Przypadek czy morderstwo? W tej historii nic nie jest jasne. W roli głównej schody

9 grudnia 2001 roku o 2:40 w nocy Michael Peterson zadzwonił pod numer alarmowy 911, żeby zgłosić wypadek. Jego żona Kathleen spadła ze schodów, jednak wciąż oddychała. Sanitariusze po przyjeździe stwierdzili zgon. Policjanci, którzy przybyli na miejsce od początku przeczuwali, że to nie był wypadek.

Więcej kryminalnych historii przeczytacie na Gazeta.pl

Sytuacja dzieje się w Durham w Północnej Karolinie. Pisarz Michael Peterson wspólnie z żoną w nocy siedział przy basenie i popijał wino. Kathleen wróciła do domu wcześniej. Kiedy Michael postanowił do niej dołączyć, dostrzegł ukochaną leżącą w kałuży krwi u podnóża schodów prowadzących na poddasze. Zadzwonił po pomoc, ale było już za późno. Przybyli na miejsce sanitariusze stwierdzili zgon. Policja i prokurator byli wstrząśnięci tym, co zobaczyli. Krew była wszędzie, nie tylko na podłodze, ale również ścianach. To sprawiło, że większość nie postrzegała tego jako wypadku, ale, morderstwa. Michael Peterson stał się głównym podejrzanym, a dom jego Kathleen został miejscem zbrodni.

Zobacz wideo

Ten proces zmienił wszystko 

Zanim wrócimy do całej historii, przypomnijmy, że procesy w Stanach Zjednoczonych często wyglądają jak "show" i niewiele mają wspólnego z tym, co np. widzimy w sądach w naszym kraju. Choć oczywiście na sali jest sędzia, to jednak dużo większą rolę odgrywa ława przysięgłych, która ostatecznie odczytuje wyrok. Prokuratorzy i obrońcy próbują jak najbardziej wpłynąć podczas rozpraw, na ławników, próbując przekonać ich do niewinności lub winy oskarżonego. Oni często na podstawie własnych przekonań, czy doświadczeń dokonują osądu. Czy jest to słuszne? Biorąc pod uwagę, ile osób w Stanach Zjednoczonych zostało niesłusznie skazanych, można by nad tym dywagować. 

Wróćmy jednak do sprawy Michaela Petersona. Dla jego rodziny proces wydaje się czystą formalnością, w końcu był on kochającym mężem i ojcem. Według nich nie mógł zabić. Miał nieskazitelną opinię, był szanowany w społeczeństwie. Natomiast prokuratora, choć nie miała żadnych dowodów, była przekonana o jego winie. Ich jedynym sposobem na to, by skazać Petersona, było przekonanie ławy przysięgłych o tym, że jest on po prostu złym człowiekiem bez skrupułów. 

W programie 997 inscenizował scenę zbrodni, którą sam popełniłW programie 997 inscenizował scenę zbrodni, którą sam popełnił. Wpadł po latach

Nie taki nieskazitelny jak się wydawało 

Podczas procesu wyszły na jaw tajemnice Michaela Petersona. W jego domu znaleziono zdjęcia nagich mężczyzn. Później okazało się również, że pisarz umawiał się z męskimi prostytutkami i uprawiał z nimi seks. Podobno, jego żona wiedziała, że jest on biseksualny i wcale jej to nie przeszkadzało. Ławnicy jednak mieli odmienne zdanie. 

Ponadto prokuratura pogrzebała w jego przeszłości i znalazła coś bardzo interesującego. Kilka lat wcześniej, żona jego przyjaciela zmarła na skutek upadku ze schodów. Cóż, dość dziwny zbieg okoliczności? Początkowo uznano to za wypadek, jednak autopsja dokonana na potrzeby obecnego procesu poddała te ustalenia w wątpliwość. Na korzyść Michaela Petersona działa to, że zaadoptował on osierocone dzieci, które swoją drogą przez cały proces stały za nim murem. Nie wiadomo jednak, czy nie zrobił tego np. z powodu wyrzutów sumienia. 

Werdykt zmienił jego życie 

Autopsja wykonana podczas śledztwa wykazała, że Kathleen przed śmiercią została pobita. Zaprezentowano również opinię, że takie obrażenia, czy chociażby krew, która była dosłownie wszędzie, nie mogą być efektem upadku ze schodów. Oczywiście w procesie wypowiadali się również specjaliści, którzy mieli zupełnie odmienne zdanie. Nadszedł jednak czas werdyktu. 

Proces trwał 10 lat, przez ten czas zbadano najróżniejsze dowody i ślady. Przeanalizowano życie  Michaela Petersona. Kiedy nadszedł czas werdyktu, ława przysięgłych debatowała przez 10 dni. Po tym czasie osiągnęli jednomyślność i ogłosili, że Michael Peterson jest winny morderstwa z premedytacją i skazano go na dożywotnie więzienie.

Rodzina oskarżonego nie mogła w to uwierzyć. Jak to jest możliwe, że ławnicy wydali taki wyrok, skoro nie stwierdzono u kobiety pęknięcia czaszki? Co stało się we wszystkich niemal 300 sprawach o pobicie, które przeanalizowała obrona. Co w takim razie zadecydowało o wyroku? Emocje? Wyniki autopsji wskazujące na pobicie? Tego tak naprawdę nigdy się nie dowiemy.

Michael Peterson pewny swojej niewinności próbował odwoływać się od wyroku, jednak bezskutecznie. Jedyną jego nadzieję był jakiś przełom w sprawie w postaci np. nowych faktów czy dowodów, które by pozwoliły na wznowienie procesu. 

Obrona wysnuła nawet taką tezę, że winna całej sytuacji jest... sowa, która miała zaatakować kobietę. Teoria ta powstała, po tym gdy na jej ubraniu odnaleziono pióro tego ptaka. Próbowano dowodzić, że sowa zaatakowała kobietę, kiedy ta była na zewnątrz. Przestraszona uciekła do domu, potknęła się i upadła ze schodów. Śledczy jednak nie uwierzyli w tę historię. Sprawa wydawała się ostatecznie przegrana. 

Śledził, pisał listy, a później zamordował. Miss Polski zginęła od czterech ciosów nożem (zdjęcie ilustracyjne)Pisał listy, a później zamordował. Miss Polski zginęła od czterech ciosów nożem

Do Michaela Petersona uśmiechnęło się jednak szczęście 

W 2011 roku jeden z najważniejszych w sprawie biegłych został zwolniony z pracy w biurze śledczym. Przyczyną było poświadczenie nieprawdy w jednym z wcześniejszych procesów. I to była szansa dla Michaela Petersona. Dowiedziono wtedy, że nierzetelność eksperta doprowadziła bowiem do niesłusznego skazania innego mężczyzny, który swoją drogą został ostatecznie zwolniony z więzienia po 17 latach spędzonych za kratkami. 

Obrońcy Michaela Petersona zagłębili się w temat, tym samym udowadniając, że w toku analizy dokumentacji niektóre z wykonanych badań nie zostały uwzględnione w końcowym raporcie. Jak wtedy uważali, celowo. 

Adwokaci zażądali wznowienia procesu ze względu na nowe okoliczności. Udowodnili, że prokuratorzy opierali swoje oskarżenie głównie na tej wadliwej ekspertyzie. Świadczy o tym fakt, że tej analizie poświęcili 40 proc. mowy końcowej. Sąd przyznał rację obrońcom, co doprowadziło do otwarcia procesu na nowo. Nie oznaczało to jednak, że Michael Peterson jest niewinny. W nowym procesie zmieniono jedynie kwalifikację czynu z morderstwa z premedytacją na zabójstwo pod wpływem emocji. Dzięki temu Michael Peterson po odsiedzeniu ośmiu lat i wpłaceniu 300 tys. dolarów mógł opuścić więzienie. Tym samym trafił do aresztu domowego. 

Michael Peterson ostatecznie na wolności, ale czy rzeczywiście nie zabił? 

Przez kolejnych kilka lat Michael Peterson próbował udowodnić swoją niewinność, ale to się nie stało. Ostatecznie pisarz poszedł na współpracę z prokuraturą. Skorzystał z niespotykanej u nas instytucji, zwanej w USA Alford plea. Jest to oświadczenie oskarżonego, który nie przyznaje się do winy, jednakże stwierdza, że dowody zgromadzone przez oskarżycieli mogą wystarczyć do skazania. Maksymalny wymiar kary przy skorzystaniu z tego dobrodziejstwa to 86 miesięcy. Jako że Michael Peterson spędził w więzieniu znacznie więcej czasu, został natychmiast zwolniony z aresztu domowego. Koszmar Michaela Petersona i jego rodziny w końcu się skończył. Pozostaje jednak pytanie, czy mężczyzna rzeczywiście zabił swoją żonę Kathleen, czy był to nieszczęśliwy wypadek? Tego się nie dowiemy. 

Jeśli zaciekawiła was ta historia, możecie obejrzeć serial dokumentalny "Schody", który dostępny jest na Netflixie. Zza oceanu dobiegają również głosy, że na podstawie tej historii powstanie serial w serwisie HBO Max.

Więcej o: