Z Indonezji do Polski. "Urodziłam się jako muzułmanka. Nie wiedziałam, że mam wybór"

Cztery lata temu pochodząca z Indonezji Emi przyleciała do Polski po raz pierwszy. Brała udział w wymianie studenckiej, podczas której przez siedem miesięcy uczyła angielskiego w szkole w Domaszkowie. Jak wspomina, już na lotnisku doświadczyła polskiej gościnności. Potem wracała tu jeszcze kilka razy i pomimo próśb rodziców, aby ułożyć sobie życie w Indonezji, mieszka w Warszawie. A wkrótce dołączy do niej jej mąż.

Żony, matki, przyjaciółki, sąsiadki, ale przede wszystkim kobiety. Wyruszyły w drogę, aby w obcym kraju zbudować swój dom od nowa. Klaudia Kolasa rozmawia z cudzoziemkami o tym, jak wygląda ich życie w Polsce, co pomimo wychowania w różnych kulturach nas łączy, a co dzieli. Kolejne teksty z cyklu "Rozmowy bez granic" publikowane są w środę co dwa tygodnie o godzinie 20.

Klaudia Kolasa, kobieta.gazeta.pl: Kiedy w 2019 tsunami uderzyło w Indonezję, wróciłaś tam, żeby być z rodziną i już wtedy rodzice namawiali cię, żebyś tam ułożyła sobie życie. Zostałaś prawie rok, ale jednak spotykamy się dziś w Warszawie. Dlaczego? 

Emi Audina: Tam wszystko wydało mi się inne, nie potrafiłam się odnaleźć. Czułam, że Warszawa jest moim nowym domem. Tu miałam przyjaciół i nowe życie, a co najważniejsze, w Polsce odkryłam siebie. 

Co to oznacza? 

Dzięki temu, że wyjechałam z Indonezji, odkryłam to, czego naprawdę chcę w życiu. Przykładowo, na kilka miesięcy zrezygnowałam z noszenia hidżabu. Urodziłam się jako muzułmanka i byłam wychowana w ten sposób, nie wiedziałam, że mam wybór. W Indonezji nigdy o tym nie myślałam. Wszystkie kobiety go nosiły, więc nosiłam i ja. Dzięki temu, że Polska jest zupełnie inna pod względem kulturowym i religijnym, odkryłam, kim chcę być.  

 

Dziś jednak masz na sobie hidżab. Zmieniłaś zdanie? 

W Polsce spotkałam przyjaciół pochodzących z różnych środowisk i kultur. Ta wielokulturowość sprawiła, że zaczęłam myśleć o własnej tożsamości. Dlaczego zachowuję się w konkretny sposób? Dlaczego taka jest moja religia? Zrozumiałam, co jest bliskie mojemu sercu. Znów go noszę. Nie dlatego że muszę, a dlatego że chcę. Czasem ludzie w Polsce są tym zszokowani. Zdarzało się, że mówili, żebym wracała do siebie albo że jestem terrorystką. Nie przejmuję się tym. 

Nasze kultury i tradycje z pewnością się różnią. Czy coś cię zaskoczyło po przeprowadzce do Polski? 

W Polsce ciągle się gdzieś spieszycie, robicie wszystko szybko. Zawsze jesteście punktualni. W Indonezji, jeśli umawiasz się z kimś o 17:00, musisz liczyć się z tym, że przyjdzie o wiele później. Naprawdę szanujecie cudzy czas. Zauważyłam też, że jako naród jesteście bardzo serdeczni. Jedyne, co sprawiło mi trudności, to umawianie się na randki z Polakami.  

Dlaczego? 

W kulturach azjatyckich kobiety uwielbiają mężczyzn, którzy są ciepli i troskliwi. Takich, którzy nie widzą świata poza swoją kobietą, rozpieszczają ją. Polacy wydają się chłodni. Ciągle pracują. Kiedy rozmawiałam z koleżankami, powiedziały mi, że u was to normalne. Kobiety chcą mieć więcej przestrzeni i spędzać czas oddzielnie. My wolimy robić wszystko razem. 

Ale randkowanie masz już za sobą? Widziałam zdjęcia z twojego ślubu.  

Tak, od grudnia jestem mężatką. Wróciłam do Indonezji, żeby wyjść za swojego kolegę. Znamy się od 2015 roku. Od tamtej pory utrzymywaliśmy kontakt na odległość, ale na początku 2021 roku zaczął się bardziej starać. Dużo rozmawialiśmy i w końcu zdecydowaliśmy, że możemy pójść o krok dalej, bo mamy wiele wspólnego.  

Dopóki się uczyłam, moi rodzice nie mieli problemu z tym, że mieszkam w Polsce. Jednak z czasem zaczęło im to przeszkadzać. Myśleli, że wrócę. Wiesz, jacy są rodzice. Ja zawsze byłam bardzo posłusznym dzieckiem. Przestrzegałam wszystkich nakazów i zakazów. Teraz jestem inna. Dla nich to szok. Nie chcieli, żebym pracowała. Kiedy wróciłam do Indonezji w 2019 roku, spędziłam tam dziewięć miesięcy, bo ojciec zabrał mi paszport. Próbowali mnie przekonać, żebym nie wyjeżdżała. W końcu zdali sobie sprawę z tego, że niewiele zdziałają i mnie puścili, ale jednym z warunków było to, że wyjdę za mąż. "Jeśli chcesz żyć za granicą, przynajmniej znajdź kogoś, kto będzie się tobą opiekował" - mówili. Dlatego przyjęłam oświadczyny. 

 

Twój mąż zgodził się na to, żebyście żyli w Warszawie? 

Odbyliśmy poważną rozmowę na ten temat. Powiedziałam mu, że nie mogę wrócić. Że może nie wrócę nawet za 10 lat, więc jeśli chce być ze mną, musi porzucić swoje życie i przeprowadzić się do Polski. Zgodził się. 

Z Etiopii do PolskiPochodzi z Etiopii i uczy w polskiej szkole. "Tu wszystko jest łatwiejsze"

Już się przeprowadził? 

Nie. Jesteśmy w trakcie załatwiania wizy i innych formalności. 

Nie boisz się tego, jak zmieni się twoja rzeczywistość, gdy zamieszkacie razem? 

Mam 27 lat. Wszyscy moi znajomi są zaskoczeni, że wzięłam ślub tak młodo, ale w Indonezji to późno. Już prawie zostałam starą panną. Kultura wciąż jest konserwatywna. Kobiety zwykle zakładają rodzinę, mając 23 lata.  

Jeszcze jakiś czas temu nie byłam przekonana do tego, czy chcę wyjść za mąż. Wiedziałam, że wszystko będzie inaczej, ale moja mama i tata mnie ponaglali. Mój mąż to dobry chłopak. Myślałam o tym, czego więcej mogłabym szukać w partnerze, gdybym odrzuciła oświadczyny i uznałam, że tak będzie najlepiej. Strach przyszedł kilka miesięcy przed weselem.  

"Co ja do cholery robię? Czy to na pewno dobra decyzja?". Mówię sobie, że niewiele mam do stracenia. Nie szalałam ze szczęścia na myśl o weselu, nie szalałam z miłości. Było mi dobrze samej. Teraz na pewno wszystko się zmieni. Powiedziałam mojemu mężowi, że musimy oboje się starać, aby osiągnąć sukces. Ja nie jestem już taka, jaką mnie znał, gdy byliśmy przyjaciółmi. Obiecał, że będzie cierpliwy. Jak na razie nie przeszkadza mu mój upór. 

 

Jak się poznaliście? 

To był 2015 rok. Uczyliśmy się na tym samym uniwersytecie. Ostatni raz widziałam go w 2016 roku, ale czasem pisaliśmy na Instagramie. Od 2021 roku bardziej intensywnie. Kiedy przyleciałam do Indonezji, zorganizowaliśmy spotkanie naszych rodzin i wszystko ustaliliśmy. W naszej kulturze mężczyzna podczas oświadczyn przynosi dziewczynie upominki: głównie ubrania i naszyjnik czy kolczyki. Zwykle bardzo drogie. Czasem też paczkę kosmetyków do pielęgnacji, buty, ręczniki. Rzeczy, których będzie potrzebowała w przyszłym życiu z nim. 

My zaręczyliśmy się przez internet. Byłam wtedy w Polsce. On przyszedł do moich rodziców - bo u nas to sprawa między nim a moją rodziną - powiedział im, że chce, żebym została jego żoną. Wyznaczyli datę ślubu. No i zostawił upominki. Kupił mi wszystko od stóp do głów. Zabrałam to ze sobą do Polski. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak ciężki był mój bagaż. 

 

Rozumiem, że nie było cię na miejscu, kiedy trwały przygotowania do wesela. Kto się wszystkim zajął? 

Moi rodzice sporo zrobili, ale najbardziej zaangażował się mój mąż. Dzwonił do mnie i razem ustalaliśmy szczegóły. To była praca zespołowa i wszystko poszło zgodnie z planem. Impreza trwała jeden dzień i brało w niej udział trzy tysiące osób. To było 11 grudnia. 

Na pewno dobrze usłyszałam? Trzy tysiące? 

Tak. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy nawet czasu, żeby zjeść czy pójść do łazienki. Cały czas ktoś chciał z nami rozmawiać.  

 

Mieliście choć trochę czasu dla siebie, zanim wróciłaś do Polski? 

Spędziliśmy razem trzy tygodnie. Trudno było się rozstać. Pierwszy raz zdarzyło mi się płakać w dniu wylotu. Przyzwyczaiłam się do naszych wspólnych dni. 

W Warszawie uczysz angielskiego w szkole podstawowej. Jak pracuje ci się z dziećmi? 

Wspaniale. Ta praca jest dla mnie jak terapia. Dzieci są takie urocze, prawią komplementy. Oczywiście muszę być bardzo cierpliwa, bo zadają dużo pytań i ciężko jest im wytrzymać pięć minut w ciszy, ale bardzo to lubię. Uczyłam też na uniwersytecie i praca z dziećmi bardzo różni się od pracy ze studentami. 

Pytają cię czasem o twoje pochodzenie? 

O tak! W szkole, w której pracuję, jest wielu zagranicznych nauczycieli. Czasem prowadzimy warsztaty kulturowe, opowiadamy o tym, skąd pochodzimy. Pokazujemy pamiątki z naszych rodzinnych stron, opowiadamy o tradycjach. Dzieci zawsze się tym ekscytują. Pytają mnie o ubiór, jedzenie, uczę ich piosenek w języku bahasa. Zaskakująco szybko je łapią. 

Po pracy piszesz wiersze.  

Kiedy byłam w liceum, wzięłam udział w swoim pierwszym konkursie poetyckim. Pisałam wtedy w swoim języku i od tego wszystko się zaczęło. Moja nauczycielka literatury była dla mnie ogromną motywacją. To ona wysyłała mnie na wszystkie konkursy. Poezja była lekarstwem na moje nastoletnie uczucia i złamane serce. Później w Polsce zaczęłam coraz śmielej publikować treści w mediach społecznościowych. Najpierw krótkie filmiki na TikToka i Youtube’a, a później odważyłam się pokazać swoje wiersze. Ludziom się spodobały. Wkrótce wydam swój pierwszy tomik. To miał być mój urodzinowy prezent, ale przez przygotowania do ślubu wszystko się przedłużyło. 

O czym są? 

Utracona miłość, nieodwzajemnione uczucia. Ostatnio piszę też o ludziach dookoła mnie i ich emocjach. Czasem w trakcie pracy coś zauważam i notuję to sobie w telefonie. A potem wracam do domu i siadam do pisania. 

Lubisz żyć w Polsce? 

Wspaniale jest żyć gdzieś, gdzie ludzie cię nie znają. Uwielbiam Warszawę i jej architekturę. Bycie cudzoziemką to uzależniające uczucie. 

Cao Yang studiowała polonistykę w ChinachW Chinach uczyła się o Polsce, teraz tu mieszka. "Byliśmy pod wrażeniem"

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Z Indonezji do Polski. "Urodziłam się jako muzułmanka. Nie wiedziałam, że mam wybór"
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl