tego nie przewidują. Psychoterapeuci nie zawrócą Wisły kijem.

Mamy to, co mamy. Facetów mamy takich, jakich mamy i baby też mamy takie, jakie mamy. Musimy żyć w tym świecie, jaki mamy, najlepiej, jak się da.

Jeśli czegoś chcemy, to też musimy coś od siebie dać. I to nieprawda, że tylko mężczyźni chcą dla siebie przestrzeni. To jej się wydaje, że jej nie wolno jej mieć, bo gdy tak się stanie, to ona będzie niedobrą żoną albo niedobrą matką, więc swoje pragnienia i potrzeby spycha gdzieś bardzo głęboko. Żyj, kobieto, dla siebie, a potem dla swojej rodziny.

O tym, jak wytrwać w związku, możesz przeczytać w książkach, w których Katarzyna Miller porusza te kwestieO tym, jak wytrwać w związku, możesz przeczytać w książkach, w których Katarzyna Miller porusza te kwestie Materiały promocyjne / gazeta.pl