Dyrektorka szkoły o podstawie programowej: Wyrzuciłabym z listy lektur kilka książek

Mówi się, że XXI wiek należy do kobiet. Czy na pewno? Czy są pierwszoplanowymi bohaterkami podręczników i książek omawianych w szkole? Czy raczej są tłem? Pomijanym elementem? Rozmawiamy z dyrektorką Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Gdańsku, doktor Agnieszką Tomasik, nauczycielką języka polskiego i filozofii.

Przeczytaliśmy w Gazeta.pl prawie dwa tysiące stron poświęconych historii Polski. To były podręczniki, z których uczą się setki tysięcy uczennic i uczniów. Z tej lektury wyłoniła się osobliwa narracja o historii Polek: pozbawiona tła społecznego, traktująca kobiety jako ciekawostkę. Zebraliśmy te treści w publikację “Historia bez Polki” i chcemy się nią z Wami podzielić.

Urszula Abucewicz, Kobieta Gazeta.pl: Jadwiga, Bona Sforza, Maria Curie-Skłodowska, Anna Walentynowicz i Irena Sendlerowa. Na palcach jednej ręki można wskazać kobiety, które zostały opisane w podręcznikach szkolnych do historii. Cały czas jest to his-toria – dzieje mężczyzn pisanych przez mężczyzn. Kobiety są pomijane.

Dr Agnieszka Tomasik: To nie tylko kwestia podręczników, lecz problem kultury, która osadza je w naszej mentalności. Na podręczniki szkolne trzeba więc spojrzeć jak na pewien wycinek – okulary, przez które oglądamy rzeczywistość. W tym kontekście wcale mnie nie zaskakuje tak mała reprezentacja kobiet w podręcznikach, bo niewiele z nich zostało opisanych w ogóle w historii.

Gdy spojrzymy na sposób opowiadania historii przez pryzmat ról damsko-męskich, to zobaczymy, że opis historii wielkiej dotyczył jednostek męskich, a małej – kobiet. Nasza kultura przez wieki była w taki sposób kształtowana. Utrwalił się w niej np. model romantyczny pokazujący kobiety czekające na swoich mężczyzn w domu, przejmujące ich role, kiedy szli na wojnę, a opatrujące ich rany, gdy wracali z pola walki.

Jakimi słowami wita Ola Billewiczówna Kmicica w "Potopie" Henryka Sienkiewicza? Mówi: "Jędruś, jam ran twoich niegodna całować". Co robi Salomea w "Wiernej rzece" Stefana Żeromskiego? Poświęca się i naraża swoje dobre imię i godność dla mężczyzny, który zostaje ranny w powstaniu.  

Podręczniki szkolne są więc papierkiem lakmusowym, które pokazują nam jak w soczewce, jak zostaliśmy kulturowo ukształtowani przez lektury i filmy.

Agnieszka TomasikAgnieszka Tomasik Archiwum prywatne

A pozytywizm? Pierwsze próby emancypacji w polskiej literaturze pojawiły się właśnie wtedy. W tamtym czasie tworzyły Maria Konopnicka czy Eliza Orzeszkowa.

Nie jestem apologetką pozytywizmu. Owszem w tej twórczości pojawiają się postacie kobiece, ale to przecież one tworzyły wizerunki kobiet, które niby były emancypantkami, ale to mężczyzna nadawał sens ich życiu. Na końcu musiał pojawić się męski bohater, od którego zależało całe życie bohaterki. Choćby w "Nad Niemnem" - Eliza Orzeszkowa skupia się na wątku miłosnym, wszyscy śledzą perypetie zakochanej pary, czy uda im się być razem, czy Justyna zdecyduje się wyjść za Janka Bohatyrowicza. A przecież Orzeszkowa mogła inaczej zbudować jej postać, postawić przed nią inne cele i motywacje.

W naszej kulturze mocno zakorzenione jest przekonanie, że kobieta jest dla miłości, a mężczyzna dla ojczyzny, życia, cywilizacji, postępu. Taki sposób myślenia cały czas buzuje nie tylko w naszych głowach, ale też przenika do treści podręcznikowych na każdym etapie, począwszy od maluchów, które dostają ilustracje i pierwsze czytanki o domu.

Mogę pani przeczytać pierwszą czytankę z elementarza dla dzieci.

[Agnieszka Tomasik czyta]

O zawodach

Tata Olka jest policjantem. Mama to lekarka. Tata Irenki jest pilotem. Irenka zerka w niebo. To na pewno samolot taty. Mama Marka projektuje stroje. Lubi to.

- Jaka jest twoja praca, mamo?

- To miła praca. Tak jak twoje zabawy – odpowiada mama.

- To cudowne, gdy praca jest jak zabawa – mówi synek.

W tym podręczniku, elementarzu dla pierwszej klasy, już od razu przedstawiony został wyraźny obraz mężczyzny i kobiety. Kobiety pracują dla zabawy i zajmują się strojami. Mężczyźni wykonują odpowiedzialną, poważną pracę. Tata ma samolot, a mama stroje.

Od około dwudziestu lat pedagodzy zwracają uwagę na ten stereotypowy podział ról. Myślałam, że autorzy podręczników wzięli sobie ich uwagi do serca.  

To jest podręcznik, który wzięłam przed chwilą z klasy moich uczniów, więc niewiele się zmienia w tej kwestii. Skostniały sposób myślenia dotyczy nie tylko ról płciowych. Przygotowując się do naszej rozmowy, przejrzałam kilka podręczników, żeby zobaczyć, w jaki sposób przedstawiani są ojcowie i matki, a także przedstawiciele różnych zawodów.

Zauważyłam, że na ilustracjach w podręcznikach dla dzieci wszyscy nauczyciele są kobietami. Nie znalazłam ani jednego mężczyzny. Rzadko znajduję też ojców. Częściej obecna jest mama, która czyta z dziećmi, odrabia lekcje, mierzy temperaturę, gotuje w kuchni. Ojciec pojawił się na pikniku, na wycieczce z dziećmi, podczas aktywności sportowych. Tylko na jednej ilustracji znalazłam go, gdy przynosi słoiki, pomaga żonie w kuchni. Robią razem przetwory.

W życiu od małego dziecka dominują kobiety, czy to w szkole, czy w domu. Ojcowie zaś angażują się w aktywności niezwiązane z obowiązkami, tylko raczej w przyjemności, odkrywanie świata. I to też nie jest to, co chciałabym zobaczyć na ilustracjach dla dzieci. W podręcznikach zobaczymy też bezlitosne stereotypy dotyczące osób starszych. Można znaleźć w nich np. babcie, które siedzą w fotelach i robią na drutach. Ja nie znam już takich babć, ale widocznie autorzy podręczników znają.

Idźmy dalej. Przewróciłam kartkę elementarza na drugą stronę i zobaczyłam kolejną ilustrację zarysowującą wyraźny podział ról, na której chłopiec siedzi z tatą i tworzy samoloty, a obok siedzi dziewczynka i maluje kotki. Nieco niżej została zamieszczona fotografia, na której chłopiec patrzy przez lunetę na Księżyc, a po drugiej stronie na łóżku siedzi dziewczynka, która trzyma lalki i bawi się misiami. Ich predyspozycje społeczne zostały jasno ustawione. Ona powinna rozwijać w sobie funkcje opiekuńcze, a on został stworzony do zdobywania i odkrywania świata. Chciałabym zobaczyć, żeby kiedyś było inaczej. Upominam się również o prawo chłopców do zabaw opiekuńczych i nienaznaczanie ich ocennymi komentarzami typu "baba".

Obawiam się, że obecnej władzy zależy na podtrzymywaniu tego stereotypu. W jednej wypowiedzi minister Czarnek zwrócił uwagę, że zwłaszcza dziewczynki powinny zacząć się odchudzać. Wracamy więc do myślenia, że kobieta powinna koncentrować się na wyglądzie, być piękna, młoda i szczupła.

Stereotypowy podział widoczny jest w kulturze masowej. Różowe ubranka dla dziewczynek, błękitne dla chłopców. Podział na zabawki dla dzieci, jeśli chodzi o kolory, aktywności. To jest bardzo wyraźne.

Dobra wiadomość jest taka, że ośmio- czy dziewięcioletnie dziewczynki, które przychodzą do nas do szkoły, są inne od tych sprzed kilku lat. Zmiana nastąpiła w domach. Wszystko więc wskazuje na to, że zaczynamy trochę inaczej wychowywać nasze córki.

Kiedy jeszcze kilka lat temu pytałam uczniów o prezenty, jakie otrzymują pod choinkę, widoczny był mocny podział. Chłopcy otrzymywali klocki czy komputery, a dziewczynki zawsze te przysłowiowe lalki. W tej chwili już się to zmienia.

Czuję ogromną satysfakcję, gdy obserwuję najmłodsze dziewczynki, które zaczynają edukację. Są już odważniejsze, nie mają w sobie przekazów, że należy być miłą i grzeczną, zawsze i w każdych okolicznościach. Nowi rodzice w wychowaniu zaczynają uwzględniać genderowe myślenie, że dziewczyny też mogą iść na politechniki.

Czy w takim razie zmiana, którą pani zaobserwowała, nie zostanie zniweczona przez obecny przekaz płynący z rządu?

Nie przeceniałabym działań, które mają doraźny charakter. Kultura idzie swoimi torami i nie sposób jej powstrzymać. Przemiany cywilizacyjne, sposób myślenia, to, kim jesteśmy i jaka jest nasza tożsamość to jest fala, pewien nurt, który jest niepowstrzymany i myślę, że to jest najważniejsze.

Można koncentrować się na różnych wypowiedziach rządzących, jedni ich słuchają, inni nawet ich nie zauważają, dokumenty ministerialne nie wychodzą tak często jak komentarze, a to oficjalne dokumenty i wytyczne w mojej pracy są wiążące. To wszystko przebiega troszkę inaczej niż myślimy.

Z drugiej strony spójrzmy, jak było w czasach PRL-u. Również byliśmy edukowani za pomocą różnych czytanek i różnych przekazów, ale przecież ta edukacja biegła niepohamowanym nurtem, który też ludzi formował. To są zupełnie inne kwestie. Nie da się czegoś zadekretować.

Wracając do kobiet w historii. One są. Choćby Cherezińska opowiada o Świętosławie, Sygrydzie Storrådzie, córce Mieszka I, która została królową Szwecji, Danii i Norwegii i prowadzała rysie na smyczy.  

Zastanawiam się, w jaki sposób opowiadać historię. Czy musimy na siłę wyszukiwać bohaterki, które stawały na czele wojska i pasują do męskiego wizerunku? Gdybyśmy zaczęli opowiadać historię procesami społecznymi, życiem obyczajowym, np. jak żyli ludzie na co dzień, to ona w dużo większym stopniu zachowywałaby proporcję. Byłoby to o wiele ciekawsze, a my nie musielibyśmy znowu opowiadać uczniom o potyczkach militarnych i konfliktach państwowych. Nie musimy się uczyć tylko takiej historii. Pamiętam opowieść o Słowiańszczyźnie, o życiu codziennym naszych przodków. Dużo było w niej kobiet, relacji międzyludzkich, kwestii obyczajowych. Było to bardzo ciekawe.

Jest pani nauczycielką języka polskiego. Gdyby miała pani realny wpływ na podstawę programową, to jak wyglądałaby lista lektur? Które pozycje znikłyby z ministerialnego wykazu? A które książki omówiłaby pani z uczniami?

To jest pytanie o kanon. Czy istnieje w Polsce kanon? I w jaki sposób mamy go kreować? Pamiętam moment, kiedy z listy lektur został usunięty Gombrowicz i wtedy uczniowie czytali go najpilniej. Prawie na kolanach.

Zadałabym więc pytanie, czy istnieje taki kanon, lista lektur obowiązkowych, które wszyscy powinniśmy przeczytać? Czy powinna być to lista złożona z noblistów? Tylko czy przez to, że umieścimy lekturę w kanonie, to ją zrozumiemy? Czy będziemy o niej dyskutować? Czy będzie w nas buzować? Zmieniać coś w nas? Czy będzie nas formować?

Gdybym miała pełną dowolność, wyrzuciłabym z listy lektur kilka książek i dałabym pełną dowolność tworzenia jej razem z uczniami.

Jakie książki skreśliłaby pani z tej listy?

Wyrzuciłabym takie, które według mnie podtrzymują stereotypy. "W pustyni i w puszczy", "Krzyżacy", "Potop". Zawsze miałam bardzo krytyczny stosunek do twórczości Sienkiewicza, ponieważ przedstawia kobiety albo jako anioły, albo jako aktywne, ale niekoniecznie mądre istoty.

Lektura jest narzędziem w ręku nauczyciela. Co z nią zrobi, to już jego sprawa. To od niego zależy, czy będzie ją czytał apologetycznie czy krytycznie.

A "Dziady" Mickiewicza byłyby na tej liście? Mesjanizm wciąż odciska na nas piętno.

Pisałam doktorat o Andrzeju Kijowskim, zapomnianym już niestety dzisiaj pisarzu i publicyście, który napisał jeden z najlepszych traktatów na temat mesjanizmu. Zaczyna się od słów: "Co zrobić z brednią, która ma znaczenie?". I to jest dokładnie to, co sobie myślę o mesjanizmie.

Ten kierunek filozoficzny w różnych państwach przyjmował inne oblicza. W Rosji miał charakter imperialistyczny, w Polsce stał się narodowowyzwoleńczy. Dosyć mocno infekował głowy naszych rodaków. Można to zrozumieć, bo jeżeli Polacy przeżywali załamanie i tułali się na emigracji po Europie, to jakieś lekarstwo było im potrzebne. I być może tylko to podtrzymywało ich na duchu.

Zamiast usuwać z programu szkolnego książki, które są dla nas jakimś wstydem, może lepiej uczyć myślenia krytycznego i pokazywać je w różnych kontekstach. Przez wiele lat, kiedy prowadziłam jeszcze klasy do matury – zadawałam na końcu cyklu z "Dziadów" jedno pytanie: "Dziady – hit czy kit?" i odbywała się debata. Podchodziliśmy i apologetycznie, i krytycznie do tego najważniejszego polskiego tekstu, w którym zawarta została cała Polska dusza. Wszystko, co można o Polakach powiedzieć dobrego i złego zawarte zostało właśnie w "Dziadach".

I co uczniowie mówili? Dlaczego hit? A dlaczego kit?

Hitem były "Dziady" z powodu tej niepojętej głębi, jaką Mickiewicz wydobył z ludzkiej jednostkowej egzystencji: wszystkich bólów, lęków i namiętności. A także dlatego, że pokazał wielowarstwowość kulturową polskiej duszy: wpływy chrześcijańskie, wymieszane z judaizmem, mistyczne prawosławie i oświeceniowy (!) racjonalizm zarazem, a tuż obok żydowską kabałę. Kitem – bo uczniów irytowała wiara, że jesteśmy narodem wybranym, który ma jakąś specjalną misję do wykonania.

Dla mnie program pracy z uczniami to krytyczne myślenie, analiza, wyciąganie wniosków, dyskusji, burzy mózgów. Nie możemy zaprzeczyć naszej historii, powiedzieć: "Słuchajcie, tego nie było". Dobrze jest przechodzić w dojrzewaniu przez różne procesy, próbować się mierzyć z naszą historią i tradycją. Myślenie trochę rozrachunkowe, a trochę prowadzące do wolności wyboru będzie lepsze, niż wyrzucanie, zapominanie czy też stwarzanie poligonu dla naszych opinii czy idei w szkole. Szkoła nie powinna być takim poligonem.

Zostawiłabym pięć lektur, które omawiane byłyby na różne sposoby, powoli, w metodach slow, w narzędziach myślenia krytycznego, obudowując w różne konteksty.

Jakie byłyby to lektury?

Na pewno byłyby to "Dziady", według mnie to jeden z najważniejszych polskich tekstów, "Pan Tadeusz", "Trans-Atlantyk" Gombrowicza. Na tej krótkiej liście umieściłabym polskich poetów: Miłosza, Herberta, Różewicza, Szymborską. Na pewno pokazałabym Polskę w kontekście Jana Kochanowskiego i jego wybitnego umysłu. Lektur powinno być bardzo mało, ale powinny być szeroko, wnikliwie, głęboko pokazywane, w świetle najnowszych kontekstów.

Teraz w Gdańsku tworzymy scenariusze lekcji z edukacji kulturowej. Chcemy o lekturach rozmawiać szeroko. Obok "Dziadów" powinien pojawić się "Człowiek z żelaza" Wajdy, bo filmy też powinny być współczesnymi lekturami, na których będziemy mogli omówić tradycję. Tak, żeby zderzać ze sobą różne wątki, pokazywać, jak one funkcjonują w kulturze współczesnej – w plakacie Pągowskiego czy w rzeźbach Abakanowicz. Jak to się dzieje, że to, co powstało w ludzkich umysłach, trwa przez wieki? I jak my, współcześnie, się z tym mierzymy? Czy jest to coś, co jest naszym bogactwem, czy raczej przekleństwem?

A co z twórczością Zofii Nałkowskiej, Olgi Tokarczuk, Elżbiety Cherezińskiej, Sylwii Chutnik, Katarzyny Bondy? W polskiej literaturze jest naprawdę sporo kobiet, które są pomijane w polskim kanonie i w polskich szkołach…

Olga Tokarczuk jest trudna dla młodych ludzi. Wszyscy wiedzą, że jest świetną pisarką, ale żeby przybliżyć jej twórczość, szukamy wywiadów, krótszych tekstów, esejów, czytamy fragmenty jej utworów. Jej książki, zwłaszcza te ostatnie, są trudne. Do czytania tej literatury trzeba mieć podstawowe przygotowanie – polonistyczne czy humanistyczne, dlatego też nie możemy zbyt wcześnie wprowadzać jej twórczości do szkoły, np. podstawowej.

To nie dlatego, że zaniżam ich kompetencje, ale im młodsze dziecko tym bardziej obcowanie z literaturą powinno być czynnością kojarzą z odpoczynkiem, dobrą refleksją, z czymś, co nie jest dla nich trudnym obowiązkiem. Żeby rozbudzić ciekawość czytelniczą, trzeba zerwać ze wszystkimi stereotypami, że czytanie musi być męczące i trudne.

Na Strajku Kobiet zobaczyłam transparent: "Duszejko wam tego nie wybaczy". To bohaterka książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Może więc ten kryminał trafiłby do młodych ludzi?

Poezja Strajku Kobiet to rzeczywiście materiał wart badań przynajmniej pracy magisterskiej. Potęgę kryminałów znamy wszyscy i w szkole powinna być przestrzeń do wspólnego czytania dobrej literatury każdego gatunku. U nas w szkole nauczyciele uprawiają czytanie "bostońskie". Codziennie rano w klasie czytany jest fragment jakiejś wspólnej lektury, a po południu – każdy sam w swoim kąciku o tej samej porze wyciąga własną lekturę z plecaka. Bardzo to dzieci lubią i chętnie praktykują.

A inne pisarki? Wspominała pani wcześniej o historii opowiadanej z perspektywy obyczajowej i codziennej. W twórczości kobiet znajdziemy właśnie wiele takich wątków.

Ja oczywiście każdemu do plecaka włożyłabym swoje ulubione pisarki: Joannę Bator czy Zadie Smith, bo przecież o to przede wszystkim chodzi, aby czytać to, co sprawia – jak mawiali greccy filozofowie – tę jedną z największych życiowych przyjemności.

W jednym z telewizyjnych wywiadów dziennikarz zadał pytanie naszej noblistce, czy uformowało się pokolenie Tokarczuk. Pisarka temu zaprzeczyła. Na pewno mówiło się o pokoleniu Jana Pawła II. Jedna z nauczycielek po ogłoszeniu nowych propozycji programowych przez ministerstwo i wprowadzeniu do programu nauczania twórczości papieża powiedziała mi, że polska młodzież ma głęboko w poważaniu Jana Pawła II i pokolenie JPII.

Obecna polska młodzież nie jest pokoleniem JPII, to raczej miano dla pokolenia obecnych czterdziestolatków, którzy pamiętają z dzieciństwa choćby papieskie pielgrzymki. Niestety słów papieskich, np. z gdańskiej Zaspy, gdzie mieści się moja szkoła, że "solidarność to jeden i drugi, a nigdy jeden przeciw drugiemu" – tego już nie pamiętają. A współczesne pokolenia? Ani Tokarczuk, ani JPII, raczej to pokolenie Taco, Quebo, Matów, ukształtowane na poezji polskiego rapu i jego krytycznym spojrzeniu na polskie konflikty i polskie zaniechania. I to też literatura, którą polecam analizować z młodymi na lekcjach polskiego.

Wspomniała pani wcześniej o krótkiej liście lektur. Czy nie będzie miało to odwrotnego skutku? Przez cztery lata omawiając twórczość Mickiewicza, Gombrowicza i Kochanowskiego, nawet w szerokim kontekście – czy uczniowie nie nabiorą awersji do ich dzieł?

Podstawą w pracy nauczyciela jest podstawa programowa. Uważam, że dla polonisty nie powinna mieć więcej niż pięć stron. Powinny być w niej zawarte informacje, w jakie narzędzia powinien zostać zaopatrzony młody człowiek, żeby wyposażyć go w edukację humanistyczną.

W polskim prawie nauczyciel nie musi brać gotowego programu z wydawnictwa, tylko sam może go stworzyć, więc dajmy im możliwość tworzenia w szerszej skali. Stwarzajmy warunki zachęcające do tego, żeby tworzyli własne programy.

Tworząc taki autorski program nauczania, można się zastanawiać, w jaki sposób uczyć kanonu i tradycji, żeby pobudzać do myślenia.

Oprócz tego kanonu, który powinien być bardzo mocno ograniczony, malutki, składający się z pięciu najważniejszych tekstów – powinno być jeszcze coś, co służy korzystaniu z kultury. I tu dałabym dowolność nauczycielowi, który razem z uczniami wybierze literaturę do czytania, refleksji czy rozrywki. To może być Remigiusz Mróz, ale i Mikołaj Rej, jeśli będą mieli ochotę. To jest właśnie istota programu autorskiego, żeby móc zaproponować uczniom lektury nie tylko z tego kanonicznego klucza. Ciągle nauczyciele się skarżą, że nie ma czasu na to, żeby wprowadzać i realizować  współczesne treści albo takie lektury, które chcieliby omawiać z uczniami. Autorski program mógłby to zmienić.

A literatura powszechna?

Nie możemy o niej też zapomnieć. Oprócz literatury polskiej też jest kilka takich tekstów, które warto zaproponować.

Jakie? I dlaczego?

"Faust", "Zbrodnia i kara", "Pani Bovary", "Anna Karenina", "Folwark zwierzęcy" – są i pozostaną ważne, bo dotykają uniwersalnych stanów ludzkiej egzystencji.

Wydaje mi się, że w trzyletnim liceum z maturą 2015 kanon był dosyć dobrze pomyślany. On pokazywał z jednej strony trudność doboru, a z drugiej strony umiejętność rezygnowania. Problem jest jeszcze jeden. Kto tworzy podstawę programową? Bardzo często jest tak, że podstawę programową tworzą zespoły, w których znaczący głos mają profesorowie, którzy nie wyobrażają sobie kanonu bez. A celem tworzenia kanonu podstawy programowej powinno być: to teraz sobie wyobraźmy to bez. Jednak nie musimy z licealisty i maturzysty albo ósmoklasisty tworzyć profesora filologii polskiej.

Jakie cele powinny stać przed edukacją?

Towarzyszyć młodemu człowiekowi, kiedy zaczyna pytać: Kim jestem? Kim chcę być? Jaki będę w przyszłości? Jak chcę się rozwijać? Na pierwsze pytanie pomoże mu odpowiedzieć tradycja. Na kolejne musi odpowiedzieć sobie sam, ale szkoła powinna wyposażyć go w odpowiednie narzędzia. 

Z jednej więc strony szkoła powinna mu pokazać, że uczeń jest np. gdańszczaninem, Polakiem, Europejczykiem, a z drugiej strony dać mu narzędzia do tego, żeby idąc w świat, mógł się rozwijać, zdobywać wiedzę, umiejętności. Być tym, kim chce być. Zawsze swoim uczniom, kiedy pytają, co mają robić w przyszłości, mówię: Bądź szczęśliwy. To jest najważniejsze twoje zadanie. Być szczęśliwym. I  dodaję jeszcze: Bądź szczęśliwy i sprawiaj, aby inni obok ciebie też tacy byli.

Agnieszka Tomasik – doktor nauk humanistycznych, polonistka, pedagog specjalny, innowatorka, autorka idei "Lekcji jako spotkania", ekspertka zmiany, specjalizująca się w nowoczesnych narzędziach w edukacji, aktywizujących metodach nauczania, budowaniu nowych relacji w szkole, opartych na psychologii pozytywnej i tutoringu. Dyrektorka Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Gdańsku, wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej, koordynatorka Kreatywnej Pedagogiki, gdańskiego projektu sieciowania nauczycieli.