Ciche ofiary wojny. Niektóre w fatalnym stanie. "Bez pomocy nie miałyby szansy na to, żeby żyć"

Rosyjskie wojska wciąż bezlitośnie ostrzeliwują cywilne obiekty w Ukrainie: bloki mieszkalne, a nawet całe osiedla, szkoły, szpitale. W bombardowaniach giną dorośli i dzieci. Cichymi ofiarami wojny są również zwierzęta. Choć niestety nie uda się uratować wszystkich, organizacje i fundacje prozwierzęce robią, co mogą, by zabrać ich z Ukrainy jak najwięcej. Udało się m.in. ewakuować azyl, w którym mieszkało ponad 100 kotów.

Więcej informacji o wojnie w Ukrainie znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl.

Fundacja JOKOT zajmuje się poszukiwaniem domów dla bezdomnych kotów oraz sterylizacją kotów wolnożyjących. Nie pozostała obojętna wobec cierpienia zwierząt, które mieszkają w ogarniętej wojną Ukrainie. - W pierwszej turze przyjęliśmy 10 kotów, z czego dwa były właścicielskie i formalnie znajdowały się pod naszą pieczą, ale trafiły do hoteliku, który zgodził się nieodpłatnie pomóc zwierzakom z Ukrainy. Te dwa wróciły już do swojej opiekunki. W drugiej turze przyjechało 19 kotów. Po tym transporcie mieliśmy nie przyjmować więcej, ale w weekend [12-13 marca - przyp. red.] przyjechały kolejne cztery - mówi w rozmowie z nami prezeska fundacji Joanna Popko.

Wszystkie koty z pierwszego i drugiego transportu (poza właścicielską dwójką) zostały zabrane z nieoficjalnego azylu, który stworzyła na swoim podwórku jedna z mieszkanek Wołynia. - Pani przez lata zgarniała do siebie koty z ulicy. Miała ich tam około setki. Udało się ten azyl ewakuować w całości. Część kotów trafiła do nas, a część do innych organizacji - tłumaczy Joanna Popko.

Do fundacji zgłaszają się osoby, które nie wiedzą, co zrobić z kotami zabranymi z Ukrainy. - Odzywają się do nas osoby prywatne, z Polski. Pierwszą osobą, która się z nami skontaktowała i była motorem napędowym całej akcji, była mieszkająca w Polsce Ukrainka - opowiada prezeska JOKOT-a.

Koty, które przyjechały do fundacji, są czipowane, żeby można je było jednoznacznie zidentyfikować. Każdy z nich trafia też na kwarantannę i jest szczepiony przeciwko wściekliźnie oraz innym chorobom zakaźnym. Zwierzęta muszą być też odrobaczone i odpchlone. - Oczywiście nie wszystko na raz - podkreśla Popko.

Tak wygląda procedura przy każdym kocie. O tym, co dalej, decyduje stan danego zwierzęcia. A ten u większości kotów nie jest dobry. - Poza dwoma zwierzakami, cała reszta jest w niepokojącym stanie. Część z nich będzie wymagała operacji. Dwa na pewno będą miały usuwane po jednym oku. Jeden musi mieć amputowaną łapę - jest bardzo źle zrośnięta, a kot się na tej łapie opiera i robi się martwica. Podejrzewamy, że jeden z kotów ma nowotwór i jeżeli w ogóle będzie możliwość, żeby z tym walczyć, to niestety trzeba mu będzie obciąć małżowiny uszne - wymienia ze smutkiem prezeska fundacji. Ponadto wszystkie koty, które nie są wysterylizowane i wykastrowane, przejdą te zabiegi na miejscu. Fundacja jako priorytet traktuje też zrobienie badań krwi wszystkim dorosłym zwierzętom.

JOKOT na razie nie planuje przyjmować kolejnych kotów. - Bardzo poważnie traktujemy kwestie bezpieczeństwa zarówno ludzi, jak i kotów z Ukrainy oraz tych, które już wcześniej były pod naszą opieką. Koty izolowane są w osobnym pomieszczeniu, wdrożone zostały specjalne procedury, żeby nikomu nic się nie stało, a do opieki nad tymi zwierzętami zostały oddelegowane konkretne osoby. Kwarantanna będzie trwać 15 dni - mówi prezeska.

Po upływie tego czasu, fundacja będzie starała się rozmieścić koty w innych miejscach, ale prawdopodobnie nie uda się od razu całkowicie zwolnić zajmowanego przez nie pomieszczenia. - Przyjmowanie kolejnej tury wiązałoby się z tym, że znowu naszym zwierzakom musimy odebrać któreś z pomieszczeń. Musielibyśmy więc wydać do adopcji przede wszystkim zwierzęta, które mieliśmy pod opieką wcześniej i które już są do niej gotowe - tłumaczy Popko.

Zobacz wideo O czym powinniśmy pamiętać, pomagając uchodźcom? Ekspertka wyjaśnia

Pomoc zwierzętom z Ukrainy niesie też Fundacja dla szczeniąt Judyta. Ta sama, która kilka lat temu zaopiekowała się pobitym szczeniakiem Fijo, którego sprawą żyła cała Polska. - Do tej pory przyjęliśmy 94 psy z Ukrainy - mówi Sylwia Polczyńska, która jest koordynatorką w fundacji. 

Część zwierząt jest z prywatnego schroniska (w Ukrainie nie ma schronisk państwowych), a część bezdomna. - Znalazły się u nas również psiaki z pseudohodowli, gdzie o pomoc w przetransportowaniu zwierząt do Polski poprosiła sama właścicielka tego miejsca, bo nie miała czym ich karmić. Są w fatalnej kondycji, bardzo chore, ale niestety tak jest w pseudohodowlach, również w Polsce, więc ich stan nie jest dla nas zaskoczeniem - mówi przedstawicielka fundacji.

Jest wiele psów z bardzo poważnymi urazami. - W najgorszym stanie są 34 psy. Niepełnosprawne, z połamanymi kręgosłupami, złamaniami i deformacjami kończyn lub poobcinanymi kończynami. Na pewno wymagają specjalistycznego leczenia. Bez pomocy nie miałyby najmniejszej szansy na to, żeby żyć - dodaje.

Przedstawiciele Fundacji dla szczeniąt Judyta, podobnie jak JOKOT, nie jeżdżą osobiście po zwierzęta do Ukrainy. - Jesteśmy w kontakcie z dwiema organizacjami, z których jedna przekracza granicę, a druga organizuje transporty na miejscu. Czekamy na informację, jakie psiaki mają szansę przyjechać i odpowiadamy na potrzeby, wysyłając transport, aby je do siebie przywieźć. Wspieramy również, wysyłając dary - wyjaśnia Polczyńska.

Psy, tak samo jak wspominane wcześniej koty, przechodzą kwarantannę w całkowitej izolacji. - Przede wszystkim musimy zająć się szczepieniami w przypadku zwierząt, które nie mają udokumentowanego szczepienia przeciwko wściekliźnie, a trudno wymagać, żeby zwierzęta bezdomne taki dokument posiadały - zaznacza koordynatorka i zapewnia, że fundacja jest w stałym kontakcie z Powiatowym Inspektoratem Weterynarii. - Zwierzęta są zarejestrowane, zgłoszone, mieliśmy również kontrolę z PIW. Poza tym oczywiście psiakom na bieżąco jest udzielana pomoc weterynaryjna.

Jak można pomóc? 

Joanna Popko z JOKOT-a przyznaje, że fundacja dostaje dużo wiadomości od osób, które chcą adoptować kota, "ale koniecznie z Ukrainy". - Z jednej strony chciałabym, żeby wszystkie te zwierzaki znalazły dobre, odpowiedzialne i kochające domy stałe. Jednak tych kotów nie będziemy wydawać teraz. Najpierw muszą skończyć kwarantannę i przejść niezbędne procedury medyczne oraz leczenie. Na razie więc nie ogłaszamy żadnych adopcji czy poszukiwania domów tymczasowych - tłumaczy.

Fundacja apeluje jednak, aby ludzie adoptowali koty, ale z Polski, które już są gotowe, aby trafić do nowego domu. - Są wyleczone, zsocjalizowane. Dzięki temu my będziemy mogli poświęcić więcej czasu kotom z Ukrainy i doprowadzić je do dobrostanu - zapewnia.

Z takim samym apelem zwraca się do zainteresowanych Fundacja Judyta. - Już na samym początku, gdy zapadła decyzja, że chcemy pomóc psom z Ukrainy, poprosiliśmy ludzi, by adoptowali zwierzęta gotowe do opuszczenia fundacji i zrobili dzięki temu miejsce dla ukraińskich - mówi Sylwia Polczyńska. Koordynatorka, podobnie jak prezeska fundacji JOKOT, podkreśla, że są to już zwierzęta zsocjalizowane, znane pod względem charakteru, mają komplet szczepień i przeszły leczenie. 

- Wtedy możemy odpowiednio dopasować psa do osoby, która chce go adoptować. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, pomijając nawet kwestie epidemiologiczne, które są absolutnym priorytetem, aby przekazać komuś psa skrzywdzonego, który ma za sobą bezdomność i inne traumy. Nie można wydawać zwierząt, o których się nic nie wie. To prosty przepis na katastrofę. Dlatego proponujemy trochę pohamować odruch serca i podejść do sprawy racjonalnie. Adopcja to poważna decyzja, która zmienia wszystko. Trzeba być świadomym swoich możliwości, umiejętności i warunków, które można zaoferować zwierzęciu - zaznacza stanowczo.

Ukrainki z Polski mówią o sytuacji swoich bliskich. 'Cały czas słychać strzały'Jak nie rozmawiać z uchodźcami? "Nie dopytujmy o szczegóły przebiegu zdarzeń"

Potrzeb w obu fundacjach jest jednak zdecydowanie więcej. - Druga rzecz, która jest zawsze potrzebna, to pieniądze. Najłatwiej przekazać je w formie darowizny na cele statutowe na numer konta, który jest podany na naszej stronie. Po pierwsze takie pieniądze mamy na koncie od razu, a po drugie możemy najbardziej elastycznie zareagować na potrzeby - wyjaśnia Joanna Popko z JOKOT-a. Osoby, które wolą przekazać dary rzeczowe, mogą kupić dobrej jakości karmę suchą lub mokrą. - To koty, które już są po przejściach. Pani, która się nimi zajmowała, z pewnością robiła, co mogła, ale miała ich ponad setkę, więc na pewno nie jadły luksusowo. Poza karmą bardzo potrzebny jest żwirek. My używamy przede wszystkim drobnego, zbrylającego. 

Na fundację można też przekazać 1 procent podatku. - To cenne wsparcie. Aczkolwiek trzeba pamiętać, że 1 procent rozliczony teraz, trafi na nasze konto w sierpniu. Jeżeli potrzebujemy czegoś dziś, to z 1 procenta tego nie kupimy, choć dzięki takim odliczeniom od podatku będziemy mieli jesienią łatwość w dalszych działaniach. Jest to bardzo ważny sposób przekazywania fundacji środków i bardzo go doceniamy. Ponadto nie obciąża w dodatkowy sposób podatnika - podkreśla Popko.

Sylwia Polczyńska z Fundacji Judyta wśród najpotrzebniejszych rzeczy wymienia z kolei: środki dezynfekcyjne dla zwierząt na kwarantannie, rękawiczki ochronne, które szybko się kończą, bo do obsługi każdego psa zakładana jest nowa para, jednorazowe fartuchy, specjalistyczną karmę, transportery, podkłady higieniczne oraz co najmniej dwumetrowe smycze. Dary można przywozić lub przelewać środki pieniężne, w tym również 1 procent. Dane znajdują się na oficjalnej stronie fundacji.

Wojna w Ukrainie. Jak pomagać najbardziej potrzebującym?Wojna w Ukrainie. Jak pomagać najbardziej potrzebującym? Oto najważniejsze informacje

Misja ratunkowa polskich zoo

Z Ukrainy ratowane są nie tylko zwierzęta domowe. Dramat przeżywają również zwierzęta egzotyczne, które znajdują się w azylach czy w zoo. Na ratunek ruszyły więc polskie ogrody zoologiczne.

- W pierwszym transporcie, który udało nam się odebrać na granicy, ponieważ nie był organizowany przez nas, przyjechały do nas cztery lwy, sześć tygrysów, dwa karakale i jeden likaon. Kolejnym transportem przyjechały trzy lwy - wylicza Małgorzata Chodyła, rzeczniczka prasowa zoo w Poznaniu.

Nie są to jednak zwierzęta z ogrodów zoologicznych, a z azylu, który znajduje się na przedmieściach Kijowa. Prowadzi go fundacja Save Wild Fund, której właścicielką i prezeską jest Natalia Popova. Mieszkają tam zarówno zwierzęta egzotyczne, jak i m.in.: konie, łosie, jenoty, jeże, psy i koty. - Popova już kilka miesięcy temu wszczęła procedurę, aby przekazać tygrysy i lwy do właściwych miejsc, czyli azylów w Belgii i w Hiszpanii. Zwierzęta były czipowane, miały wystawiane świadectwa zdrowia. Niestety wojna przerwała przygotowania - opisuje rzeczniczka.

Azyl w Belgii zwrócił się więc do dyrektorki poznańskiego zoo, Ewy Zgrabczyńskiej, o pomoc w tych ekstremalnych warunkach. Zaczął się wyścig z czasem, trzeba było poruszyć urzędniczą machinę. - Kontaktowaliśmy się z Głównym Inspektoratem Weterynarii oraz z Ministerstwem Finansów, które nadzoruje służbę celną. Udało się namówić służby, aby przepuścić przez granicę również transport zwierząt egzotycznych, choć początkowo takie transporty miały nie być organizowane - tłumaczy Chodyła.

Rzeczniczka wyjaśnia, że GIW wprowadził ułatwienia na polskiej granicy dotyczące zwierząt domowych, aby ludzie uciekający przed wojną mogli zabrać je ze sobą. - My zgłosiliśmy się jednak nie dość, że ze zwierzętami egzotycznymi, to także z gatunkami, które objęte są ochroną CITES [czyli zagrożone wyginięciem - przyp. red.]. W tym przypadku konieczne są nie tylko procedury weterynaryjne, lecz także związane z tym, że są to gatunki chronione. Było to karkołomne zadanie. Urzędy ukraińskie nie działają albo pracują w bardzo ograniczonym zakresie, więc nie jest możliwe przygotowanie całej potrzebnej dokumentacji. Musieliśmy wykonać setki telefonów, by przekonać urzędników. Uzyskiwaliśmy zgodę na każdy transport indywidualnie - mówi przedstawicielka ogrodu zoologicznego w Poznaniu.

2 marca na stronie Krajowej Administracji Skarbowej został opublikowany komunikat o uproszczonej procedurze przywozu z Ukrainy do Polski zwierząt, które są zagrożone wyginięciem. O transporcie zwierząt należy powiadomić z wyprzedzeniem Służbę Celno-Skarbową, Straż Graniczną i inspekcję weterynaryjną.

W przypadku przywozu gatunków bez zezwoleń CITES, funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej spisują informacje o przewożonym okazie, dane osoby przewożącej i informacje o miejscu docelowym pobytu w UE. Wszystkie inne formalności zostaną przeprowadzone w późniejszym terminie

- mówi jeden z fragmentów. 

- Konieczna jest też odprawa weterynaryjna. Jeśli Główny Lekarz Weterynarii wie o konkretnym transporcie, z konkretnymi zwierzętami i dokumentami, może wydać indywidualną zgodę do każdego transportu i taką zgodę te zwierzęta miały - mówi Małgorzata Chodyła.

Obecnie zoo w Poznaniu angażuje się w organizowanie pomocy rzeczowej dla Ukrainy. Dary z pierwszej zbiórki, którą zorganizowało zoo i do której poznaniacy chętnie się przyłączyli, zostały już wysłane w głąb Ukrainy, żeby zapewnić wyżywienie dla znajdujących się tam zwierząt.

- Teraz pracujemy nad kolejnymi transportami dostaw do Natalii Popovej, którymi ona podzieli się też z innymi miejscami. Jest w kontakcie z kijowskim zoo. Dostarczamy im jedzenie dla zwierząt i ludzi oraz środki medyczne - mówi i dodaje, że bardzo palącym problemem, ale niestety niemożliwym do rozwiązania przez poznańskie zoo, jest brak prądu na miejscu, a co za tym idzie także brak ogrzewania, które jest niezbędne dla wielu zwierząt egzotycznych. 

Dlatego na ten moment najbardziej potrzebne jest dostarczenie pomocy rzeczowej. - Pomoc finansowa w obecnej sytuacji na niewiele się zda organizacjom zwierzęcym w Ukrainie. One mogą mieć pieniądze na koncie, mogą mieć gotówkę, ale nic z nią nie zrobią, nic nie kupią i żadna dostawa do nich nie dojedzie - zauważa Małgorzata Chodyła.

Pomoc zwierzętom i ludziom w Ukrainie niosą również inne ogrody zoologiczne w Polsce. Zoo w Łodzi już w pierwszych dniach wojny zorganizowało zbiórkę najpotrzebniejszych rzeczy. Wezwani do pomocy łodzianie tłumnie wsparli akcję pomocową - na fanpage'u łódzkiego zoo pojawiły się zdjęcia zgromadzonych w ciągu kilku dni rzeczy. "Masa darów! Jesteście wielcy!" - zwrócili się do mieszkańców Łodzi pracownicy zoo.

Łódzki ogród zoologiczny uruchomił też, razem z Fundacją Panda oraz zoo w Warszawie, zbiórkę pieniężną w internecie. Do akcji przyłączyło się kilkanaście ogrodów z całej Polski. Zebrane w ten sposób fundusze zostaną przeznaczone na wsparcie ukraińskich ogrodów zoologicznych. "Jesteśmy w stałym kontakcie z przedstawicielami Ogrodów i na bieżąco weryfikujemy zapotrzebowanie w poszczególnych ośrodkach" - czytamy w opisie zrzutki.

28 lutego zoo w Łodzi poinformowało, że wpłynęły pierwsze prośby od ukraińskich ogrodów zoologicznych dotyczące najpilniejszych potrzeb. Łódzkie zoo zachęcało zarówno do przynoszenia konkretnych rzeczy, jak i wpłat na internetową zbiórkę. Kilka dni później na fanpage'u opublikowane zostały zdjęcia z pierwszego transportu z pomocą humanitarną dla ukraińskich ogrodów zoologicznych. Przedstawiciele zoo w Łodzi podkreślali, że pomocy szczególnie potrzebuje rezerwat Aksania Nowa w obwodzie chersońskim, ale skutki wojny mocno odczuwają też zoo w Kijowie, Charkowie czy w Łucku. "Niestety pomoc humanitarna może na razie bezpiecznie dotrzeć tylko do Łucka i Równego. Jeśli sytuacja na to pozwoli, dary będą transportowane na wschód, w odleglejsze miejsca" - pisało zoo 3 marca.

Kilka dni później pojawił się kolejny wpis dotyczący pomocy dla Ukrainy. "Cały czas walczymy! Nasze zoo stało się głównym hubem do pomocy. Łączymy siły z ogrodami zoologicznymi w Polsce. Na pomoc Ukrainie. Dziękujemy". Warszawskie zoo również regularnie informuje o kolejnych działaniach pomocowych dla ukraińskich ogrodów zoologicznych.

"Chcielibyśmy, żeby po wojnie wszyscy razem wrócili do Ukrainy" 

Co dalej stanie się natomiast ze zwierzętami, które trafiły do poznańskiego zoo? - Sześć lwów wyjechało już do azylów w innych państwach europejskich po kilkudniowym odpoczynku. Dwa pojechały do Belgii, a cztery do AAP Primadomus w Hiszpanii, czyli do tego samego azylu, który w 2019 roku przyjął tygrysy uratowane na granicy - wyjaśnia rzeczniczka ogrodu zoologicznego w Poznaniu.

Poznańskie zoo jest już po pierwszych rozmowach z wiceprezydentem miasta dotyczących pozostawienia części zwierząt na miejscu. Nie ma jeszcze ostatecznych decyzji, trwają badania lekarskie i czipowanie. 

- Niektóre lwy wyjadą do azylu Felida prowadzonego przez organizację Four Paws, ale na pewno w Poznaniu zostanie kilka młodych tygrysów, które na razie są jeszcze w izolacji.

Bardzo byśmy chcieli, żeby dzieci uchodźców, które są w naszym mieście, mogły odwiedzać de facto swoje tygrysy i żeby mogły mieć nadzieję, że po wojnie wszyscy razem wrócą do Ukrainy.
Więcej o: