Wanda Rutkiewicz 36 lat temu weszła na K2. "Potrzebne jest mi ryzyko i poczucie niebezpieczeństwa"

"Wchodzę w góry dla gór. Wchodzę w góry dla sportu - od tego zaczęłam, więc interesują mnie rekordy. Wchodzę w góry dla ludzi, których tam spotykam - z którymi łączy mnie braterstwo liny. Wchodzę tam, ponieważ potrzebne jest mi ryzyko i poczucie niebezpieczeństwa. Ono nadaje smak życiu" - mówiła Wanda Rutkiewicz w programie "100 pytań do...". 23 czerwca 2022 minęło 36 lat, odkąd jako pierwsza kobieta na świecie weszła na K2.

Więcej historii niezwykłych kobiet przeczytasz na Gazeta.pl.

Wpisuję w wyszukiwarkę "Wanda Rutkiewicz". Algorytm podpowiada trzy pytania: "Czy ciało Wandy Rutkiewicz zostało znalezione?", "Czego dokonała Wanda Rutkiewicz?", "Jaka była Wanda Rutkiewicz?". Na te pytania nie ma szybkich i prostych odpowiedzi. Historia Wandy Rutkiewicz musi pochłonąć nas jak film drogi. To historia, w której ludzie ranią, zawodzą i przemijają, a góry wciąż są. Do samego końca.

Zobacz wideo Nepalczyk pokazał film tuż spod szczytu K2! Historyczne wejście

"Ja się boję prawie stale. Ja po prostu jestem tchórz"

Na archiwalnym zdjęciach i nagraniach widzę przystojną kobietę z figlarnym błyskiem w oku. Jej głos jest spokojny, ale pewny siebie. Wypowiadane przez nią słowa po prostu płyną. Są jak uspokajająca melodia, której można słuchać bez końca. Nie chwali się sukcesami. O górach mówi z szacunkiem. Podkreśla, że są potężniejsze od ludzi. W jednym z wywiadów z 1989 roku zapytana o to, czy często się boi, odpowiada z uśmiechem i skromnością, lecz nie bez zawahania się:

Ja się boję prawie stale. Ja po prostu jestem tchórz i pewnie dzięki temu nie stać mnie na zbyt wielkie szaleństwa. Nie podejmę zbyt wielkiego ryzyka.

Wanda RutkiewiczWanda Rutkiewicz Fot.: Zbiory Muzeum Sportu i Turystyki

Wanda Rutkiewicz, którą poznajemy z opowieści jej bliskich, wydaje się być inną kobietą. Egoistyczną, pewną siebie i za wszelką cenę dążącą do celu.

To, co nieprzepracowane, podświadomie steruje naszym losem

Urodziła się w 1943 roku w litewskich Płungianach. Jej rodzicami byli Zbigniew oraz Maria Błaszkiewiczowie. Po wojnie cała rodzina została repatriowana do Polski, gdzie na stałe osiedlili się we Wrocławiu. Tam doszło do tragedii, która mogła odcisnąć piętno na całym późniejszym życiu Rutkiewicz. 

Jej brat Jurek i grupa jego kolegów bawili się na podwórku. Wanda chciała im towarzyszyć. Nie pozwolili jej, więc pobiegła poskarżyć się rodzicom. W tym czasie chłopcy znaleźli niewypał. Wybuchł. Wszyscy zginęli. Po tym wydarzeniu w domu Błaszkiewiczów na stałe zadomowił się smutek, choć nikt o tym nie mówił. Niby żyli jak dawniej, ale nic nie było już takie samo.

Śmierć, żałoba i odchodzenie były najprawdopodobniej w rodzinie Wandy nieprzepracowane. A jak mówi Carl Gustav Jung, właśnie to "nieprzepracowane" wraca do nas w postaci przeznaczenia, podświadomie steruje naszym losem. Dwie psychoterapeutki, którym opowiadałam o jej rodzinie, w ogóle nie były zdziwione, że wybrała taką, a nie inną pasję

- mówiła później w rozmowie z weekend.gazeta.pl Anna Kamińska, autorka książki o himalaistce "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci".

Wanda RutkiewiczWanda Rutkiewicz widziała, jak miłość jej życia spada w przepaść

Później śmierć w życiu Wandy obecna była już stale. W 1972 roku jej ojciec został zamordowany przez lokatorów, którym wynajmował pokój w domu rodzinnym. To właśnie ona musiała zidentyfikować jego zwłoki. Trudno jest wyobrazić sobie, co czuła 29-letnia dziewczyna, patrząca na poćwiartowane ciało ukochanego taty. On rozbudził w niej pasję do nauk ścisłych, sportu i gór. Te ostatnie w późniejszych latach odbierały życie jej kolejnym towarzyszom.

Wysoka cena poszukiwania emocji

"Siedziałam na brzegu Morskiego Oka i usłyszałam, że góry szumią, szumią sosny, mimo że nie było wiatru, tam nie ma ciszy, że szumią strumienie. Myślałam, że jest tam tak pięknie, że mogłabym tam być stale. Że chciałabym zostać tutaj na zawsze" - wspomina swoje pierwsze znaczące spotkanie z górami.

Później ta samotność, cisza i szum wciągają ją jak narkotyk. Mówi, że ludzie są okrutni, a góry obojętne. Mówi, że kiedy skupia się na dotarciu do celu, nie musi myśleć o niczym innym. Liczy się po prostu droga.

16 października 1978 roku Wanda Rutkiewicz jako trzecia kobieta w historii i pierwsza Europejka wchodzi na szczyt Mount Everest. Wierzchołek zdobywa po 6 godzinach i 15 minutach wspinaczki z obozu czwartego położonego na Przełęczy Południowej. Osiąga cel pomimo tego, że kierownik wyprawy dr Karl Herrligkoffer żąda, aby wycofała się i sprowadziła na dół Niemkę, która zasłabła. Odmawia. Ostatnie 50 metrów pokonuje bez tlenu z powodu zalodzenia maski tlenowej. 

Po zejściu wydawało mi się, że to nawet nie ja, że to nie był najwyższy szczyt. Jakoś wszystko było takie normalne, a jednocześnie nie do uświadomienia, nie do przeżycia

- opowiada później.

Wanda Rutkiewicz podczas wyprawy na Sziszapangmę, 1987 r.Wanda Rutkiewicz podczas wyprawy na Sziszapangmę, 1987 r. Fot. Archiwum Jerzego Kukuczki www.jerzykukuczka.com / PAP

15 lipca 1985 w towarzystwie Krystyny Palmowskiej i Anny Czerwińskiej wchodzi na Nanga Parbat ścianą Diamir. To pierwsze wejście czysto kobiece. Jej towarzyszki jednak nie wspominają wspólnej wyprawy dobrze. Mówią, że Wanda najpierw dobiera sobie miejsca, które chce zdobyć, a potem partnerów, z którymi chce się wspinać. Według nich liczy się jedynie rywalizacja, która może prowadzić do zbyt dużego ryzyka. Po tym doświadczeniu mówią: Wandziu, bye. I już nigdy więcej wspólnie się nie wspinają.

23 czerwca 1986 roku, w dniu swoich imienin, Rutkiewicz wchodzi na K2 jako pierwsza kobieta i pierwsza osoba z Polski. Razem z nią w wyprawie uczestniczy francuskie małżeństwo Barrardów i paryski dziennikarz Michel Paramentier. Tylko Wandzie udaje się wejść na szczyt. Barrardowie giną w czasie wyprawy. Rutkiewicz wie, że za miłość do siebie góry każą płacić najwyższą cenę. Wie, że każdy, kto uprawia himalaizm, liczy się z tym, że za poszukiwanie emocji będzie musiał zapłacić. A mimo to, po zakończeniu wyprawy nie potrafi cieszyć się swoim sukcesem. 

Cieszyłabym się wejściem, gdyby nie to, że potem było tak smutno

- mówi. 

Nie rezygnuje jednak z dalszych wypraw. Miejskie życie i sprawy przyziemne ją przytłaczają. Potrzebuje przestrzeni. W górach otoczona walkmenami i książkami z namiocie, notująca przy lampie butanowej jest u siebie.

 

18 września 1987 wraz z Ryszardem Wareckim, Elsą Avila, Carlosem Carsolio i Ramiro Navarette zdobywają Sziszapangma.

12 lipca 1989 roku zdobywa Gaszerbrum II.

16 lipca 1990 roku wraz z Ewą Pankiewicz zdobywa Gaszerbrum I.

 

Po tym jak 24 lipca 1990 roku miłość jej życia Kurt Lyncke spada na jej oczach  w 400-metrową przepaść podczas wspinaczki na Broad Peak, rozpoczyna się okres wielkiej samotności. Najpierw Wanda nienawidzi gór. Nie chce w nie wracać. Potem zaczyna samotne wyprawy. 26 września 1991 roku zdobywa Czo Oju, a 22 października tego samego roku Annapurnę. 

Napędza ją strach

Kiedy mówi, że czuje strach, nie kłamie. Boi się, ale to uczucie ją uzależnia. Musi przesuwać swoje granice, sprawdzać samą siebie, by potem przez chwilę poczuć się szczęśliwą i wolną. Nie pozwala sobie jednak trwać w tym stanie zbyt długo.

Moje własne granice, to granice mojej świadomości. Próbujemy się jakoś usadowić w życiu w sposób pewny. Mieć poczucie bezpieczeństwa i ja też bym tak chciała, ale wiem, że muszę tę granicę ciągle przesuwać i starać się ją przesuwać, żeby poruszać się w coraz większym obszarze tego, co rozumiem i tego, co wiem. Przesuwać tę przestrzeń, w której formułuję siebie. Wtedy muszę zmienić również mój sposób myślenia i sądzenia

- tłumaczy chwilę przed swoją śmiercią w Polskim Radiu. 

Jej ostatni szczyt to Kanczendzonga. Wyrusza tam w towarzystwie Carlosa Carsolio. Mężczyzna, który jest w lepszej formie, dociera na szczyt po kilkunastu godzinach od opuszczenia czwartego obozu na wysokości 7950 metrów. Spotyka Wandę w drodze powrotnej około godz. 20:00 na wysokości 8200 metrów. Pomimo utraty sił, bólu brzucha, wymiotów, braku żywności, śpiwora i namiotu himalaistka nie zamierza zawracać. Mówi, że przenocuje w jamie śnieżnej, a następnego dnia rozpocznie atak szczytowy. Z tej wyprawy już nigdy nie wraca. 

Maria Błaszkiewicz do śmierci wierzy, że jej córka przeszła na drugą stronę masywu i oddała się medytacjom w jednym z klasztorów tybetańskich. Ciała Wandy Rutkiewicz nigdy nie odnaleziono.

Rozmowy bez granicNarinder przyleciała do Polski z Indii. "Porzucenie swojej ojczyzny nigdy nie jest łatwe"

Więcej o: