Pochodzi z Etiopii i uczy w polskiej szkole. "Tu wszystko jest łatwiejsze"

Hiwote Negash przeprowadziła się do Polski we wrześniu 2016 roku, żeby w Bystrzycy Kłodzkiej jako wolontariuszka uczyć języka angielskiego. Obecnie mieszka w Warszawie. "Kiedy odwiedziłam rodzinę, zorientowałam się, że bardzo narzekam. Standard życia, do jakiego przyzwyczaiłam się w Polsce i standard życia w Etiopii bardzo się różnią" - mówi.

Żony, matki, przyjaciółki, sąsiadki, ale przede wszystkim kobiety. Wyruszyły w drogę, aby w obcym kraju zbudować swój dom od nowa. Klaudia Kolasa rozmawia z cudzoziemkami o tym, jak wygląda ich życie w Polsce, co pomimo wychowania w różnych kulturach nas łączy, a co dzieli. Kolejne teksty z cyklu "Rozmowy bez granic" publikowane są w środę co dwa tygodnie o godzinie 20.

Klaudia Kolasa, kobieta.gazeta.pl: Mieszkasz w Polsce już pięć lat. Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia? 

Hiwote Negash: Przede wszystkim byłam zaskoczona, że tu jest tak pięknie. Kiedy jeszcze mieszkałam w Etiopii, nie wiedziałam zbyt wiele na temat Polski. Moja mama mówiła mi, że to gdzieś w Azji, a tata powtarzał, że jest tu wódka. Jak widzisz, każdy miał swoje zdanie. Nie oczekiwałam zbyt wiele. Myślałam, że Polska jest bardzo rozwiniętym krajem. Wyobrażałam sobie, że miasta są pełne budynków i nie ma miejsca na naturę. A potem jesienią trafiłam do Bystrzycy Kłodzkiej i zakochałam się w tamtejszym krajobrazie. U nas pory roku wyglądają zupełnie inaczej. Nie ma jesieni. Kolorowe liście na drzewach sprawiły, że czułam się jak w bajce. 

Czy było coś jeszcze, co cię zaskoczyło? 

Bystrzyca Kłodzka jest małym miasteczkiem i, szczególnie dla starszych osób, zobaczenie tam czarnoskórej osoby było czymś szokującym. Ludzie bardzo się mną interesowali. Podchodzili i pytali, skąd jestem. Niektórzy zagadywali mnie po polsku. Niektórzy chcieli sobie robić ze mną zdjęcia. To był ciekawy czas. Trochę za nim tęsknię. Wiesz, miałam tam zgraną paczkę. Wolontariusze pochodzili z różnych stron świata, ale trzymaliśmy się razem. Nie było nudy. Cały czas tworzyliśmy tam wspomnienia.  

W takim razie, dlaczego zdecydowałaś się na przeprowadzkę do Warszawy? 

Musiałam po prostu pójść dalej. Moi rodzice są coraz starsi, chciałam znaleźć pracę i wesprzeć ich finansowo. Wyprowadziłam się z Bystrzycy Kłodzkiej w 2019 roku. Chwilę później inni wolontariusze podjęli ten sam krok. Ktoś wyjechał do Czech, ktoś inny wrócił do Wietnamu, ktoś do Dubaju. Nasze ścieżki się rozeszły.  

Atmosfera Warszawy jest zupełnie inna niż mniejszych miast, prawda? 

Tak. Jest zupełnie inaczej. Pierwszy rok w Warszawie był dla mnie trudny, bo czekałam na kartę pobytu i miałam wrażenie, że tu utknęłam. Warszawa jest taka ogromna w porównaniu z Bystrzycą, gdzie wszystkich znałam. Nie polubiłyśmy się na początku. Nie czułam się tu jak w domu, było mi źle. W końcu powiedziałam sobie, że muszę przestać mazać się jak dziecko. Taka jest sytuacja i muszę ją zaakceptować. Postanowiłam znaleźć coś, co sprawi, że zmienię nastawienie.  

 

Znalazłaś? 

Ku mojemu zaskoczeniu, tak! Uwielbiam te przepiękne parki, które tu macie. Lubię być blisko natury. Mam też swoją ulubioną kawiarnię. Mają tam wiele rzeczy przywiezionych z Afryki i kawę z Etiopii.  

Tęsknisz za Etiopią? 

Tęsknię za rodziną. Ostatni raz w byłam tam w lipcu. Przez długi czas nie mogłam wyjeżdżać, bo czekałam na kartę pobytu. Za pierwszym razem dostałam dokument po roku od złożenia wniosku. Był ważny tylko trzy miesiące. Kiedy ten czas minął, złożyłam wniosek ponownie. Wiesz, ile czekałam? Dwa lata...  

Kiedy odwiedziłam rodzinę, zorientowałam się, że bardzo narzekam. Standard życia, do jakiego przyzwyczaiłam się w Polsce i standard życia w Etiopii jest zupełnie różny. Tu są duże mieszkania, są toalety, jest wygodny transport publiczny. W moim mieście przykładowo jeżdżą minivany, które nazywamy taksówkami. W takim pojeździe przewozi się nawet 20 osób! Jest bardziej tłocznie niż w warszawskich autobusach w godzinach szczytu. Ale Etiopia bardzo szybko się rozwija i zmienia i oczywiście jestem z tego dumna. Wszystko idzie ku lepszemu. 

Myślisz, że narzekasz, bo zmieniłaś się przez te pięć lat w Polsce? 

Na pewno. Tu wszystko jest łatwiejsze. Opowiem ci o miejscu, w którym się urodziłam. Znajdowało się w dzielnicy slumsów. Cała nasza rodzina dzieliła jedną sypialnię i jeden pokój. Była jedna wspólna kuchnia i jedna wspólna łazienka dla nas i wszystkich sąsiadów. Dzięki Bogu teraz moja rodzina ma lepsze życie. Mają mieszkanie w bloku, ale i tak gdy wracam do tamtejszych standardów, przypominają mi się te czasy dzieciństwa. Ale są też dobre aspekty zmiany. Mama mówi, że nigdy nie byłam tak rodzinna jak teraz. Jestem najstarszą córką, a w naszej kulturze to najstarsi są odpowiedzialni za opiekę nad rodziną. Mówi też, że jest dumna z tego, jaką kobietą się stałam.  

Zbliża się Boże Narodzenie, które w Etiopii świętujecie 7 stycznia. Jak wygląda ten czas? 

Nie mamy choinki ani prezentów, ale idziemy do kościoła. Przygotowujemy kurczaka albo jagnięcinę dla całej rodziny i wspólnie jemy. W zasadzie to tyle. Wszystko kręci się wokół jedzenia. Podczas świąt stawiamy jeden ogromny talerz, na którym są różne dania i cała rodzina dzieli się tym, co się na nim znajduje. Jemy rękoma. Dla wielu osób w Polsce to szokujące. Wy bardziej cenicie sobie przestrzeń osobistą, my żyjemy bardzo w grupie. 

 

Czy masz możliwość połączenia się z rodziną np. na wideorozmowę, żeby być podczas świętowania bliżej nich?  

Teraz sytuacja z internetem wygląda odrobinę lepiej, bo moja rodzina w końcu ma Wi-Fi. Wcześniej, musiałam do nich dzwonić na numer komórkowy albo musieli wkładać do telefonu specjalną kartę z internetem i wtedy oni dzwonili do mnie. Internet jest bardzo drogi w Etiopii. Nie można go używać cały czas. Próbujemy przynajmniej zadzwonić do siebie, żeby złożyć sobie życzenia.  

Kilka razy zdarzyło się, że w Polsce dostałam zaproszenie na święta np. do domów moich uczniów. Muszę ci powiedzieć, że podobnie jak Etiopczycy, jesteście bardzo gościnni. Babcie i dziadkowie namawiali mnie do jedzenia, więc czułam się jak w domu! I nawet nie pytaj, ile zjadłam pierogów. To bardzo kochane.  

Prowadzisz na Instagramie talk-show @mindopiatalks. Jak to się zaczęło? 

Zaczęliśmy Mindopia Talks z powodu pandemii. Wszyscy potrzebowali wtedy wsparcia. Zamknięcie w domach okazało się bardzo trudne. Na początku to były zwykłe rozmowy. Włączaliśmy transmisję na Instagramie i razem z Gothamem z Indii odpowiadaliśmy na przypadkowe pytania. Ja skończyłam architekturę, mam też podłoże z life-coachingu. W pewnym momencie zapytaliśmy obserwatorów, jakie tematy chcieliby poruszyć i okazało się, że wiele osób potrzebuje rozmowy na temat zdrowia psychicznego. Od tamtej pory w każdą niedzielę o 11:30 kontynuujemy tradycję tych dyskusji. Chcielibyśmy dotrzeć do jak najszerszej publiczności.  

 

Jak to jest żyć w obcym kraju w czasie pandemii? 

Strasznie. Jeśli żyjesz za granicą, to przeraża cię, że nie ma obok ciebie nikogo bliskiego. Budziłam się w nocy z powodu koszmarów. Bałam się o rodzinę, bałam się o siebie. Myślę, że wiele osób miało podobne odczucia. Dlatego ważna jest rozmowa o zdrowiu psychicznym. Teraz kiedy mam partnera, który się mną opiekuje, jest o wiele łatwiej. Jest dla mnie największym wsparciem.  

To ostatnie pytanie: myślisz, że zostaniesz w Polsce? 

Czas pokaże. Przed pandemią powiedziałabym, że wyprowadzę się do Włoch i będę podróżować po Europie. Teraz chcę tylko spokoju i bezpieczeństwa.   

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Pochodzi z Etiopii i uczy w polskiej szkole. "Tu wszystko jest łatwiejsze"
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl